2016-08-19

Czasem bywa tak...


Czasem bywa tak (to znaczy - nie wiem, czy reszta ludzkości tak ma, ale ja owszem), że człowiek dostaje wiadomość, która w pierwszej chwili go smuci, a w następnej daje potężnego kopa motywacyjnego. Parę dni temu dowiedziałam się o czymś, co mnie w pierwszym odruchu trzepnęło, a później zmotywowało do pracy twórczej... i oby ten stan się teraz utrzymał.

Z biegiem lat oraz wyraźniej dostrzegam coś, co jest trochę niepokojące, trochę smutne i bardzo frustrujące. Przez cały czas mam na dysku o wiele za dużo zaczętych tekstów - rozgrzebanych lub zaledwie "liźniętych". Za dużo pomysłów, rzeczy do zrobienia, projektów do realizacji, za mało zdolności organizacyjnych i umiejętności systematycznego skupiania się na jednym (to dotyczy nie tylko pisania). Ostatnio zmądrzałam tylko na tyle, żeby umieć ten problem nazwać po imieniu, a nie bardzo umiem sobie z nim radzić. Dwa skończone opowiadania od lipca, po ponad rocznej przerwie, to - powiedzmy - niewielki krok w dobrym kierunku. Nadal za mało, chociaż lepsze to niż nic. Jeżeli ktoś zna jakieś dobre taktyki organizacji czasu, czy może raczej ustalania priorytetów dla osób, które generalnie nie umieją się organizować bez bata nad głową (z batem nad głową, mając tylko jedną ważną rzecz do zrobienia na krótki deadline, organizuję się bardzo sprawnie - nie jestem leniem, tylko osobą, która na co dzień próbuje robić za dużo i przez to strasznie się rozdrabnia), to ja poproszę link do stronki albo wpisu blogowego. (Technikę pomodoro znam, ale mój problem jest tak jakby o oczko wyżej - na poziomie ustalania zadań, a nie tego, jak je wykonać w dostępnym czasie.) 

A teraz zupełnie z innej bajki - będą nieprzyjemne szczegóły medyczne, wrażliwi nie czytać. W ostatnim wpisie wspomniałam o najnowszym epizodzie kociej epopei, czyli obcierającym opatrunku. Po miesiącu noszenia non stop, pas mocujący od tego czerwonego "legginsa" obtarł Sammetowi zdrową łapę w pachwinie do żywego mięsa, brrr. Jak tylko to zauważyłam (dobrze, że zauważyłam! Znam takich, którzy zorientowaliby się dopiero wtedy, kiedy kot miałby ohydną ropiejącą ranę...), pojechaliśmy do lecznicy. Weterynarz wystrzygł futro naokoło obtarcia, kazał je przemywać i zasypywać zasypką dla niemowląt, ale koci pęd do wylizywania wszystkiego czyni takie postępowanie średnio sensownym. Nazajutrz po wizycie w gabinecie zdenerwowałam się i zrobiłam to, co wet odradzał, to znaczy wycięłam najbardziej urażający (a jednocześnie najbardziej przesiąknięty wydzieliną i śmierdzący) fragment pasa mocującego, usunęłam spod spodu większość równie poplamionej i śmierdzącej gazy oraz papierowej wyściółki, ranę przemywam dwa razy dziennie riwanolem, a pod brzeg opatrunku upycham świeżą watę i dokładam jej w miarę potrzeby. Kot tę watę oczywiście wyciąga zębami, bo nie dociera do niego, że gdyby ją zostawił w spokoju, to nic by go nie obcierało i nie urażało. Jest głupi niestety. No ale sytuacja została opanowana o tyle, że minął tydzień i obtarcie się nie powiększyło ani nie zaropiało. Wata trochę się przykleja do sączącego miejsca, ale nie w takim stopniu, żeby było trudno ją odlepić.

Bury drań, odpukać, chyba po trosze przyzwyczaił się do swojej ograniczonej sprawności, bo już nie usiłuje wskakiwać na parapety i nie czatuje tak rozpaczliwie pod drzwiami na balkon. Bardzo dużo czasu spędza śpiąc albo leżąc zwinięty w kłębek, najchętniej wtedy, kiedy człowiek siedzi przy nim na kanapie i od czasu do czasu pomizia. Kiedy jesteśmy w miłosiernym nastroju, wyprowadzamy nieszczęśnika na smyczy do ogrodu, żeby sobie grzecznie pospacerował po trawie. Zgodnie z planem opatrunek ma zostać zdjęty za 8 dni i wszyscy domownicy (no... może poza Ofelią) trzymają kciuki, żeby udało się to załatwić w przewidzianym terminie.


