2012-08-30

"Po stronie mroku" - spis treści i fragmenty opowiadań

Dla zainteresowanych podaję spis opowiadań w zbiorku piekielnym oraz zamieszczam fragmenty trzech premierowych tekstów.

1. Wiara, nadzieja, miłość - „Science Fiction” nr 45/2004
2. Artysta (premierowy)
3. Chleb i krew (premierowy)
4. Dwa księżyce (premierowy)
5. Trybiki, kukiełki (premierowy)
6. Powrót do ogrodu (premierowy)
7. Po stronie mroku - „Science Fiction, Fantasy i Horror” nr 64/2011
9. Białe miasto (premierowy)
10. Rytuał piasku (premierowy)
11. Strzyga Maszka (premierowy)
12. Ostatnie piętro (premierowy)

Fragmenty poniżej. Enjoy :)



Chleb i krew
(fragment)


Uliczki i zaułki piekielnego miasta Chalal jak zwykle spowijała mgła.
Od strony przystani dobiegały nawoływania robotników rozładowujących galerę z dziobem rzeźbionym w kształt rybopodobnej poczwary. Od czasu do czasu silniejszy podmuch wiatru przynosił dławiący smród padliny. Natalia mogła jedynie zgadywać, co znajduje się w drewnianych skrzyniach, których setki i tysiące przypływały transportami z krainy Lewiatana. Skrzynie ładowano na wozy zaprzężone w woły i wywożono dokądś brukowaną drogą prowadzącą za bramy, a potem dalej, we mgłę.
Chalal, portowe miasto nad Morzem Płaczu, stanowiło punkt na skrzyżowaniu szlaków. Zbiegało się tu wiele dróg. Tych widzialnych i tych rozumianych symbolicznie. Przez ulice i tawerny przewijała się niezliczona liczba istot. Potępieńcy, demony, miszlingi, stworzenia z krainy snów, tajemnicze monstra z najgłębszych zakątków piekieł oraz cienie o zapomnianej tożsamości. Trafiali tu, ściągnięci przez wyrok niebios lub przygnani przez ślepe fatum. Chalal wchłaniało ich niczym wieloryb wsysający morską wodę. A później wypluwało.
Natalia szczelniej owinęła się płaszczem dla ochrony przed przenikliwym chłodem. Patrzyła, jak wychudzone, obdarte dusze szarpią się z kolejnym wozem. Pilnujący ich nadzorca od stóp do głów zakuty był w ciemną zbroję z metalicznym zielonym połyskiem. Obracał w ręku bat i strzelał nim w powietrzu nad głowami robotników, patrząc z zadowoleniem, jak ci za każdym razem podrywają się nerwowo.
Nie współczuła im. Praca podła, ale kara relatywnie lekka. Zresztą – jak wiedział każdy na dole – wyroki wydawał sprawiedliwy sędzia.
Spukk, imp przydzielony jej przez Afzala w charakterze obstawy – stwór wyglądający jak skrzyżowanie indyka z małym czarnym krokodylem – choć zwykle gadatliwy, tego ranka nie był w nastroju, żeby zabawiać ją rozmową. Leżał z pyskiem wspartym na łapach, leniwie śledząc przechodniów.
Nagle uniósł łeb i ostrzegawczo zagulgotał. Ulicą nadchodziła kobieta o rozczochranych, pozlepianych siwych włosach. Ubrana w łachmany, poruszała się chwiejnie. Widać było, że najwyżej tydzień dzieli ją od zostania szarą.
Wyciągnęła do Natalii kościste ręce.
– Błagam, daj mi fiolkę krwi. Tylko jedną. Zapłacę jutro... przysięgam...
– Nie.
– Chociaż kropelkę! – zawyła kobieta. – Chociaż jedną kroplę, ty dziwko!
Zamierzyła się pięścią, ale Spukk, czujny jak zawsze, z trzepotem i krakaniem skoczył do jej kolan, wczepił się w odzienie.
– Zostaw – rozkazała handlarka. Imp niechętnie puścił potępioną, która splunęła dziewczynie pod nogi.
Oboje patrzyli, jak odchodzi, powłócząc nogami, póki nie zniknęła we mgle.
– Nie zobaczymy jej już – stwierdził pogardliwie Spukk.

* * *

W izdebce na poddaszu tynk łuszczył się ze ścian, deski podłogi skrzypiały przy każdym stąpnięciu. Leżąca na zniszczonym tapczanie suknia z kremowego jedwabiu uderzająco kontrastowała z podłym wnętrzem.
W kuchni Spukk, ciamkając, pożerał cuchnące ochłapy mięsa, nabyte na ulicznym straganie. Natalia zrzuciła ubranie i umyła się pospiesznie gąbką maczaną w misce.
Za oknem przepłynęło kilka szarych sylwetek. Porwane wiatrem, uniosły się i zawirowały jak suche liście, zanim zniknęły za linią dachów.
Dziewczyna wytarła się starym ręcznikiem i sięgnęła po suknię. Zakładając ją, z dreszczem zauważyła, jak bardzo schudła w ostatnich dniach.
Rozczesała włosy i podpięła je złotymi spinkami w kształcie skarabeuszy, które dostała kilka tygodni wcześniej w prezencie od Afzala. Potem zdjęła z półki rzeźbioną skrzynkę z kosmetykami – kolejny upominek od opiekuna. Przedmiot należał pierwotnie do jakiejś kurtyzany ze starożytnej Grecji, a może Rzymu.
Natalia umalowała się starannie, tak jak Afzal lubił. Karminowe usta, policzki muśnięte różem, oczy przedłużone ciemnymi kreskami.
Skończywszy, raz jeszcze krytycznie oceniła w lusterku dzieło swoich rąk. Następnie wyjęła ze skrzynki lufkę i zamszowy woreczek przewiązany spłowiałą wstążką. Rozwiązała go i wysypała na lusterko działkę białego proszku.

* * *

Gdy szła brudnymi uliczkami do willi Afzala, brzydota Chalal już nie wydawała jej się tak przytłaczająca. Narkotyk ogrzewał ją od środka, powlekał wszystko delikatną, mieniącą się tęczową mgiełką.
Natalia przecięła placyk, gdzie rozbrzmiewał cichy plusk fontanny. Woda ciurkała z pyska zaśniedziałej świni z brązu, spływając do sadzawki, wokół której skrzeczały podobne do gołębi latańce. Co jakiś czas odpędzały się wzajemnie ze złością i któryś, trzepocząc, wzbijał się w górę tylko po to, żeby po chwili znów włączyć się do przepychanek w grupie.
Pod ścianą najbliższego budynku rosły wielkie kwiaty, których barwa przywodziła na myśl surowe mięso. Kawałek dalej wznosił się kamienny łuk pokryty na wpół zatartymi hieroglifami.
W szarówce rozległ się brzęk rozbijanej butelki. Natalia drgnęła, kiedy z cienia pod łukiem wyłonił się chwiejnym krokiem mężczyzna w obszarpanym wojskowym mundurze. Na jej widok wyprostował się, jakby częściowo trzeźwiejąc.
– Hej, Suzy, nie sądziłem, że cię tu spotkam – wychrypiał. – Pamiętasz tamten dansing w Kairze? Gdybym wiedział, nie pakowałbym się w ten cały cyrk z bronią, nie zastrzeliłbym Martiego... Gdybym tylko, kurwa, wiedział...
Wyciągnął rękę, jakby chciał jej dotknąć, ale Natalia cofnęła się. Mężczyzna stracił równowagę i osunął na ścianę.
– Chryste, kurwa, gdybym wiedział – powtórzył cicho. Jego twarz już ciemniała w oczach, rysy rozlewały się. Po chwili jego ciało rozsypało się w proch. Znad szczątków uniosła się sylwetka podobna do smugi dymu i uleciała w niebo. Natalia obserwowała to jak zahipnotyzowana. Skrzeczenie latańców przywróciło ją do rzeczywistości. Otrząsnęła się i poszła dalej.
Willa Afzala kryła się za wysokim murem, zza którego było widać tylko czubki palm w ogrodzie. Furty strzegli strażnicy o małpich obliczach, w rynsztunku rodem z bliżej niesprecyzowanej starożytności. Zastąpili Natalii drogę, ale cofnęli się, gdy pokazała im swój glejt: onyksową gemmę z wizerunkiem koziorożca.

* * *

Na szylkretowym blacie stolika stało to co zwykle. Otwarta kasetka pełna szklanych fiolek, karafka wina i dwa kryształowe puchary. Afzal siedział na pokrytej atłasem sofie. Złożone skrzydła okrywały go jak peleryna. Złote hafty na szkarłatnej szacie migotały w blasku świec.
Był piękny na swój sposób. Smukły, o lśniących czarnych włosach i twarzy niczym alabastrowa rzeźba. Rubinowe lampki jego źrenic wskazywały na domieszkę krwi iblisów.
Natalia zgodnie z etykietą złożyła przed nim niski, ceremonialny ukłon.
– Stajesz się bledsza – zauważył demon. Wytrząsnął zawartość jednej z fiolek do pucharu i poruszył nim, żeby zmieszać płyny, potem wręczył jej naczynie. – Pij.
Choć wino było słodkie, dziewczyna i tak mogła w nim wyczuć słoną, podobną do rdzy nutę. Kiedyś brzydziła się tego napoju, lecz teraz już nie. Chciwie opróżniła puchar.
Afzal patrzył na nią, mrużąc ślepia.
– Chodź – odezwał się, gdy odstawiła naczynie na stół.
Umiał być delikatny, kiedy chciał. I nie budził wstrętu, bynajmniej. Skórę miał aksamitną i gorącą; pachniał piżmem, mirrą, żywicą.
Gdy powoli zsunął z niej suknię, Natalia jak zwykle poczuła przypływ pożądania tak potężny, że wszystko inne przestało się liczyć. Przywarła do demona, śmiejąc się nieswoim, schrypniętym głosem.
Rozwiązał szatę i rozpostarł skrzydła, które wypełniły komnatę jak wielki cień.
– Chodź – powtórzył, już szeptem. Świat jak zwykle zawęził się do jego ciała, gorączkowego oddechu, rytmicznych ruchów, dostrojonych do jej pragnienia.
Przytomniała z twarzą wtuloną w jego ramię, oszołomiona jego zapachem, wciąż jeszcze rozdygotana od rozkoszy, wygasającej pomału jak opadająca ciepła fala.
Afzal końcem pazura zadrasnął ją pod obojczykiem i zlizał krew.
– Smakujesz jak dym. – Uśmiechnął się, a w jego oczach błysnęło coś okrutnego. – Tobie też nie zostało zbyt wiele czasu.



Dwa księżyce
(fragment)


Wypadek wydarzył się mniej niż godzinę wcześniej; w chłodnym wieczornym powietrzu nadal czuć było spaleniznę. Rafael Alvaro de Cardenas, zwany El Claro, nienawidził tego zapachu.
Dla tych, którzy mogliby go zobaczyć, alchemik był szczupłym mężczyzną o długich, związanych z tyłu czarnych włosach i cerze jak pergamin. Ciemna peleryna z kapturem łopotała za nim na wietrze.
Zawisł na wysokości czubków drzew, oceniając sytuację. Wszystko wyglądało z grubsza tak, jak się spodziewał. Skrzyżowanie blokowały dwa samochody – jeden ze zmiażdżonym przodem, drugi spalony tak, że nie sposób było rozpoznać jego marki. Teren odgrodzono żółtą taśmą, a w pobliżu stał wóz policyjny z migającym kogutem. Na chodniku, w pewnej odległości, zebrał się tłumek ciekawskich, dziennikarz lokalnej telewizji coś mówił do kamery.
Niewidzialny dla policjantów, reporterów oraz gapiów, El Claro spłynął na jezdnię tuż za żółtą taśmą i ukląkł koło spalonego wraku.
Echa krzyków wybuchły w jego głowie jak biały fosfor.
Odczekawszy, aż umilkną, zebrał z asfaltu do fiolki nieco popiołu, starannie ją zakorkował i schował w zanadrze. Gdy mijał ekipę telewizyjną, wciąż filmujący miejsce wypadku kamerzysta zaklął, bo obraz na chwilę przesłoniły linie zakłóceń.

* * *

Od strony centrum miasta dolatywał stłumiony szum samochodów. Z lotu ptaka w tak pogodną noc z daleka rzucał się w oczy charakterystyczny układ świateł wokół lądowiska dla helikopterów. Woda ze spryskiwaczy z sykiem spadała na zadbane trawniki przed wysokim, nowoczesnym budynkiem, w którym mieściła się niedawno oddana do użytku klinika dziecięca.
Postać w ciemnej pelerynie bezszelestnie przepłynęła przez oszklone drzwi, by zatrzymać się w obszernym, wyłożonym jasnoszarymi płytkami holu kliniki. Drzemiący portier w ogóle nie zarejestrował obecności przybysza.
Mimo mroku oczy Rafaela nie miały żadnego problemu z odcyfrowaniem napisów na tabliczkach. Bardziej szybując niż idąc przez pogrążone w ciszy korytarze, alchemik odnalazł oddział chirurgii.
To był jeden z tych przyjaznych małym pacjentom szpitali, gdzie pielęgniarki noszą różowe fartuchy zamiast białych, a ściany są pomalowane w kwiaty i biedronki. Zaraz za drzwiami sali poniewierały się wysypane z pudełka klocki lego. Przez szerokie na całą ścianę okno widać było parking, zalany blaskiem sodówek.
Stały tu tylko cztery łóżka. Na pierwszym spała dziewczynka z obandażowaną głową, dwa kolejne były puste.
Na łóżku pod oknem, pod skłębioną kołdrą leżał chłopiec, na oko siedmio- lub ośmioletni, z nogą w gipsie. Oddychał płytko, a jego skóra była blada i spocona – leki przeciwbólowe przestawały działać. W zasięgu ręki miał guzik wzywający pielęgniarkę, ale bał się albo wstydził go nacisnąć.
Szyję chłopca unieruchamiał specjalny kołnierz. Drobne oparzenia na twarzy i rękach nie wymagały opatrunku; posmarowano je maścią. Z medycznego punktu widzenia miał bardzo dużo szczęścia – siedział przy drzwiach, które w momencie zderzenia otwarły się, i wypchnięty siłą eksplozji z samochodu odniósł stosunkowo nieduże obrażenia.
Ponieważ odzyskał przytomność dopiero w szpitalu, nie wiedział, co się stało z jego rodzicami i siostrą. Obolały i przestraszony, nie mógł przestać o nich myśleć. Pielęgniarka powiedziała mu tylko, że lekarze zajmują się mamą i żeby się nie martwił.
El Claro, który znał prawdę, powiedziałby ją dziecku, gdyby mógł, ale nie leżało to w jego gestii. Zajmie się tym lekarz albo psycholog dziecięcy, za kilka dni, gdy będzie można lepiej ocenić, jakie szanse na przeżycie ma matka chłopca. Dla pozostałych członków rodziny nie dało się zrobić nic.
Zmusił się, żeby nie myśleć o tym, co go nie dotyczyło, i pochylił się nad łóżkiem, aby zebrać do fiolki z popiołem kolejny cenny składnik – kilka łez.
Nie mogąc ani zobaczyć nieznajomego, ani poczuć jego dotknięcia, chłopiec nie zareagował. Leżał bez ruchu, patrząc w ciemność, a myśli, które przebiegały przez jego głowę, były dużo gorsze od bólu złamanej nogi.
Alchemik zawahał się, po czym – choć nie należało to do jego obowiązków, a wręcz było sprzeczne z procedurami – wyjął puzderko z kości słoniowej i posypał powieki dziecka odrobiną proszku przypominającego piasek.
– Śpij – powiedział cicho.
Wychodząc, zerknął przez ramię. Proszek jeszcze nie zaczął działać; chłopiec nadal patrzył w przestrzeń szeroko otwartymi oczami.

* * *

Nad skalistym pustkowiem, gdzie wznosił się dom alchemika, nigdy nie wiał wiatr, nie przelatywały ptaki. Siny księżyc wisiał nad ostrymi jak noże szczytami gór, lecz jego blask nie mógł się przedostać przez zaryglowane okiennice pracowni.
Zaciemnione pomieszczenie wypełniały gryzące, trujące opary – w trójnogu ustawionym pośrodku komnaty spalała się siarka, ulubione pożywienie duchów ognia. Na kamiennej posadzce widniał skomplikowany krąg, wyrysowany kredą i krwią.
W trójnogu wśród iskier i żaru wiła się istota podobna do czerwonego, miniaturowego smoka. To jej gorący oddech ogrzewał od dołu wykonaną z żaroodpornego szkła banię aparatu do destylacji, gdzie bulgotały wymieszane ze sobą tajemnicze substancje – kwasy, jady i pochodne metali. Chętnie zionęłaby płomieniami na alchemika, który ją uwięził, ale symbole kręgu wymuszały na niej posłuszeństwo.
El Claro, w szklanej masce i rękawicach ochronnych, uważnie obserwował przejrzysty jak woda płyn skraplający się wewnątrz mniejszego naczynia. Gdy uznał, że zebrało się go wystarczająco dużo, odczepił kolbę od chłodnicy i wytrząsnął do środka zdobytą w świecie żywych zawartość fiolki. Następnie zsunął rękawicę, srebrnym nożykiem skaleczył wnętrze dłoni i pozwolił, by kilka kropel krwi zmieszało się z parującą zawartością kolby.

* * *

Blady i zmęczony do granic wyczerpania, lecz ubrany nienagannie, w eleganckim czarnym kaftanie i białej koszuli, alchemik wyszedł z portalu i zmrużył oczy, oślepiony jasnym światłem dnia. Stał na dziedzińcu przed olbrzymią marmurową budowlą w stylu antycznym.
Natychmiast został otoczony przez skrzydlatych strażników w pancerzach ze spiżu i hełmach na modłę grecką. Dzierżyli włócznie, a na ich napierśnikach i tarczach widniał symbol znany również na Ziemi – opleciony przez węże kaduceusz.
– Z czym przybywasz? – usłyszał.
– Niosę ratunek rannym w służbie Pana – odrzekł, pokazując torbę, z której wystawały szyjki butelek z lekarstwami. Nadal patrzyli na niego nieprzyjaźnie, ale cofnęli się, opuszczając broń.
– Przechodź.
W budowli mieścił się szpital, ale mający niewiele wspólnego z ziemskimi klinikami. Nie było tu elektronicznej aparatury, ból uśmierzano wywarami z maku, a zamiast antybiotyków stosowano zaklęcia podobne do tych, jakich używali magowie w starożytnym Egipcie, Babilonie i Grecji, lecz o wiele starsze i potężniejsze.
El Claro przeszedł przez uchylone wrota, by znaleźć się w zacienionym, chłodnym przedsionku, gdzie na ścianach wisiały odlewy dłoni, stóp i skrzydeł – wota dziękczynne pozostawione przez wyleczonych pacjentów. Rozejrzawszy się, skinieniem dłoni przywołał młodego adepta w białej szacie z podwójnym niebieskim szlakiem, niosącego naręcze bandaży.
– Czy wiesz, gdzie znaleźć panią Ianthe?
Przytaknąwszy, chłopiec poprowadził go schodami w górę, a potem szerokim korytarzem, pełnym spieszących się do swoich spraw adeptów i lekarzy; aż doszli do sali z oknami wychodzącymi na ogród, skąpany w złotym blasku zachodzącego słońca.
Na stole poniewierały się narzędzia i szarpie. Ianthe – lekarka z Koryntu, która nawróciła się na chrześcijaństwo i zginęła podczas prześladowań za któregoś z rzymskich cesarzy – myła ręce w misie. Jej białą szatę plamiła z przodu krew.
Na łóżku leżał anioł o osmalonych włosach, półnagi, w bandażach. Jego skrzydła były czarne – zwęglone do kości, ze sterczącymi gdzieniegdzie spalonymi resztkami piór.
El Claro wszedł, omijając rozstawione na posadzce miednice z poczerwieniałą wodą.
– Eliksir ognia – rozkazała Ianthe, gdy tylko go zauważyła. – Z pozostałymi idź do Cyryla, druga sala w lewo.
Wręczył jej kryształową butelkę z przezroczystym płynem. Wzięła, ostentacyjnie uważając, by ich dłonie się nie zetknęły.
Alchemik skłonił się, posłuszny etykiecie. Gdy wychodził, na mgnienie oka napotkał spojrzenie rannego anioła. Była w nim litość i wyższość.

* * *

Postęp cywilizacji niósł z sobą liczne korzyści – zarówno na ziemi, jak i w zaświatach.
Rafael zaparzył sobie mocną kawę z dodatkiem cynamonu i goździków. Z gzymsu kominka zdjął świecznik i zapałki. Wsunął do odtwarzacza płytę i wybrał trzecią ścieżkę. Zabrzmiała muzyka, z początku delikatna, lecz stopniowo coraz bardziej ponura.
Zarówno wieża, jak i płyty zostały zdobyte dzięki uprzejmości niejakiego Jana Adamowicza – obdarzonego parapsychicznymi zdolnościami polskiego znachora, który na mocy zawartego z Górą kontraktu trzy razy w roku dostarczał Rafaelowi zioła do eliksirów. Aby uniknąć ewentualnych kłopotów ze zwierzchnictwem, alchemik dopilnował, by Adamowicz wszystko kupił legalnie, acz dyskretnie – na dworcowym bazarze, wpierw spieniężywszy tamże nieco transmutowanego w Rafaelowej retorcie złota.
Zespół pochodził znad Wisły. Ale El Claro nosił nad sercem znak Bestii i gdy chciał, mówił wszystkimi językami Ziemi. Rozumiał każde słowo utworu.

Na dnie sarkofagu noc,
Czarna suknia
Rozrzucam korale wspomnień... [1]

Ze skrytki za obrazem, przedstawiającym Hypnosa trzymającego kwiat maku, wyjął rolkę folii aluminiowej, szklaną lufkę i plastikową torebkę pełną białego proszku. Akcesoria pochodziły z Ziemi, sam narkotyk rzecz jasna z pracowni Rafaela – fabrykowany wyłącznie na własny użytek, czysty i mocny jak uderzenie gromu.
Za oknem, ponad skalistym pustkowiem, migotały zimne punkciki gwiazd.

Daję ci moją łzę.

El Claro zapalił świecę. Oddarł kawałek folii i z wprawą odmierzył nań działkę, po czym ostrożnie zaczął ją ogrzewać nad płomieniem, żeby móc przez lufkę wdychać uwalniające się opary.
Westchnął, gdy z dawna wyczekiwane ukojenie rozlało się po jego ciele jak płynna czekolada. Muzyka docierała teraz do jego uszu przyciszona, jak zza szyby.

Okręt mój płynie dalej
Gdzieś tam...
Serce, choć popękane, chce bić.
Nie ma cię i nie było.
Jest noc.
Nie ma mnie i nie było.
Jest dzień.

Gdy z działki nie zostało już nic, odłożył osmoloną folię i wyciągnął się wygodnie na sofie. Heroina otuliła go jak ciepły, bezpieczny kokon, lecz nie na długo.
Wizja jak zawsze przypłynęła bez ostrzeżenia. Otworzył oczy i ujrzał, że stoi pod rozpadającym się murem cmentarza. Gwiazdy przeświecały przez gałęzie sykomor.
Czując na karku chłodny powiew, El Claro odwrócił się i wstrzymał oddech.
Kobieta o czarnych włosach spłynęła z nieba w obłoku srebrzystej mgły, by opaść bezszelestnie na trawę, która pod jej stopami zwiędła i uschła. Rafaela zmroził strach, ale nie mógł się poruszyć, jedynie patrzeć, jak podchodzi – blada, z szelestem koronek.
Pogładziła go po twarzy lodowatymi palcami. I jak za każdym razem ujrzał, że jej oczodoły są puste, a suknia to w rzeczywistości całun.
Obudził się mokry od potu. Świece dopalały się, płyta dawno dobiegła końca. Alchemik popatrzył w okno i wzdrygnął się. Księżyc nad pustkowiem przybrał barwę krwi – znak, że go wzywano.



Strzyga Maszka
(fragment)


Zachmurzone niebo szybko ciemniało. Szosa o tej porze była prawie pusta. Trzymając jedną rękę na kierownicy, Jacek nadgarstkiem drugiej przetarł oczy. Kolejna kawa przestawała działać.
Przednią szybę upstrzyły krople deszczu. Włączył wycieraczki i przyspieszył, wyprzedzając jakiś wlokący się, zapóźniony traktor.
– Tataa, daleko jeszcze? – spytała Julka po raz trzeci czy czwarty, wyjąwszy z uszu słuchawki discmana.
– Młoda, o co cię prosiłem? Daleko.
– Ale ja chcę wiedzieć...
– Patrz za okno i czytaj, co będzie na następnym drogowskazie.
Komórka zapiszczała mu w kieszeni. Pewnie esemes od Doroty z pytaniem, kiedy dotrą. Jacek po raz kolejny przeklął swój pomysł, żeby osobiście pojechać po córkę na drugi koniec Polski, zamiast pozwolić, żeby z obozu przywiozła ją matka innej uczestniczki. W pracy akurat teraz nawarstwiły mu się obowiązki, kilka rzeczy musiał pilnie skończyć przed planowanym urlopem. Jak zwykle w takich sytuacjach okazało się, że na wszystko potrzebuje więcej czasu, niż teoretycznie wyliczył. W efekcie wyjechał w trasę, mając za sobą wyjątkowo ciężki tydzień. Poprzedniej nocy spał pięć godzin – sądził, że to wystarczy. Niestety, jego organizm był innego zdania.
Minęli drogowskaz. Od Lublina dzieliło ich jeszcze ponad sześćdziesiąt kilometrów.
Deszcz przerodził się w ulewę. Wycieraczki miarowo czyściły szybę. Jacek tęsknie pomyślał o kolacji oraz wygodnym łóżku.
Dodał gazu. Pola umykały do tyłu – pozbawiona szczegółów płaszczyzna mroku.
I nagle na szosie, która sekundę wcześniej była pusta, wyrosła czarna ludzka sylwetka. Jacek odruchowo, gwałtownie zakręcił kierownicą w lewo. Usłyszał mrożący krew w żyłach zgrzyt kół o żwir, a potem poczuł, że wóz traci kontakt z podłożem.
W uszy wdarł mu się krzyk Julki. Ale było za późno, żeby cokolwiek zrobić. Samochód spadł ze skarpy na pole, dachując z hukiem i zgrzytem metalu.

* * *

Autobus ociężale sunął pod górę pustawą o tej porze dwupasmówką. Poświata sodówek odbijała się w mokrym asfalcie. Wyświetlacz z przodu pojazdu pokazywał dwudziestą drugą.
Karolina dopiła resztkę wody mineralnej, po czym schowała butelkę do plecaka i zapatrzyła się w szybę, po której spływały krople deszczu. Jej myśli krążyły pomiędzy aerobikiem, z którego właśnie wracała, a stancją, gdzie na biurku czekały materiały do zbliżającego się egzaminu z immunologii, już ostatniego w sesji. Zje na kolację płatki z jogurtem, zadzwoni odmeldować się starym, a później albo weźmie się za czytanie notatek, albo od razu pójdzie spać. Była zmęczona i bolała ją głowa po godzinie ćwiczenia na dusznej sali.
Autobus zahamował. Karolina przetarła szybę, żeby sprawdzić, który to przystanek i zerwała się na równe nogi, w ostatniej chwili przypominając sobie o reklamówce z dresem i tenisówkami.
Poza nią nie wysiadł nikt. Mżył deszcz, więc rozłożyła parasol. Szła prędko, ze spuszczoną głową. Raz obejrzała się przez ramię, bo wydało się jej, że słyszy kroki, ale wokół było pusto.
Sto metrów dalej domy kończyły się, a chodnik urywał. Na odcinku, gdzie po obu stronach jezdni czerniały zarośla, Karolina przyspieszyła kroku. Nie miała zaufania do tej okolicy, latem poszłaby okrężną, ale bezpieczniejszą drogą przez osiedle. W ciepłe wieczory pod osłoną krzaków lubili przesiadywać okoliczni żule. Teraz naokoło nie było żywej duszy, ale i tak odetchnęła, widząc za drzewami światła swojego bloku.
Gdy podchodziła już do klatki, sięgnęła do kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Nie znalazła ich, więc zaczęła szperać w plecaku.
Nagle zdała sobie sprawę, że zrobiło się dziwnie cicho. Wiatr przestał szeleścić w liściach, od strony dwupasmówki nie dobiegały odgłosy aut.
Najbliższa latarnia zaczęła migotać i przygasła do słabiutkiej czerwieni. W ślad za nią – kolejna. Dopiero teraz dziewczyna naprawdę zaczęła się bać.
Latarnie wokół parkingu gasły jedna za drugą, tak że cała przestrzeń przed blokiem pogrążyła się w ciemnościach. Karolina, nadal gorączkowo szukająca w plecaku kluczy, nagle poczuła na twarzy chłodny podmuch. Kątem oka uchwyciła poruszenie i zamarła.
Coś pełzło, wypełzało z krzaków – gęstszy kłąb mroku, który wił się i przelewał. Jej racjonalny umysł nie chciał przyjąć do wiadomości, że naprawdę widzi to, co widzi. Dlatego nie próbowała uciekać, gdy cień wyciągnął ku niej macki.
Poczuła przeszywający ból w skroni i świat zgasł. Osunęła się na mokry asfalt.
Mroczny kształt rozpłynął się, wsiąkł w ciemność. Latarnie znowu zaświeciły z normalną intensywnością. O tym, co się wydarzyło, przypominała tylko sylwetka skulona przy wejściu do klatki.
W jakiś czas później ciszę na osiedlu rozdarł sygnał karetki.

* * *

Dochodziła trzecia w nocy. Czechów spał.
W bloku przy ulicy Skołuby, w kuchni o świeżo odmalowanych, radośnie pomarańczowych ścianach, radio cicho grało piosenkę Pearl Jam.
Iza zamieszała w garnku i zdjęła go z kuchenki, a na gazie postawiła czajnik. Jej ciążowy apetyt idealnie wpisywał się w stereotyp rodem z anegdot. Hitem szóstego miesiąca były płatki kukurydziane rozrobione z wrzątkiem na maź, z dodatkiem żółtego sera. Jako przekąska nocna.
Zbyszek na pewno marudziłby, że nie powinna jeść po dwudziestej, chodzić spać po północy, a żółty ser jest tłusty, zawiera mnóstwo cholesterolu i ileś tam kalorii na plasterek. Na szczęście już z panem Jawiemlepiej nie mieszkała i mogła gwizdać na jego opinię.
W pierwszym tygodniu po tym, jak się wyprowadził, z satysfakcją pozbyła się niepasujących do niczego czerwonych foteli, które swego czasu kupił okazyjnie i nie uznał za stosowne ich ze sobą zabrać, a sakramencko niewygodne szpilki, które dodała do swojej garderoby ze względu na niego, spakowała do reklamówki i wrzuciła do kontenera PCK. Potem z pomocą kumpli przemalowała kuchnię na kolor, który jej byłego niechybnie doprowadziłby do apopleksji. Wciąż jeszcze rozkoszowała się tym, że znowu może bałaganić w swoim własnym mieszkaniu, nie układać rano włosów na lokówce, nosić gotycką biżuterię, glany (Zbyszek mawiał, że to buty w sam raz do obory) i spotykać się z ludźmi, których on nie lubił.
Rozstali się krótko po tym, jak test ciążowy wypadł pozytywnie, ale jak dotąd była tylko coraz bardziej wdzięczna losowi, że tak się skończyło.
Utwór skończył się i prowadzący audycję zaczął opowiadać, skąd wzięła się nazwa grupy. Iza słuchała go jednym uchem. Dziecko zawierciło się delikatnie. Nocny marek, jak mamusia.
Nadtopiony ser gouda przyjemnie się ciągnął. Woda w czajniku zaczęła szumieć. Nagle Iza zamarła z łyżką w połowie drogi do ust.
Z kuchenki wylewał się mrok, jak kipiąca smoła. Rozpływał się powoli po podłodze i wpełzał po ścianie do góry – dosięgał już szafek. Uszczypnęła się w rękę, ale nie, to nie był sen.
W następnej sekundzie poczuła dławienie w gardle i ból w skroni. Pociemniało jej przed oczami.
Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowały jej zmysły, był zapach gazu.
Chwilę później blokiem wstrząsnęła eksplozja. Posypały się szyby, w autach na parkingu zawyły alarmy, a na siódmym piętrze zamigotał ogień.

* * *

Fosforyzujące cyferki budzika wskazywały wpół do czwartej.
W zamku zgrzytnął klucz, drzwi otworzyły się i zamknęły. Kobieta śpiąca na małżeńskim łożu nie poruszyła się. Zażyła na noc wszystkie przepisane leki, w tym środek nasenny. Nie obudziły jej ostrożne kroki w przedpokoju, szelest zdejmowanego ubrania ani szept prysznica.
Mężczyzna w staroświeckiej pasiastej piżamie cicho wszedł do sypialni. Zanim się położył, starannie zasunął żaluzje.



[1]              Kat, „Łza dla cieniów minionych”

1 komentarz:

  1. Niezłe te fragmenty!Klimatyczne.To ja czekam.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń