2016-09-16

Mroczne zakamarki kociego brzucha, czyli filc kontra Sammet 1:0



Będę trochę marudzić. Może nie jakoś strasznie, ale odrobinę. Copernicon mi przepadł - trudno, już odżałowałam to, że po raz pierwszy od 3 lat nie jadę we wrześniu do Torunia. Szkoda. Mam zlecenia, które muszę wreszcie powykańczać ASAP, a nowe opowiadanie pisze się pomalutku (wolałabym szybciej, ale patrz wyżej...)

Jak wcześniej wspominałam, po wyjęciu gwoździ z Sammetowej łapy zaliczyliśmy nieoczekiwany, niemiły ciąg dalszy kocich problemów. Otóż kot po zdjęciu opatrunku, jak to kot, rzucił się natychmiast z jęzorem do czynności pielęgnacyjnych. Łapkę przed wstawieniem gwoździ 6 tygodni wcześniej częściowo ogolono, ale przy ich wyjmowaniu ogolono już tylko biodro, a obtarcia sprawiły, że sierść z uda i brzucha wychodziła garściami - no i efektem było nieprzewidziane, wyjątkowo nieprzyjemne "postscriptum" do naszej epopei zdrowotnej. Uwaga, w niniejszym wpisie pojawi się sporo nieapetycznych szczegółów medycznych, za co z góry przepraszam. Wrażliwi - nie czytać.

Jeśli się pokusić o chronologiczną relację, było to tak.

1) 26 sierpnia kotu wyciągnięto gwoździe z kości udowej bez żadnych komplikacji. Dostaliśmy go z powrotem wypakowanego z opatrunku, kulejącego, z brzydkimi, obłażącymi z futra, sączącymi się obtarciami na całej łapce. Wyglądało to naprawdę paskudnie i strasznie było nam żal biedaka, który z tą obtartą skórą męczył się całymi tygodniami. Głaszczemy, współczujemy, karmimy. Kot zjada żarłocznie i wylizuje nielizaną od sześciu tygodni łapę jak szalony.

2) Nazajutrz po operacji kot dostaje wieczorem solidnej biegunki ze śluzem i męczy się w kuwecie, jakby chciał coś z siebie wycisnąć a nie mógł. Powstaje podejrzenie, że albo się struł, albo po tych wszystkich stresach uaktywniły się w nim jakieś pasożyty. Wdrażam leczenie objawowe (dieta: pierś kurczaka gotowana z odrobiną ryżu, serwowana z rosołkiem).

3) Po 2 dniach kot zwraca wielki dred z futra, nadal wydala małe ilości płynnej kupy i męczy się w kuwecie. Doznaję olśnienia, co tu jest najprawdopodobniej grane, to znaczy - że drań przytkał się sierścią. Jedziemy do weta, wet przepisuje pastę słodową, ale zaleca dalsze leczenie biegunki, bo może to jednak infekcja, i zleca test na lamblię (negatywny).

4) Po kolejnym dniu leczenia kot traci apetyt i tej samej nocy pojawiają się mroczne przesłanki, że - cholera - nie jest dobrze. Sprawa jest już jasna: połknięte futro, które nie zostało zwrócone w postaci dreda, przeszło do jelit, najpierw je podrażniło (biegunka ze śluzem), a potem się skłaczyło i podstępnie zatkało przewód pokarmowy. Nazajutrz rano znowu lecznica, szybciutko rentgen - zdjęcie nie za piękne, ale i nie tragiczne, widać prawdopodobny zator w jelicie cienkim. Operować na szczęście jeszcze nie trzeba, kot dostaje środki rozkurczające (zastrzyki - Buscopan, Nospa) i przeczyszczające (1 ml oleju parafinowego strzykawką do pyszczka). 4 h po podaniu parafiny pierwszy korek z filcu wylatuje z biedaka jak korek z butelki. Bonusowo w ciągu dnia zaliczyliśmy jeszcze trochę wymiotów śliną, trawą, luźnym futrem i lekami.

5) Przez 2 następne dni ładujemy w Sammeta przemocą dużo pasty słodowej i olej parafinowy. Kot nadal nie ma apetytu - obwąchuje miskę, trochę je, ale mało - i męczy się w kuwecie. Drugie prześwietlenie wychodzi lepiej, chociaż jelita nadal zgazowane. Znowu Buscopan i Nospa w zastrzykach, nerwy, niepokój. Obserwujemy drania, któremu jak na ironię obtarcia się wygoiły, a łapka pięknie wróciła do formy, i drżymy, czy nie będzie trzeba go znowu dać pod skalpel, bo niedrożność jelit to nie żarty.

