2012-07-12

Tylawa 2012, czyli Beskidy po afrykańsku



Melduję, że wróciłam po tygodniu spędzonym w Tylawie, na Podkarpaciu. To był... ciekawy urlop, bo nigdy jeszcze nie doświadczyłam w polskich górach takich temperatur!

Widzieliśmy (i sfotografowaliśmy) żmiję zygzakowatą, weszliśmy na Chyrową, Baranie, Cergową i Piotrusia, obejrzeliśmy sanktuarium św. Jana z Dukli oraz zwiedziliśmy Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej. I wypiliśmy hektolitry wody mineralnej, bo upał naprawdę porządnie dawał się we znaki.

Poniżej obiecana, szczegółowa relacja ze zdjęciami (głównie dla tych, których interesują wypady krajoznawcze w Polskę).


Wycieczka 1 (Dukla - Chyrowa - Kamienna Góra - Czerteż - Dziurdż)

Podjazd PKS-em do Dukli, z Dukli szlak żółty na Chyrową - najpierw niemiłe podejście utwardzoną drogą w skwarze, potem oddech ulgi w lesie (gdyby nie lasy, w temperaturach 30+ nie bardzo dałoby się chodzić, bo na odcinkach szosowych czuliśmy się jak w piekarniku). Znaleźliśmy przecięcie szlaku żółtego z czerwonym, ale ścieżka, którą uznaliśmy za dalszy przebieg szlaku czerwonego, wywiodła nas na manowce, a próbując wracać po własnych śladach, zabłądziliśmy do reszty. Po godzinie krążenia w lesie jakoś udało się "odbłądzić" i znaleźć najpierw żółty, potem czerwony szlak, którym weszliśmy na Kamienną Górę, a następnie zeszliśmy do kaplicy św. Jana z Dukli, pustelnika. 




Widok ze zbocza Kamiennej Góry.




Sanktuarium św. Jana z Dukli.

 
Kaplica jest kamienna, neogotycka. Kiedy tam przyszliśmy, taras przed nią akurat zamiatały dzieci w wieku szkolnym uzbrojone w wielkie miotły. Poniżej kaplicy znajduje się wykuta w skale sztuczna grota, a w niej to, co nas przywabiło, czyli źródło - a ściślej dwie rury, z których woda tryska do kamiennych mis. Ochlapani i ochłodzeni wspięliśmy się kawałek z powrotem czerwonym szlakiem i odbiliśmy na zielony, wiodący na Czerteż, a potem Dziurdż trawersami przez ładny las bukowy. Przyszły chmury, zaczęło grzmieć, wypatrywaliśmy burzy, ale ta kłębiła się na Słowacji i nie raczyła przyjść do nas. Między Czerteżem a Dziurdżem oraz na zejściu trzeba było brnąć przez chaszcze, głównie jeżyny sięgające wyżej kolan. W końcu krzaczyska ustąpiły miejsca ładnym łąkom z wysoką trawą i w siąpiącym deszczyku zeszliśmy do Tylawy.



Wycieczka 2 (Barwinek - Baranie - Olchowiec - Smereczne)

Podjazd PKS-em do Barwinka (PKS się spóźnił i czekanie 20 minut na przystanku w pełnym słońcu było dość nieprzyjemne nawet o godzinie 9 rano). Z Barwinka ruszyliśmy wyasfaltowaną tzw. Aleją Dworską na zachód od głównej szosy. Spłoszyliśmy wygrzewającą się na słońcu śliczną żmiję zygzakowatą (na oko ok. 30 cm) - uciekała sycząc, Jerzy zrobił jej zdjęcie i przegonił gada w trawę (w samą porę, bo chwilę później nadjechał samochód). Wkrótce potem odbiliśmy w las, na niebieski szlak. 




Żmija zygzakowata pełznie i syczy. 




Widok z wieży na Baranim.


Podejście lasem na Baranie wzdłuż granicy polsko-słowackiej nie należało do przyjemnych z uwagi na skwar. Na Baranim znajduje się drewniana wieża widokowa z chybotliwymi drabinkami bez zabezpieczenia. Zejście wiodło najpierw przez ładny las bukowy, potem w słońcu do wsi Olchowiec - tam dopiero poczuliśmy żar bijący od asfaltowej drogi... W Olchowcu znajduje się mała drewniana cerkiewka, a za nią malowniczy cmentarzyk na zboczu: zielona przystrzyżona trawa, sztuczne kwiaty i nowe nagrobki z lastryko, na których powtarzały się nazwiska tych samych kilku rodzin. 



Cerkiew w Olchowcu.


Cmentarz w Olchowcu.

Kilka zdjęć i dzielnie powędrowaliśmy dalej, w palącym słońcu, wzdłuż strumienia, marząc już tylko o tym, żeby się zatrzymać w cieniu i ochłodzić (widzieliśmy krowę, która moczyła się jak hipopotam). Kiedy w końcu udało się znaleźć odpowiednie miejsce, my też dłuuugo staliśmy po kolana w zimnej wodzie i było to wspaniałe uczucie - sielankę psuły tylko gzy, spragnione naszej smakowitej krwi. Długi powrót z Olchowca do Tylawy żółtym szlakiem, raz przez chaszcze, raz przez malownicze łąki z fioletowym i białym kwieciem, też byłby zdecydowanie przyjemniejszy, gdyby te latające paskudztwa nie cięły nas bez wytchnienia.



Łąki powyżej dawnej wsi Smereczne.


Wycieczka 3 (Nowa Wieś - Cergowa - Zawadka Rymanowska - Piotruś)

Ten ranek, jak i poprzednie, był bezchmurny. Podjazd PKS-em do Nowej Wsi (wysiedliśmy przystanek za wcześniej i musieliśmy ok. 10 min. podejść szosą, już zmieniającą się w patelnię). Czerwony szlak z Nowej Wsi na Cergową prowadzi w górę najpierw przez łąki i chaszcze - z ulgą zagłębiliśmy się w las. Minęliśmy siwobrodego, gadatliwego pana z PTTK, który szedł odmalowywać szlaki (i bardzo dobrze, bo rzadko uczęszczane szlaki beskidzkie często bywają tak zatarte i zarośnięte, że ciężko je odnaleźć). Na Cergowej po raz pierwszy na tym wyjeździe spotkaliśmy turystów pieszych - młodą parę z małym dzieckiem. Z Cergowej żółtym szlakiem gminnym (biały prostokąt + żółty trójkąt w prawym dolnym rogu) zeszliśmy do Zawadki Rymanowskiej. Po drodze trzeba było brnąć przez koleiny i błoto, pamiątki po zwózce drewna. Kolejny postój nad strumykiem połączony z brodzeniem w wodzie - i znów posłużyliśmy za stołówkę dla komarów tudzież gzów. 


Widok z czerwonego szlaku na Cergową.



Cerkiew w Zawadce Rymanowskiej.


Ze wsi podążyliśmy w okropnym skwarze przez łąki, nadal żółtym szlakiem. Szlak wkrótce zaginął w chaszczach i dopiero życzliwy tubylec wskazał nam drogę obok starego cmentarza (cmentarz kompletnie zarośnięty, ocalały z niego dosłownie 3-4 nagrobki). Za cmentarzem spotkaliśmy kolejnych turystów - dwaj młodzi mężczyźni przestrzegli nas, że dalej jest straszne błoto, i faktycznie miejscami trzeba było uważać, żeby nie ugrzęznąć. W bardziej podmokłych miejscach licznie rosły wielkie, piękne lepiężniki. Potem las stał się suchszy i zaczęło się strome podejście, na którym spotkaliśmy kolejną czwórkę turystów: 2 panie i 2 panów w wieku 30-40 lat. Wspięliśmy się na grań Piotrusia (dawniej Pietros) - w bukowym lesie, wśród krzaków, rozsiane są tam omszałe wychodnie skalne (kamienie i skałki). Na lewo od szlaku strome, ale zalesione urwisko. Na szczycie odpoczynek, potem krótkie zejście lasem i powrót szosą do Tylawy. 


Wycieczka 4 (Zyndranowa - Ostra)

Idąc w prażącym słońcu szosą do Zyndranowej (wieś ta została założona na przełomie XIV/XV w. przez Zyndrama z Maszkowic, późniejszego bohatera bitwy pod Grunwaldem) uratowaliśmy pełznącą po asfalcie pijawkę (nie pytajcie mnie, skąd się tam wzięła), wrzucając ją do rowu z wodą. Z Zyndranowej zielony szlak prowadzi na Ostrą, najpierw rozjeżdżonymi leśnymi drogami, potem zarośniętymi trawą ścieżkami (miejscami szlak łatwo zgubić). Po drodze mijaliśmy zasłane gałęziami polany po wycince drewna. Ostatnie podejście na Ostrą jest dosyć strome. Na szczycie wzniesienia znajdują się figurka Maryi i czarna tablica z 2005 r. upamiętniająca wizytę przyszłego papieża Jana Pawła II. Szlak po drugiej stronie schodzi najpierw leśną ścieżką, potem dosyć malowniczą drogą (po obu jej stronach rosną lepiężniki oraz mnóstwo wysokich żółtych kwiatów). Słońce prażyło nadal... Powrót szosą do Tylawy przetrwaliśmy tylko dzięki temu, że przyszła chmura i skwar się zmniejszył.



Figurka Maryi na Ostrej.


Żółte kwiaty przy leśnej drodze.


Wycieczka 5 (Jaśliska - Kamarka - Tokarnia - Zyndranowa - Przeł. Dukielska - Barwinek)


Bohatersko wstaliśmy bladym świtem, żeby o 5:30 pojechać PKS-em do Jaślisk, gdzie znajduje się m.in. zabytkowy kościół z XVIII wieku. Z Jaślisk ruszyliśmy najpierw dawnym traktem kupców węgierskich (obecnie jest to wyasfaltowana szosa), potem skręciliśmy na łąki, żeby spróbować wejść na górę Kamarka, która wygląda jak niezbyt duży zalesiony kopiec. Próba odszukania ścieżki prowadzącej w las przypominała początkowo wyprawę survivalową: jakieś 40 minut brnęliśmy pod górę przez chaszcze sięgające szyi (pokrzywy, maliny, wielkie osty... i latające nad tym wszystkim gzy). W końcu, spoceni, podrapani i wkurzeni, odwróciliśmy się... i zobaczyliśmy, że jakieś 50 metrów niżej, w bok od nas, biegnie polna droga, na którą czym prędzej zeszliśmy. Już bez większych problemów zagłębiliśmy się w las, minęliśmy Kamarkę, Tokarnię i zeszliśmy do Zyndranowej, wychodząc na drogę obok chatki studenckiej. Następnie czarnym szlakiem ruszyliśmy na Kiczerę, skąd czerwone znaki poprowadziły nas wzdłuż granicy polsko-słowackiej na Przełęcz Dukielską (po drodze minęliśmy wojskową wieżę obserwacyjną oraz pomnik upamiętniający operację dukielsko-preszowską w czasie II wojny światowej). Za wieżą obserwacyjną szlak aż do przełęczy biegnie już nie ścieżką, a wyasfaltowaną drogą dojazdową z zardzewiałymi latarniami. Na Przełęczy Dukielskiej znajduje się przejście graniczne dla tirów.



Pomnik upamiętniający operację dukielsko-preszowską.


Za przełęczą znów zagłębiliśmy się w las i jakiś czas jeszcze szliśmy czerwonym szlakiem wzdłuż granicy. Potem odbiliśmy na niebieski, zeszliśmy do Alei Dworskiej i dotarliśmy do Barwinka, skąd PKS-em wróciliśmy do Tylawy. W Barwinku sfotografowaliśmy bocianie gniazdo z lokatorami.


Bociany w gnieździe.


Wycieczka 6 (Zyndranowa - Przeł. Dukielska - Barwinek - Zyndranowa)

Ostatni dzień pobytu był zarazem jedynym, kiedy nie męczył nas upał. Rano z ulgą powitaliśmy widok zachmurzonego nieba. Powędrowaliśmy szosą do Zyndranowej, gdzie z dużym zainteresowaniem zwiedziliśmy Muzeum Kultury Łemkowskiej założone przez Teodora Gocza. Ekspozycja obejmuje m.in. zagrodę dawnego pisarza gromadzkiego Teodora Kukieły (można oglądać zachowane narzędzia rolnicze, sprzęty domowe oraz dokumenty sprzed ponad 100 lat), wystawę poświęconą operacji dukielsko-preszowskiej (zardzewiałe hełmy, granaty, manierki, mundury, broń, broszury propagandowe...), wystawę szeroko pojętej sztuki lokalnej (w tym kilka obrazków Nikifora) oraz dawne stroje łemkowskie, stroje liturgiczne i resztki wyposażenia dawnej cerkwi.




Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej: złom powojenny z operacji dukielsko-preszowskiej. 

(Zdjęcia: J. Żuchowski)


Po wizycie w muzeum ruszyliśmy na tę samą trasę, co poprzedniego dnia, tylko tym razem - zamiast wracać autobusem z Barwinka - przeszliśmy z Barwinka zielonym szlakiem do Zyndranowej i stamtąd na piechotę w kropiącym deszczu wróciliśmy do Tylawy.

Pomału dojrzewam do tego, żeby w Beskidzie Niskim osadzić akcję jakiegoś tekstu. Kiedyś.

4 komentarze:

  1. Fajna żmija.
    Wchodziłam na Wielką Sowę w temperaturze 35 stopni,więc rozumiem odczucia.To czekamy na relację!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajna relacja!Ja tam kocham ciepło,więc zazdroszczę.Okolica ciekawa,fajne rzeczy do zobaczenia.Może kiedyś..Też lubię w Beskidach te puste szlaki!
    Fajne wakacje!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. Chomik, tylko po beskidzkich szlakach trzeba koniecznie chodzić z aktualną mapą, opcjonalnie jeszcze z kompasem. Szlaki nie zawsze są dobrze oznakowane, zdarzają się miejsca, gdzie ścieżka zarosła/znaki się zatarły, albo jeszcze lepiej - blisko siebie biegnie kilka leśnych dróg i zgaduj wtedy, która jest tą właściwą... Nam pomimo mapy oraz kompasu kilka razy zdarzyło się wywędrować na manowce :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A zgadza się, my też kiedyś zabłądziliśmy!Zaniedbane trochę.Po Tatrach się człowiek rozpieścił.Ale góry i tak są piękne.

    chomik

    OdpowiedzUsuń