2012-12-26

Bożonarodzeniowo


W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei do Judei, do miasta Dawidowego zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się zapisać z poślubioną sobie Maryją, będącą w stanie odmiennym. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, dlatego że miejsca dla nich nie było w gospodzie. (Łk 2: 1-7)

Tę historię zna chyba każde dziecko wychowane w chrześcijańskim kręgu kulturowym.  Niezależnie od tego, czy ją traktujemy jak Prawdę, czy jak malowniczą legendę, opowieść funkcjonującą na prawach mitu - pozostaje malownicza i wzruszająca, sama w sobie. Dwoje biednych ludzi nie znajduje noclegu w obcym miejscu, dziewczyna rodzi w stajni na sianie, potem - jak opowiada ewangelista - zjawiają się pasterze, którym anioł obwieścił narodziny Zbawiciela. 

Motyw narodzin Chrystusa był bardzo popularny w malarstwie różnych epok. Z okazji Świąt pozwoliłam sobie wyszukać i zamieścić tutaj cztery mniej lub bardziej słynne obrazy przedstawiające narodziny Dzieciątka Jezus: trzy włoskie z epoki renesansu i jeden francuski barokowy.

Na pierwszy ogień idzie Domenico Ghirlandaio: Pokłon pasterzy, 1485 r. Ewangeliczna stajenka to ruiny antycznej świątyni; nad kamiennym żłobem pochylają się wół i osioł, a jeden z pasterzy trzyma na rękach jagnię. W tle miasto widoczne po prawej to Jerozolima, a miasto po lewej - Rzym. Pasterze, znając życie, pewnie mają twarze fundatorów obrazu - są bardzo realistycznie sportretowani i wszyscy wyglądają raczej dostojnie. Obraz, uważany za jedno z najlepszych dzieł Ghirlandaio, dziś znajduje się w galerii Uffizi we Florencji.





Zamiast antycznych ruin, chętnie malowanych przez szkołę florencką, Piero della Francesca ukazał najzwyklejszą szopę, w całej jej ewangelicznej prostocie. Dzieciątku przygrywają na lutniach anioły w liliowych i błękitnych szatach, bez aureol. Wbrew pozorom to nie jest fresk - obraz został namalowany olejną farbą na drewnie. Powstał również około roku 1485, obecnie można go podziwiać w National Gallery w Londynie.




 
Fra Filippo Lippi to nader barwna postać: mnich zakonu karmelitów, który później porzucił stan zakonny, niepoprawny kobieciarz i hulaka. Ale malował pięknie, a szczególną rękę miał do uduchowionych twarzy kobiecych i anielskich - co widać poniżej. Może dlatego, że był koneserem dziewczęcej urody. Obraz przedstawiający Maryję i św. Józefa z Dzieciątkiem oraz dwoma świętymi (po lewej św. Jerzy, po prawej św. Wincenty Ferreriusz) powstał najprawdopodobniej po roku 1455, a poczytać o nim można tutaj.




A teraz przeskok o prawie dwa wieki w przód. Barokowy malarz francuski Georges de la Tour przedstawił Pokłon pasterzy (1644) jako scenę kameralną, wyciszoną. Maryja się modli, a nad śpiącym Dzieciątkiem pochylają się: Józef, dwóch pasterzy, pasterka i jagniątko. Georges de La Tour chętnie malował sceny nocne, gdzie jedynym źródłem światła jest świeca lub kaganek, utrzymane w ciepłej kolorystyce, z dużą ilością czerwieni i brązów. Obraz znajduje się teraz w Luwrze.





Korzystając z okazji - pozornie bez związku - bardzo polecam zamieszczone w Esensji tuż przed Świętami opowiadanie Radosława Raka pt. Tamdarej w innych światach. To przepięknie napisany realizm magiczny, chyba najlepszy tekst, jaki Esensja zamieściła w ciągu ostatniego roku, a czemu polecam go akurat w tym wpisie - o tym przekonacie się czytając. Serdecznie zachęcam. Dla nieufnych - poniżej fragment (i to bynajmniej NIE jest ten fragment, który wiąże się tematycznie z obrazami o Bożym Narodzeniu).

"Dębica leży dziś w połowie drogi między Tarnowem a Rzeszowem. Kiedyś leżała całkiem gdzie indziej, bo jakoś tak w dwóch trzecich szlaku wiodącego od granicy imperium rzymskiego nad Bałtyk. Karpaty tutaj spływają ku zielonym równinom na północy, fale wzgórz wygładzają się nagle. Gładko ogoleni Rzymianie o twarzach jak wykutych z kamienia zatrzymywali się w tym miejscu każdego roku, zmordowani przeprawą przez ciemne góry. Przywozili ze sobą gwar, śmiech i barwne opowieści, no i lato, bo przybywali zawsze niedługo przed najkrótszą nocą w roku. Kupowali skóry, czasem też miód, płacąc piękną bronią, błyskotkami i monetami z profilami cezarów. Zawsze jednak po paru dniach odjeżdżali na północ, gnani bursztynową gorączką. Z biegiem lat pojawiali się coraz rzadziej, raz na dwa-trzy lata, i nie byli to już Rzymianie dumni i posągowi, ale jacyś inni – wyblakli, przykurczeni. Źle się widać działo w ich ojczyźnie.