Image courtesy of stockimages at FreeDigitalPhotos.net


2016-08-15

Garść wieści sierpniowych


Pracuję nad tłumaczeniem kolejnej książki, na dniach dojdzie mi jeszcze pilny przekład artykułu, więc tylko w biegu donoszę, że niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w pracach jury konkursu literackiego "Pióra Falkonu". Przedmiotem konkursu było opowiadanie zainspirowane hasłem "Dotrzeć tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek". Poziom konkursu (a w każdym razie finałowych prac) oceniam jako dosyć wysoki, w finale znalazła się spora liczba opowiadań na poziomie drukowalności, choć trafiło się też kilka, ekhm, "ciekawostek zoologicznych". Oficjalne wyniki zostaną ogłoszone, z tego co mi wiadomo, na początku września. Gdyby doszło do jakiegoś poślizgu, to nie z winy jury - wszyscy jurorzy już ocenili opowiadania i wydali swój werdykt.

A sama też zasłużyłam na jakieś ciasteczko czy inną małą nagrodę, bo kilka dni temu skończyłam krótkie opowiadanie pisane na zamówienie, chociaż prawie do ostatniej chwili brakowało mi pomysłu. Cieszę się, że przynajmniej chwilowo udało mi się przełamać długi, ponad roczny impas twórczy (spowodowany wyłącznie tym, że fatalnie mi wychodzi organizowanie sobie czasu, kiedy próbuję robić równolegle za dużo rzeczy). Ostatnio intensywnie myślę nad tym, jak się poprawić, bo to jednak lipa, kiedy człowiek się "rozdrabnia" na sprawy w sumie nieistotne z dłuższej perspektywy, a później płacze, że mógł przez rok napisać książkę i nie napisał... No ale tak to jest.

We wrześniu już po raz kolejny wybieram się do Torunia na Copernicon. Szykuję dwie prelekcje - jedną o trądzie (organizatorzy już zaproponowali, żeby ją w informatorze oznaczyć jako 18+), drugą o czarach, jakie na polskiej wsi stosowano w hodowli bydła i owiec. Pewnie będę się też udzielać w jakichś panelach dyskusyjnych, podobnie jak w poprzednich latach. Mam bardzo dobre wspomnienia z kolejnych edycji toruńskiego konwentu (jeżdżę od roku 2013) - Copernicony zawsze były świetnie zorganizowane, gościnne, dynamiczne i inspirujące.

I jeszcze słówko o perypetiach kocich. Byliśmy z Sammetem kilka dni temu na kontroli, bo brzeg opatrunku w ciągu tych paru tygodni brzydko obtarł kotu pachwinę i utworzyła się sączaca rana. Wesoły pan weterynarz zapodał buremu łobuzowi znieczulenie i zrobił prześwietlenie, żeby sprawdzić, kiedy będzie można ten nieszczęsny, podśmierdujący (bo trochę obsikany) opatrunek wreszcie zdjąć. Na zdjęciu rentgenowskim zobaczyłam na własne oczy, jaką techniką wykonane zostało zespolenie kości - biedny Sammet ma w jamie szpikowej trzy długie tytanowe "szpady" sięgające od stawu biodrowego do kolanowego! Wygląda to dość upiornie. Kość już się elegancko zrasta, nic się na szczęście nie przemieściło ani nie obsunęło, ale lekarz stwierdził stanowczo, że kot musi wytrzymać w opatrunku pełne 6 tygodni. Jesteśmy umówieni na zdjęcie usztywnienia dopiero 26 sierpnia! Biedny Sammet pomęczy się dłużej niż pierwotnie zakładałam. Obtarcie w pachwinie mamy mu przemywać riwanolem i zasypywać zasypką dla niemowląt. Na razie efekt jest taki, że kot wylizuje zasypkę w ciągu pięciu minut, a później ma za przeproszeniem rozwolnienie. Ogólnie - żałość i porażka.

Tak wyglądał kilka dni temu nieszczęśliwy, znudzony kotecek strzelający focha na kanapie:




Martwi mnie, co będzie dalej z tym ślimaczącym się obtarciem, które weterynarz zbagatelizował. Kot je sobie wylizuje, ale wydzielina wsiąka w i tak już brudny opatrunek, pachnie to wszystko niezbyt ładnie... No zobaczymy.



2016-08-13

Neal Shusterman, "Rozdarci" - zapowiedź i polecanka


Kilka dni temu znalazłam w sieci informację, że pod koniec września ukaże się książka, którą tłumaczyłam - "Rozdarci" ("Unwholly"), drugi tom cyklu YA "Podzieleni" Neala Shustermana wydawanego przez oficynę Papierowy Księżyc. (Tom pierwszy był tłumaczony przez kogo innego - już po raz kolejny przejęłam cykl po innym tłumaczu.) Nie ukrywam, ucieszyła mnie ta zapowiedź - zawsze miło zobaczyć w druku owoce swojej pracy. Ten cykl to dystopiczne sf bliskiego zasięgu, akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie po niszczycielskiej wojnie domowej zapanował dosyć... ekhm... specyficzny porządek społeczny. Jeśli tylko człowiek zawiesi czytelniczą niewiarę i zaakceptuje główne założenie świata przedstawionego, które na pierwszy rzut oka wydaje się karkołomne, to same książki są całkiem sensowne od strony fabularnej, zaś bohaterowie - sympatyczni i zapadający w pamięć. Polecam!

* * *

Opis wydawcy: "Rozdarci" to trzymająca w napięciu kontynuacja bestsellera "Podzieleni", która stawia pod znakiem zapytania nasze poglądy na temat tego, gdzie zaczyna się i kończy życie – i co to znaczy żyć.

Za sprawą Connora, Leva i Risy – tudzież głośnej rewolty, którą wzniecili w Ośrodku Donacyjnym Happy Jack – ludzie nie mogą już ignorować Podzielonych. Rozwiązanie, które pozwala uwolnić społeczeństwo od sprawiających problemy nastolatków, a równocześnie zapewnia stałe źródło narządów do przeszczepu, może i wydaje się doskonałe, ale w końcu zaczęto kwestionować jego etyczność. Jednak na gruncie podzielenia rozkwitł już wielki biznes, a potężne korporacje i politycy chcą, żeby tę praktykę nie tylko kontynuować, ale objąć nią również więźniów i najbiedniejszych.  

Cam w całości składa się z części ciał innych Podzielonych; to nastolatek, który formalnie nie istnieje. Niczym futurystyczny potwór Frankensteina, Cam usiłuje odnaleźć własną tożsamość i sens życia, zastanawiając się, czy ktoś taki jak on może mieć duszę. A kiedy wskutek działań sadystycznego łowcy nagród jego los zostanie nierozerwalnie spleciony z losami Connora, Risy i Leva, Cam będzie musiał znaleźć odpowiedź na pytanie, co to w ogóle znaczy być człowiekiem.



* * *

Wspomniałam wcześniej o karkołomnym głównym założeniu cyklu, a teraz wyjaśnię, co mam na myśli. W świecie opisywanym przez Shustermana rozwój transplantologii umożliwił przeszczepianie dowolnych organów bez konieczności stosowania leków immunosupresyjnych - OK, to science fiction, jako czytelnik mogę zaakceptować taki pomysł autora, nawet jeśli biolog we mnie się burzy. To, co wydało mi się naciągane, to wizja radykalnych reform społecznych, do których doszło w Stanach Zjednoczonych w następstwie wojny domowej. Aborcja jest bezwzględnie zakazana, natomiast między 13 a 18 rokiem życia dziecka można podjąć decyzję o "aborcji z mocą wsteczną", skazując nastolatka na tzw. podzielenie - ciało Podzielonego zostaje w całości rozdzielone na organy przeszczepiane innym ludziom. Podzieleniu poddawane są nastolatki sprawiające problemy wychowawcze, a także te dzieci z domów dziecka, które nie zostały uznane za wystarczająco zdolne, żeby chciano inwestować w ich wychowanie. Istnieje też instytucja "dziesięciny" - przedstawiciele niektórych wyznań dobrowolnie przeznaczają swoje dzieci na podzielenie, uznając to za ofiarę składaną Bogu. Dzieci te określa się mianem "dziesięciorodnych".

I teraz z ręką na sercu - jak sądzicie, ilu rodziców lekką ręką przeznaczyłoby swojego potomka na przeszczepy, nawet jeśli potomek ma problemy w szkole, wagaruje, kradnie samochody czy co tam jeszcze? Shusterman stara się uzasadnić pewne społeczne mechanizmy, cytuje nawet artykuły ze współczesnej prasy ilustrujące trendy, które on dość odważnie wyekstrapolował. Jeśli czytelnik jest w stanie przyjąć jego dystopiczną wizję jako choć minimalnie prawdopodobną, lektura ma szanse być całkiem przyjemna, bo fabuła jako taka jest przemyślana, psychologia bohaterów też.

Troje głównych bohaterów cyklu - Connor, Risa i Lev - zostało przeznaczonych na podzielenie, każde z innego powodu; Connor był sprawiającym problemy nastolatkiem z dobrze sytuowanej rodziny, Risa - dziewczyną z domu dziecka, a Lev - dziesięciorodnym. Cały cykl opowiada o tym, jak ta trójka oraz inne nastolatki walczą o przeżycie, raz na własną rękę, kiedy indziej z pomocą ruchu oporu, oraz próbują doprowadzić do zmiany istniejącego porządku. Czytałam w oryginale wszystkie cztery tomy - akcja bardzo wciąga i naprawdę warto doczytać do końca.

A tak wygląda oficjalny trailer do tomu pierwszego - "Podzieleni" ("Unwind"):


2016-08-07

Mistrz aktywnej rehabilitacji


Najwyższy czas na kolejną porcję wieści z frontu kociego. Niniejszy wpis był już napisany na brudno tydzień temu - nie miałam kiedy go wrzucić na sieć, ale nie zdezaktualizował się, sytuacja nadal wygląda tak samo.

Połamany Sammet całkiem sprawnie już kuśtyka, na trzech łapkach bez problemu pokonuje schody w obu kierunkach, jest też w stanie wleźć na fotel i kanapę. Wymaga uważnego obserwowania i pomocy przy - ekhm - załatwianiu swoich potrzeb, bo z usztywnioną łapą nie ma jak kucnąć i (przepraszam wrażliwych) radośnie leje ponad ścianką kuwety poziomym strumieniem na podłogę, chyba że czujny opiekun w porę interweniuje z "nocnikiem" w postaci pustego pojemnika po jogurcie... Na kupę znaleźliśmy inny sposób - papierowe tutki podstawiane pod tyłek (!). Wszystko po to, żeby kot, który łatwo traci równowagę, nie ubabrał sobie łap ani co gorsza opatrunku. W kategoriach "jak spędziłam lato" tegoroczny lipiec i sierpień są doprawdy ciekawe - przez większą część każdej doby pilnuję Sammeta, dostosowując do tego wszelkie inne obowiązki, pracując na netbooku zanoszonym tam, gdzie kot akurat raczy przebywać, i myjąc ręce po jakieś dwieście razy na dobę.

Wszystko to ma jeden plus - mogę obserwować, jak zwierzątko stopniowo odzyskuje sprawność. I powiem wam, że jest to widok ciekawy. Sammet, niczym zawodowy sportowiec, wytrwale i systematycznie robi wszystko, co w jego mocy, żeby funkcjonować możliwie normalnie. Testuje swoje ograniczenia, a potem próbuje je przezwyciężać - aż do skutku. Myślę, że niejeden człowiek mógłby się od niego uczyć konsekwentnego pokonywania trudności!

Kiedy dziesiątego lipca odbieraliśmy kota z lecznicy w opatrunku usztywniającym, z trzema gwoździami w złamanej kości udowej, nie dawał rady w ogóle ustać na łapach - zataczał się i lądował tyłkiem na podłodze. Dwa dni przeleżał w WC na podłodze wyścielonej podkładami higienicznymi. Na trzeci dzień wstał i jakby nigdy nic przykuśtykał do kuchni na śniadanie. Parę dni później był już w stanie zsunąć się z niskiego fotela na złożoną kilkakrotnie wełnianą narzutę. Niedługo potem opanował schodzenie po schodach (wymknął nam się przez otwarte drzwi na klatkę schodową i został przydybany piętro niżej; później wyprowadzałam go na schody na smyczy w obawie, żeby nie zleciał) i wskakiwanie na niski fotel. Wchodzenie po schodach początkowo wydawało się niemożliwym wyzwaniem, ale nazajutrz po pierwszej niezdarnej próbie kot już pokonywał stopień za stopniem na trzech łapkach, jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie. Jakieś trzy tygodnie po operacji zaczął włazić na wysokie fotele (podskakuje niezbyt wysoko, zaczepia się pazurami przednich łap i podciąga do góry jak kulturysta na drążku). Tutaj póki co kończą się jego możliwości - ani opatrunek, ani czujna opiekunka nie pozwalają na odważniejsze wyczyny.

Oczywiście parę razy zdarzyło się, że łobuz w ramach sprawdzania, na co go stać, jakimś niezgrabnym ruchem uraził sobie łapkę i miauknął albo później trochę mocniej kulał. Najbardziej niebezpiecznie wyglądał incydent z wskakiwaniem na biurko tydzień temu - nie upilnowałam, wystarczyła sekunda nieuwagi, żeby kot wskoczył na blat i zsunął się na podłogę... Na szczęście nic (chyba!) sobie nie zrobił. Najgorsze jest to, że strasznie chciałby się wymknąć na dwór i notorycznie czatuje przy zamkniętych drzwiach wejściowych oraz rozpaczliwie miauczy. Nie wiem, jak innym właścicielom kotów, ale mnie takie miauczenie mocno szarpie nerwy. A przed nami jeszcze długie dwa tygodnie w opatrunku!

Na zdjęciu - drań wygrzewa się w słoneczku wpadającym przez okno. Co on by biedny dał, żeby móc sobie swobodnie wyjść do ogrodu...







2016-07-24

News przez duże N!


Drodzy moi, mam wieści. A w zasadzie WIEŚCI.

Wszystkie trzy tomy "Teatru węży" niedługo znikną przejściowo z dystrybucji (wersja papierowa Solarisu na dniach, wersja ebookowa zostanie wycofana od dystrybutorów z końcem sierpnia), albowiem - uwaga - w 2017 r. mają zostać wznowione w normalnym obiegu przez duże, znane wydawnictwo. Umowy zostały już podpisane, nazwy wydawnictwa na razie nie podaję, dopóki online nie pojawiła się oficjalna zapowiedź.

Oczywiście cieszę się strasznie i mam nadzieję, że dzięki temu wznowieniu więcej czytelników zainteresuje się żmijem oraz światem Zmroczy. Nowa książka o Krzyczącym pisze się pomału, chociaż praca na razie idzie jak po grudzie, z przestojami i radykalnymi zmianami koncepcji (jeden wątek ostatnio wyleciał i został przerobiony na ten ukończony samodzielny tekst, którym się pochwaliłam kilka dni temu).

Jeżeli ktoś nie wie, kim jest żmij, a chciałby się dowiedzieć, polecam wpis Krzyczący w Ciemności, gdzie jest dużo informacji o tej postaci oraz linki do kilku opowiadań dostępnych online.

Ilustracja: Magdalena Wolff




2016-07-22

Kot jest dziki, kot jest zły


Wiedziałam, że tak będzie. Wie-dzia-łam. Od wypadku Sammeta minęły 2 tygodnie - i sytuacja na froncie kocim się komplikuje.

Wczoraj byliśmy w lecznicy na wizycie kontrolnej. Łapy nie prześwietlano. Została obejrzana i obmacana przez dwójkę weterynarzy (w tym przez chirurga, który przeprowadzał operację). Stwierdzili, że pacjent wygląda ładnie - łapa nie puchnie, opatrunek się nie zsunął i nie sączy się spod niego żaden wysięk. Czyli wszystko jest ok, kość najprawdopodobniej się zrasta, ZA CZTERY TYGODNIE MOŻECIE PAŃSTWO PRZYJŚĆ NA ZDJĘCIE OPATRUNKU.

Jeszcze cztery tygodnie!

To znaczy, że połamaniec "odsiedział" dopiero jedną trzecią swojego "wyroku".

Problem polega na tym, że teraz, kiedy Sammet wyraźnie czuje się lepiej i odzyskuje mobilność - już całkiem sprawnie kica na trzech łapach, jest w stanie samodzielnie zsunąć się z niskiego fotela na złożoną narzutę oraz wleźć z powrotem - zaczyna mu odbijać palma i chciałby wrócić do normalnego funkcjonowania: móc wskoczyć na parapet, na stół, a przede wszystkim zejść po schodach na dół i wyjść na dwór. To jest młody, aktywny kocur - wykastrowany, ale wychodzący, przyzwyczajony do spędzania całych dni w plenerze, i zupełnie mnie nie dziwi, że w mieszkaniu dostaje nomen omen kota. Codziennie przesiaduje przed zamkniętymi drzwiami na klatkę schodową i wrzeszczy stentorowym tonem: MIAUUU, MIAUUU, MIAUUUU! Dzisiaj tak mi dał w kość swoimi skargami, że przypięłam mu smycz do szeleczek i wyprowadziłam drania do ogrodu, ale nie docenił tego - chciał wpełznąć pod krzaki i wściekał się, że mu nie pozwalam.

Nie wiem, jak on i ja zniesiemy w tych warunkach jeszcze miesiąc. Weterynarz powiedział, że kot już może sobie kicać po mieszkaniu, ale mamy go pilnować, żeby nie skakał. Czarno to widzę, upilnowanie tego łobuza będzie trudniejsze z każdym dniem. Od 2 tygodni dostaje codziennie kapsułkę preparatu Kalm-Vet, żeby był spokojniejszy, ale to ewidentnie za mało. Znajomi radzą pokropić mu posłanie walerianą - spróbujemy, ale nie obiecywałabym sobie za wiele.

Jak jakimś cudem przetrwamy te cztery tygodnie, to łapa zostanie prześwietlona i jeśli okaże się, że kość się ładnie zrosła (co wcale nie jest takie oczywiste!), to Sammet dostanie znieczulenie wziewne, zdejmą mu opatrunek i wyjmą gwoździe.

A tak śpi drań, który dzisiaj kicał po całym domu oraz szarpał się ze mną w ogrodzie, hycząc i sycząc:







2016-07-20

Żmijowo i kocio


Pochwalę się, a co: skończyłam tekst! Pierwszy po dłuuugiej przerwie, który uważam za satysfakcjonujący i godny opublikowania. Mikropowieść o Krzyczącym w Ciemności, 102 tysiące znaków ze spacjami (po poprawkach może się jeszcze odrobinę skróci). W kolejce do dokończenia jest następne, trochę krótsze opowiadanie o żmiju. Oba bazują na pomysłach, które "chodziły za mną" przez lata, i oba bardzo długo leżały na dysku rozgrzebane. Niestety wieloletnie doświadczenie potwierdza, że albo pracuję full time, albo piszę full time - opcji pośredniej nie ma. Pisanie "po troszku, po kawałeczku" jest nieefektywne: na przestrzeni ostatniego roku wyprodukowałam trochę fragmentów różnych tekstów, ale nie umiem w takich warunkach doprowadzać fabuł do końca.

Wieści z frontu kociego są chwilowo trochę mniej optymistyczne. Połamaniec jest młody, energiczny, widać, że mu się nudzi i że niewygodny opatrunek coraz bardziej go frustruje. Ponieważ mam miękkie serce i nie chcę trzymać biedaka w zamknięciu, gdzie lamentuje wniebogłosy, przez większość czasu pozwalam mu siedzieć na fotelu w pokoju, ale to znaczy, że sama muszę stale przebywać w pobliżu i mieć na niego oko. Pół biedy, kiedy Sammet grzecznie leży na fotelu. Gorzej, że miewa fazy, kiedy chciałby sobie pospacerować po mieszkaniu, wskoczyć na łóżko, a najlepiej pójść na dwór i kulturalnie załatwić się pod krzakiem zamiast męczyć się w kuwecie, w której ma problemy z utrzymaniem równowagi i przyjęciem odpowiedniej pozycji (trzeba go przytrzymywać, żeby na przykład nie nasiusiał na ścianę). Przećwiczyliśmy już ataki furii pod zamkniętymi drzwiami na klatkę - z hyczeniem, syczeniem, gryzieniem i drapaniem. Żeby ułatwić życie kotu i sobie, po dwóch dniach przebojów kuwetowych (awantury, miauczenie, niecelne siusianie i sypanie żwirkiem na pół przedpokoju) zorganizowaliśmy mu "specjalistyczne wyposażenie", jak powiedziałby filmowy Hagrid (bardzo lubię scenę z filmu "Harry Potter i Komnata Tajemnic", kiedy Hagrid mówi do wymiotującego pomrowami Rona "this calls for specialist equipment", po czym przynosi drewnianą balię), to znaczy duże, płaskie kartonowe pudło ze żwirkiem, gdzie jest dość miejsca na zataczanie się z usztywnioną łapą. Oczywiście wszyscy mamy nadzieję, że kość się zrasta - na dniach będziemy jechać do lecznicy na kontrolne prześwietlenie.