Nie chcę tu za bardzo narzekać na wetów z "naszej" kliniki, bo przy różnych okazjach dobrze leczyli nasze stwory, ale szkoda, że nie wpadli na to, żeby kotu po zdjęciu opatrunku wystrzyc futro na całej łapie (ogolić nie bardzo by się dało ze względu na obtarcia) albo przynajmniej uprzedzić mnie, żebym mu dawała profilaktycznie pastę słodową, bo inaczej zakłaczy się od lizania. Ja naiwna w życiu bym nie przypuszczała, że tej połkniętej sierści było AŻ TYLE! Sammet niestety w przeciwieństwie do Ofelii nie jest kotem podatnym na odruch wymiotny i chyba to go zgubiło - łykał futro, łykał i nie zwracał, aż się urządził...

Ogółem w ciągu tygodnia zaliczyliśmy 5 wizyt w lecznicy i dwa zdjęcia rentgenowskie. Biedny Sammet musiał zjeść mnóstwo pasty słodowej, która ewidentnie strasznie go brzydziła (pluł nią na podłogę, na nas, drapał jak wściekły i gryzł), a w klinice dostawał zastrzyki z Buscopanu i Nospy, żeby rozluźnić kiszeczki. We własnym zakresie wdrożył leczenie pomocnicze w postaci dużych ilości trawy zjadanej w ogrodzie, dokąd go wyprowadzaliśmy na smyczy, żeby sobie rehabilitował łapkę. Po wielu mękach i trudach wydalił tyłem łącznie trzy "korki" z filcu, z czego jeden długości mojego wskazującego palca.

Łapka - jak nam zapowiadano - miała wymagać ograniczenia ruchu jeszcze przez 2 tygodnie, ale Sammet dzięki spacerom na smyczy wrócił do formy właściwie już po dziewięciu dniach - zaczął beztrosko wskakiwać na stoły, spacerować po blatach kuchennych i nie było na niego mocnych. Jak tylko zaczął znowu jeść i załatwiać się w miarę normalnie, wypuściliśmy go na dwór, bo nam demolował drzwi w domu - w efekcie kot praktycznie wyemigrował do ogrodu i od tygodnia śpi pod chmurką. Ale pożywia się żarłocznie, więc zakładamy, że wszystko jest OK.

Na zdjęciu - Sammet w ogrodzie, już bez opatrunku, ale jeszcze na smyczy.








2016-09-06

Parę słów w biegu


Na szybko, dosłownie w przelocie - znajomi z Facebooka już wiedzą, że w ostatnim tygodniu zaliczyliśmy przykrą niespodziankę, to znaczy kolejny koci kryzysik zdrowotny. Chyba (odpukać) wychodzimy na prostą, ale przez chwilę było nerwowo, martwiliśmy się i my, i weci. Jeżdżenie do lecznicy, zastrzyki, leki, wydatki. Sammet od dwóch dni ma znowu apetyt i szaleje, oby tak zostało!

W związku z powyższą niemiłą sytuacją oraz przeładowanym grafikiem zobowiązań na wrzesień podjęłam męską decyzję - jednak nie pojadę w tym roku na Copernicon. Nie starczy sił ani czasu. Piszę te słowa po nieprzespanej nocy, bo czasem prościej jest coś (lub kilka cosiów) ogarnąć "rzutem na taśmę" i mieć z głowy. Właśnie wykreśliłam ze swojej zapchanej do granic możliwości listy "to do" dwie dość ważne rzeczy i za chwilę wykreślę trzecią... Ziewww.

I na koniec dobra wiadomość. Najnowsze, długie opowiadanie o Krzyczącym w Ciemności ukaże się drukiem jeszcze w tym roku - niedługo będę mogła podać szczegóły.

2016-08-27

Długie perypetie burego połamańca - ciąg dalszy


Gonią mnie terminy na różne prace, więc w najbliższym czasie rzadko będę się odzywać na blogu, ale z niekłamaną radością donoszę: wczoraj kot Sammet został wypakowany z opatrunku!

Doprawdy w samą porę. Opatrunkowi zdecydowanie kończył się już termin ważności - był cały ubrudzony suchą ziemią z ogrodu, lekko obsikany w pierwszych dniach noszenia, ponadto kot poodgryzał wszystkie wystające kawałki papierowego usztywnienia, poszarpał brzegi gazy (przez te 6 tygodni regularnie zbierałam rozsiane po kocich legowiskach strzępki papieru i odcinałam z opatrunku wiszące nici) i przystąpił do demontowania samych taśm, odrywając je po kawałku. Jednak najgorsza ze wszystkiego była obcierająca krawędź, przez którą w pachwinie powstała rana. Przez kilka ostatnich dni obserwowałam ją z niepokojem i tylko czekałam, czy nie zacznie ropieć, ale na szczęście riwanol i koci język są skuteczniejsze niż sądziłam.

Gwoździe z kości udowej wyjmuje się w znieczuleniu ogólnym, więc kot przez dwanaście godzin przed operacją nie mógł nic jeść. W efekcie lamentował już poprzedniego wieczoru, nie rozumiejąc, czemu dostał TYLKO JEDNĄ kolację zamiast trzech (straszne, prawda?), potem obrażony poszedł spać, zaś nazajutrz o czwartej nad ranem wstał i rozpoczął koncert na cały dom: MIAUUU, MIAUUUU, MIAUUUU, żreć dawajcie, żreć!!!!! Koncertował tak przez całe rano, krążąc po kuchni i błagalnie podbiegając do każdego, kto otwierał lodówkę albo robił coś przy zlewie. Węszył po podłodze, zjadł jakiś zapomniany okruszek i pająka, patrząc na mnie tak żałosnym wzrokiem, że serce się krajało. W końcu nadszedł czas, żeby go zawieźć do kliniki. W samochodzie lamenty dolatujące z transporterka osiągnęły apogeum. Kiedy Sammet jest zły, nie tyle miauczy, co śpiewa wysokim tenorem, przenikliwym jak szpila. Imię zobowiązuje!

W klinice kolejny weterynarz bardzo się dziwował, że udało nam się przez 6 tygodni utrzymać opatrunek na kocie bez konieczności zmieniania - już po tygodniu od pierwszej operacji powiedziano nam "o, opatrunek ładnie się trzyma, widocznie kotek jest dobrze pilnowany", a 3 tygodnie później usłyszeliśmy, że "to jeden z niewielu opatrunków, które przetrwały tak długo". Nie wiem, czy Sammet na tym dobrze wyszedł zważywszy na obtarcia, które mu się porobiły pod opatrunkiem (więcej piszę o nich pod koniec tego postu), ale zrobienie wrażenia na wetach - bezcenne. Przez te 6 tygodni z poświęceniem dyżurowaliśmy na zmianę w zasięgu słuchu od kuwety (Sammet rozpoczyna wizytę w kuwecie od grzeb-grzeb-GRZEBGRZEBGRZEB, więc jest czas, żeby wybiec z kuchni albo pokoju i interweniować) i łapaliśmy KAŻDĄ kupę do papierowej torebki podstawionej pod pupę, żeby kot sobie nie wybrudził opatrunku.

Zostawiliśmy łobuza pod fachową opieką i odebraliśmy go po osiemnastej - myślałam, że będzie jeszcze naćpany i zataczający się, ale kot był w pełni przytomny, rozbudzony i patrzył złym wzrokiem. Ewidentnie dorobił się w klinice niedobrej sławy, bo pani weterynarz bała się go sama przenieść z klatki do transporterka i poprosiła koleżankę z recepcji, mówiąc: "Chodź, Iwonka, ty masz dobry wpływ na kotka". Iwonka jest tą samą Iwonką, która wzięła malutkiego, zagłodzonego Sammeta na ręce podczas jego pierwszej wizyty u weterynarza, i którą kot okropnie wtedy ugryzł, bo przestraszył się drukującej drukarki. Najwyraźniej pamiętają się wzajemnie. Wzruszyłam się!

W domu mogliśmy po raz pierwszy obejrzeć, jak wygląda łapa wypakowana z opatrunku. Wyglądała na pierwszy rzut oka dość brzydko i żałośnie: z zanikiem mięśni i wystrzyżonym, odrastającym futrem, podkurczona, dużo chudsza od tej drugiej. Lewe biodro wygolone do skóry, z dużą gulą i małą raną w miejscu, skąd z kości wyciągnięto gwoździe, a na pupie okropny dred tam, gdzie futro było zakrwawione po pierwszej operacji i sfilcowało się pod opatrunkiem. Kołtun wycięłam, a kot wylizał łapę bardzo dokładnie, atakując stopę zębami tak, jakby był wściekły, że nie mógł jej sobie umyć przez 6 tygodni. W sumie trudno mu się dziwić...

Oczywiście różowo nie jest, bo nie dość, że w łapce nastąpił zanik mięśni, to jeszcze w kości po wyjęciu gwoździ pozostał otwór, który musi się zagoić. Pani wet postraszyła nas, że w pierwszych tygodniach po usunięciu stabilizacji zdarzają się wtórne złamania i kotu nadal trzeba ograniczać możliwość poruszania się. Czyli przez najbliższy tydzień - bezwzględny szlaban na schody i wskakiwanie na wyższe meble. Na razie Sammet chodzi kulejąc (przez pierwsze dwie godziny po operacji kulał bardzo, potem mięśnie się chyba rozciągnęły i już jest w stanie nawet biegać na czterech łapkach, ale np. przy wchodzeniu do kuwety miauczy - coś go ewidentnie boli) i unika nawet wskakiwania na niziutki fotel. Noc przespał zwinięty na kocyku na podłodze i kiedy piszę te słowa, nadal tam śpi. Brzuszek ma pełen jedzenia (był wczoraj niesamowicie szczęśliwy, kiedy po dwudziestu czterech godzinach postu mógł się w końcu dorwać do pełnej miseczki, a dzisiaj pochłonął duże śniadanko), zaś gula na biodrze trochę się zmniejszyła.

A z nieprzyjemnych szczegółów medycznych - słuchajcie, obtarcie w pachwinie to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zobaczyliśmy po zdjęciu opatrunku. Na moje oko - papierowe usztywnienie deformowało się i rolowało pod taśmami przez te 6 tygodni, obcierając łapę w kilku miejscach. Cały tył Sammetowego uda jest jedną dużą czerwoną, sączącą się plamą, z której oblazła sierść. To się powinno w miarę szybko zgoić, ALE! Natomiast dla osób, które kiedykolwiek nosiły gips, ciekawostką może być fakt, że kocia skóra oraz futerko pod opatrunkiem nie nabrały żadnego nieprzyjemnego zapachu i po jednym wylizaniu wyglądają już tak samo czyściutko jak zawsze.

I jeszcze zdjęcia:


Sammet na smyczy w ogrodzie, jakieś 2 dni przed zdjęciem opatrunku. Tego dnia był okropnie obrażony, że nie chcę go puścić luzem.



Na kocyku przed fotelem, już po wyjęciu gwoździ z łapki - widać wygolone biodro, gulę i rankę.


2016-08-19

Czasem bywa tak...


Czasem bywa tak (to znaczy - nie wiem, czy reszta ludzkości tak ma, ale ja owszem), że człowiek dostaje wiadomość, która w pierwszej chwili go smuci, a w następnej daje potężnego kopa motywacyjnego. Parę dni temu dowiedziałam się o czymś, co mnie w pierwszym odruchu trzepnęło, a później zmotywowało do pracy twórczej... i oby ten stan się teraz utrzymał.

Z biegiem lat oraz wyraźniej dostrzegam coś, co jest trochę niepokojące, trochę smutne i bardzo frustrujące. Przez cały czas mam na dysku o wiele za dużo zaczętych tekstów - rozgrzebanych lub zaledwie "liźniętych". Za dużo pomysłów, rzeczy do zrobienia, projektów do realizacji, za mało zdolności organizacyjnych i umiejętności systematycznego skupiania się na jednym (to dotyczy nie tylko pisania). Ostatnio zmądrzałam tylko na tyle, żeby umieć ten problem nazwać po imieniu, a nie bardzo umiem sobie z nim radzić. Dwa skończone opowiadania od lipca, po ponad rocznej przerwie, to - powiedzmy - niewielki krok w dobrym kierunku. Nadal za mało, chociaż lepsze to niż nic. Jeżeli ktoś zna jakieś dobre taktyki organizacji czasu, czy może raczej ustalania priorytetów dla osób, które generalnie nie umieją się organizować bez bata nad głową (z batem nad głową, mając tylko jedną ważną rzecz do zrobienia na krótki deadline, organizuję się bardzo sprawnie - nie jestem leniem, tylko osobą, która na co dzień próbuje robić za dużo i przez to strasznie się rozdrabnia), to ja poproszę link do stronki albo wpisu blogowego. (Technikę pomodoro znam, ale mój problem jest tak jakby o oczko wyżej - na poziomie ustalania zadań, a nie tego, jak je wykonać w dostępnym czasie.) 

A teraz zupełnie z innej bajki - będą nieprzyjemne szczegóły medyczne, wrażliwi nie czytać. W ostatnim wpisie wspomniałam o najnowszym epizodzie kociej epopei, czyli obcierającym opatrunku. Po miesiącu noszenia non stop, pas mocujący od tego czerwonego "legginsa" obtarł Sammetowi zdrową łapę w pachwinie do żywego mięsa, brrr. Jak tylko to zauważyłam (dobrze, że zauważyłam! Znam takich, którzy zorientowaliby się dopiero wtedy, kiedy kot miałby ohydną ropiejącą ranę...), pojechaliśmy do lecznicy. Weterynarz wystrzygł futro naokoło obtarcia, kazał je przemywać i zasypywać zasypką dla niemowląt, ale koci pęd do wylizywania wszystkiego czyni takie postępowanie średnio sensownym. Nazajutrz po wizycie w gabinecie zdenerwowałam się i zrobiłam to, co wet odradzał, to znaczy wycięłam najbardziej urażający (a jednocześnie najbardziej przesiąknięty wydzieliną i śmierdzący) fragment pasa mocującego, usunęłam spod spodu większość równie poplamionej i śmierdzącej gazy oraz papierowej wyściółki, ranę przemywam dwa razy dziennie riwanolem, a pod brzeg opatrunku upycham świeżą watę i dokładam jej w miarę potrzeby. Kot tę watę oczywiście wyciąga zębami, bo nie dociera do niego, że gdyby ją zostawił w spokoju, to nic by go nie obcierało i nie urażało. Jest głupi niestety. No ale sytuacja została opanowana o tyle, że minął tydzień i obtarcie się nie powiększyło ani nie zaropiało. Wata trochę się przykleja do sączącego miejsca, ale nie w takim stopniu, żeby było trudno ją odlepić.

Bury drań, odpukać, chyba po trosze przyzwyczaił się do swojej ograniczonej sprawności, bo już nie usiłuje wskakiwać na parapety i nie czatuje tak rozpaczliwie pod drzwiami na balkon. Bardzo dużo czasu spędza śpiąc albo leżąc zwinięty w kłębek, najchętniej wtedy, kiedy człowiek siedzi przy nim na kanapie i od czasu do czasu pomizia. Kiedy jesteśmy w miłosiernym nastroju, wyprowadzamy nieszczęśnika na smyczy do ogrodu, żeby sobie grzecznie pospacerował po trawie. Zgodnie z planem opatrunek ma zostać zdjęty za 8 dni i wszyscy domownicy (no... może poza Ofelią) trzymają kciuki, żeby udało się to załatwić w przewidzianym terminie.


Image courtesy of stockimages at FreeDigitalPhotos.net


2016-08-15

Garść wieści sierpniowych


Pracuję nad tłumaczeniem kolejnej książki, na dniach dojdzie mi jeszcze pilny przekład artykułu, więc tylko w biegu donoszę, że niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w pracach jury konkursu literackiego "Pióra Falkonu". Przedmiotem konkursu było opowiadanie zainspirowane hasłem "Dotrzeć tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek". Poziom konkursu (a w każdym razie finałowych prac) oceniam jako dosyć wysoki, w finale znalazła się spora liczba opowiadań na poziomie drukowalności, choć trafiło się też kilka, ekhm, "ciekawostek zoologicznych". Oficjalne wyniki zostaną ogłoszone, z tego co mi wiadomo, na początku września. Gdyby doszło do jakiegoś poślizgu, to nie z winy jury - wszyscy jurorzy już ocenili opowiadania i wydali swój werdykt.

A sama też zasłużyłam na jakieś ciasteczko czy inną małą nagrodę, bo kilka dni temu skończyłam krótkie opowiadanie pisane na zamówienie, chociaż prawie do ostatniej chwili brakowało mi pomysłu. Cieszę się, że przynajmniej chwilowo udało mi się przełamać długi, ponad roczny impas twórczy (spowodowany wyłącznie tym, że fatalnie mi wychodzi organizowanie sobie czasu, kiedy próbuję robić równolegle za dużo rzeczy). Ostatnio intensywnie myślę nad tym, jak się poprawić, bo to jednak lipa, kiedy człowiek się "rozdrabnia" na sprawy w sumie nieistotne z dłuższej perspektywy, a później płacze, że mógł przez rok napisać książkę i nie napisał... No ale tak to jest.

We wrześniu już po raz kolejny wybieram się do Torunia na Copernicon. Szykuję dwie prelekcje - jedną o trądzie (organizatorzy już zaproponowali, żeby ją w informatorze oznaczyć jako 18+), drugą o czarach, jakie na polskiej wsi stosowano w hodowli bydła i owiec. Pewnie będę się też udzielać w jakichś panelach dyskusyjnych, podobnie jak w poprzednich latach. Mam bardzo dobre wspomnienia z kolejnych edycji toruńskiego konwentu (jeżdżę od roku 2013) - Copernicony zawsze były świetnie zorganizowane, gościnne, dynamiczne i inspirujące.

I jeszcze słówko o perypetiach kocich. Byliśmy z Sammetem kilka dni temu na kontroli, bo brzeg opatrunku w ciągu tych paru tygodni brzydko obtarł kotu pachwinę i utworzyła się sączaca rana. Wesoły pan weterynarz zapodał buremu łobuzowi znieczulenie i zrobił prześwietlenie, żeby sprawdzić, kiedy będzie można ten nieszczęsny, podśmierdujący (bo trochę obsikany) opatrunek wreszcie zdjąć. Na zdjęciu rentgenowskim zobaczyłam na własne oczy, jaką techniką wykonane zostało zespolenie kości - biedny Sammet ma w jamie szpikowej trzy długie tytanowe "szpady" sięgające od stawu biodrowego do kolanowego! Wygląda to dość upiornie. Kość już się elegancko zrasta, nic się na szczęście nie przemieściło ani nie obsunęło, ale lekarz stwierdził stanowczo, że kot musi wytrzymać w opatrunku pełne 6 tygodni. Jesteśmy umówieni na zdjęcie usztywnienia dopiero 26 sierpnia! Biedny Sammet pomęczy się dłużej niż pierwotnie zakładałam. Obtarcie w pachwinie mamy mu przemywać riwanolem i zasypywać zasypką dla niemowląt. Na razie efekt jest taki, że kot wylizuje zasypkę w ciągu pięciu minut, a później ma za przeproszeniem rozwolnienie. Ogólnie - żałość i porażka.

Tak wyglądał kilka dni temu nieszczęśliwy, znudzony kotecek strzelający focha na kanapie:




Martwi mnie, co będzie dalej z tym ślimaczącym się obtarciem, które weterynarz zbagatelizował. Kot je sobie wylizuje, ale wydzielina wsiąka w i tak już brudny opatrunek, pachnie to wszystko niezbyt ładnie... No zobaczymy.



2016-08-13

Neal Shusterman, "Rozdarci" - zapowiedź i polecanka


Kilka dni temu znalazłam w sieci informację, że pod koniec września ukaże się książka, którą tłumaczyłam - "Rozdarci" ("Unwholly"), drugi tom cyklu YA "Podzieleni" Neala Shustermana wydawanego przez oficynę Papierowy Księżyc. (Tom pierwszy był tłumaczony przez kogo innego - już po raz kolejny przejęłam cykl po innym tłumaczu.) Nie ukrywam, ucieszyła mnie ta zapowiedź - zawsze miło zobaczyć w druku owoce swojej pracy. Ten cykl to dystopiczne sf bliskiego zasięgu, akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie po niszczycielskiej wojnie domowej zapanował dosyć... ekhm... specyficzny porządek społeczny. Jeśli tylko człowiek zawiesi czytelniczą niewiarę i zaakceptuje główne założenie świata przedstawionego, które na pierwszy rzut oka wydaje się karkołomne, to same książki są całkiem sensowne od strony fabularnej, zaś bohaterowie - sympatyczni i zapadający w pamięć. Polecam!

* * *

Opis wydawcy: "Rozdarci" to trzymająca w napięciu kontynuacja bestsellera "Podzieleni", która stawia pod znakiem zapytania nasze poglądy na temat tego, gdzie zaczyna się i kończy życie – i co to znaczy żyć.

Za sprawą Connora, Leva i Risy – tudzież głośnej rewolty, którą wzniecili w Ośrodku Donacyjnym Happy Jack – ludzie nie mogą już ignorować Podzielonych. Rozwiązanie, które pozwala uwolnić społeczeństwo od sprawiających problemy nastolatków, a równocześnie zapewnia stałe źródło narządów do przeszczepu, może i wydaje się doskonałe, ale w końcu zaczęto kwestionować jego etyczność. Jednak na gruncie podzielenia rozkwitł już wielki biznes, a potężne korporacje i politycy chcą, żeby tę praktykę nie tylko kontynuować, ale objąć nią również więźniów i najbiedniejszych.  

Cam w całości składa się z części ciał innych Podzielonych; to nastolatek, który formalnie nie istnieje. Niczym futurystyczny potwór Frankensteina, Cam usiłuje odnaleźć własną tożsamość i sens życia, zastanawiając się, czy ktoś taki jak on może mieć duszę. A kiedy wskutek działań sadystycznego łowcy nagród jego los zostanie nierozerwalnie spleciony z losami Connora, Risy i Leva, Cam będzie musiał znaleźć odpowiedź na pytanie, co to w ogóle znaczy być człowiekiem.



* * *

Wspomniałam wcześniej o karkołomnym głównym założeniu cyklu, a teraz wyjaśnię, co mam na myśli. W świecie opisywanym przez Shustermana rozwój transplantologii umożliwił przeszczepianie dowolnych organów bez konieczności stosowania leków immunosupresyjnych - OK, to science fiction, jako czytelnik mogę zaakceptować taki pomysł autora, nawet jeśli biolog we mnie się burzy. To, co wydało mi się naciągane, to wizja radykalnych reform społecznych, do których doszło w Stanach Zjednoczonych w następstwie wojny domowej. Aborcja jest bezwzględnie zakazana, natomiast między 13 a 18 rokiem życia dziecka można podjąć decyzję o "aborcji z mocą wsteczną", skazując nastolatka na tzw. podzielenie - ciało Podzielonego zostaje w całości rozdzielone na organy przeszczepiane innym ludziom. Podzieleniu poddawane są nastolatki sprawiające problemy wychowawcze, a także te dzieci z domów dziecka, które nie zostały uznane za wystarczająco zdolne, żeby chciano inwestować w ich wychowanie. Istnieje też instytucja "dziesięciny" - przedstawiciele niektórych wyznań dobrowolnie przeznaczają swoje dzieci na podzielenie, uznając to za ofiarę składaną Bogu. Dzieci te określa się mianem "dziesięciorodnych".

I teraz z ręką na sercu - jak sądzicie, ilu rodziców lekką ręką przeznaczyłoby swojego potomka na przeszczepy, nawet jeśli potomek ma problemy w szkole, wagaruje, kradnie samochody czy co tam jeszcze? Shusterman stara się uzasadnić pewne społeczne mechanizmy, cytuje nawet artykuły ze współczesnej prasy ilustrujące trendy, które on dość odważnie wyekstrapolował. Jeśli czytelnik jest w stanie przyjąć jego dystopiczną wizję jako choć minimalnie prawdopodobną, lektura ma szanse być całkiem przyjemna, bo fabuła jako taka jest przemyślana, psychologia bohaterów też.

Troje głównych bohaterów cyklu - Connor, Risa i Lev - zostało przeznaczonych na podzielenie, każde z innego powodu; Connor był sprawiającym problemy nastolatkiem z dobrze sytuowanej rodziny, Risa - dziewczyną z domu dziecka, a Lev - dziesięciorodnym. Cały cykl opowiada o tym, jak ta trójka oraz inne nastolatki walczą o przeżycie, raz na własną rękę, kiedy indziej z pomocą ruchu oporu, oraz próbują doprowadzić do zmiany istniejącego porządku. Czytałam w oryginale wszystkie cztery tomy - akcja bardzo wciąga i naprawdę warto doczytać do końca.

A tak wygląda oficjalny trailer do tomu pierwszego - "Podzieleni" ("Unwind"):


2016-08-07

Mistrz aktywnej rehabilitacji


Najwyższy czas na kolejną porcję wieści z frontu kociego. Niniejszy wpis był już napisany na brudno tydzień temu - nie miałam kiedy go wrzucić na sieć, ale nie zdezaktualizował się, sytuacja nadal wygląda tak samo.

Połamany Sammet całkiem sprawnie już kuśtyka, na trzech łapkach bez problemu pokonuje schody w obu kierunkach, jest też w stanie wleźć na fotel i kanapę. Wymaga uważnego obserwowania i pomocy przy - ekhm - załatwianiu swoich potrzeb, bo z usztywnioną łapą nie ma jak kucnąć i (przepraszam wrażliwych) radośnie leje ponad ścianką kuwety poziomym strumieniem na podłogę, chyba że czujny opiekun w porę interweniuje z "nocnikiem" w postaci pustego pojemnika po jogurcie... Na kupę znaleźliśmy inny sposób - papierowe tutki podstawiane pod tyłek (!). Wszystko po to, żeby kot, który łatwo traci równowagę, nie ubabrał sobie łap ani co gorsza opatrunku. W kategoriach "jak spędziłam lato" tegoroczny lipiec i sierpień są doprawdy ciekawe - przez większą część każdej doby pilnuję Sammeta, dostosowując do tego wszelkie inne obowiązki, pracując na netbooku zanoszonym tam, gdzie kot akurat raczy przebywać, i myjąc ręce po jakieś dwieście razy na dobę.

Wszystko to ma jeden plus - mogę obserwować, jak zwierzątko stopniowo odzyskuje sprawność. I powiem wam, że jest to widok ciekawy. Sammet, niczym zawodowy sportowiec, wytrwale i systematycznie robi wszystko, co w jego mocy, żeby funkcjonować możliwie normalnie. Testuje swoje ograniczenia, a potem próbuje je przezwyciężać - aż do skutku. Myślę, że niejeden człowiek mógłby się od niego uczyć konsekwentnego pokonywania trudności!

Kiedy dziesiątego lipca odbieraliśmy kota z lecznicy w opatrunku usztywniającym, z trzema gwoździami w złamanej kości udowej, nie dawał rady w ogóle ustać na łapach - zataczał się i lądował tyłkiem na podłodze. Dwa dni przeleżał w WC na podłodze wyścielonej podkładami higienicznymi. Na trzeci dzień wstał i jakby nigdy nic przykuśtykał do kuchni na śniadanie. Parę dni później był już w stanie zsunąć się z niskiego fotela na złożoną kilkakrotnie wełnianą narzutę. Niedługo potem opanował schodzenie po schodach (wymknął nam się przez otwarte drzwi na klatkę schodową i został przydybany piętro niżej; później wyprowadzałam go na schody na smyczy w obawie, żeby nie zleciał) i wskakiwanie na niski fotel. Wchodzenie po schodach początkowo wydawało się niemożliwym wyzwaniem, ale nazajutrz po pierwszej niezdarnej próbie kot już pokonywał stopień za stopniem na trzech łapkach, jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie. Jakieś trzy tygodnie po operacji zaczął włazić na wysokie fotele (podskakuje niezbyt wysoko, zaczepia się pazurami przednich łap i podciąga do góry jak kulturysta na drążku). Tutaj póki co kończą się jego możliwości - ani opatrunek, ani czujna opiekunka nie pozwalają na odważniejsze wyczyny.

Oczywiście parę razy zdarzyło się, że łobuz w ramach sprawdzania, na co go stać, jakimś niezgrabnym ruchem uraził sobie łapkę i miauknął albo później trochę mocniej kulał. Najbardziej niebezpiecznie wyglądał incydent z wskakiwaniem na biurko tydzień temu - nie upilnowałam, wystarczyła sekunda nieuwagi, żeby kot wskoczył na blat i zsunął się na podłogę... Na szczęście nic (chyba!) sobie nie zrobił. Najgorsze jest to, że strasznie chciałby się wymknąć na dwór i notorycznie czatuje przy zamkniętych drzwiach wejściowych oraz rozpaczliwie miauczy. Nie wiem, jak innym właścicielom kotów, ale mnie takie miauczenie mocno szarpie nerwy. A przed nami jeszcze długie dwa tygodnie w opatrunku!

Na zdjęciu - drań wygrzewa się w słoneczku wpadającym przez okno. Co on by biedny dał, żeby móc sobie swobodnie wyjść do ogrodu...