Aż nadeszły takie lata, że Rzymianie w ogóle przestali się pojawiać. Dziadek Tamdareja całymi dniami wypatrywał ich śladów na przełęczy za Głodomankiem. Na próżno. Może którejś zimy zagubili się w górach i do tej pory nie mogą znaleźć drogi. Kto wie, może któregoś dnia odnajdą się wreszcie i znów przejdą przez Dębicę, śpiewając pieśni Horacego – tak mówił Tamdarejowi dziadek i przemykał spojrzeniem po południowym horyzoncie, po wzgórzach pełnych i miękkich jak kobiece piersi.

W tamtych latach po zniknięciu Rzymian Dębica z wolna szarzała. By nie dać tej szarości zupełnie pochłonąć miasteczka, pradziadek Tamdareja wymyślił bogów, Peruna i Swaroga, i Żmija, i jeszcze innych, bez imienia; Dębica nie dojrzała bowiem wtedy jeszcze do przyjęcia prawdziwego Boga. Wzniesiono chramy, rozpalono święty ogień, w twardym drewnie buków wyrzezano boskie twarze. Na miejsce kultu pradziad Tamdareja wybrał górę ponad miastem, ciemną i podobną przyczajonemu jaszczurowi. Odkąd rozpalono tam pierwsze święte ognie, nazwano to miejsce Palaną Gerą.

Palana Gera to jest dziwna góra – ostatnie wzniesienie Karpat, opadające nagle od północy ku płaszczyźnie równin. Całą Palaną Gerę porasta ponura buczyna, a małe strumyki porżnęły wszystkie stoki wilgotnymi zmarszczkami wąwozów. Potoków jest szesnaście, a może i więcej, większość spływa na północny wschód, w dolinę Ostrej i dalej ku miastu. Z dawien dawna biły tu źródła, z których mieszkańcy czerpali wody leczące każdą niemoc, i w czasach austriackich utworzono w tym miejscu uzdrowisko, mogące śmiało konkurować z Krynicą czy Piwniczną, i zjeżdżała tu cała towarzyska śmietanka Cesarstwa. Kto wie, może dzięki tym wodom ludzie z Dębicy cieszyli się zdrowiem, siłą i pogodą ducha przez długie lata, o ile oczywiście stąd nie wyjeżdżali. Sam pradziad Tamdareja przeżył ponoć z górą dwa tysiące lat, przebijając tym samym praojca Adama, a żyłby pewnie i dłużej, gdyby nie zginął od bolszewickiej kuli, broniąc łaskami słynącego obrazu Najświętszej Panienki w sanktuarium w Zawadzie.

  Ilustracja: Magdalena Wolff


Z Palany Gery widać cały świat: Dębicę, Pilzno, całą dolinę Wisłoki, wszystkie inne miasta i wsie, nawet te, gdzie ludzie mówią innymi językami, góry na południu i zieleń z szarością na północy, gdzie ziemia zdaje się podnosić i stapiać z głębią nieba. Dalej świat się kończy. Nic dziwnego, że stare bogi bardzo sobie to miejsce upodobały i gdy Jezus Chrystus, Bóg, przyszedł w końcu w te strony, nie wszystkie chciały ustąpić po dobroci. Trzeba było dawne kościelisko spalić, obalić pogańskie bałwany, zadeptać wieczne ognie – dopiero wtedy opamiętali się Perun, Swarog, Żmij i inne duchy, co nie mają imienia. Dawne bogi pochowały się w dziuple, w wąwozy i pod wykroty. Do dziś tam siedzą, kołyszą liśćmi i spijają ukradkiem krowom mleko, a gdy się wie, gdzie szukać, można je łatwo znaleźć.

Kiedy Jezus Chrystus zstąpił do Dębicy, tego tak naprawdę nie wie nikt. Jedni mówią, że za Chrobrego, który włączył te ziemie do swego państwa, inni, że jeszcze w czasach morawskich, w wieku ósmym czy dziewiątym, i że w dolinie Ostrej na Cerekwicy mieszkali swego czasu święci Cyryl i Metody. A inni znów twierdzą, że to było w roku 1886, że wystrugał Jezusa z lipowego drewna pewien ludowy rzeźbiarz, którego nazwiska nikt już nie pamięta."

I na koniec - wszystkim czytającym te słowa życzę dużo zdrowia i radości w Nowym Roku!

2 komentarze: