2012-12-30

Wspomnienie nowojorskiej choinki


Z chińskiej restauracji wionie ciepłym powietrzem, pełnym zapachów. Duszone mięso, kwaskowate sosy. Wystawy butików i delikatesów całe w świątecznych dekoracjach. Tłumy kupujących roją się niczym mrówki na rozsypanych landrynkach.
Na placu przed Rockefeller Center gigantyczna choinka, cała w kolorowych światełkach. Wokół niej mniejsze drzewka, też pookręcane sznurami lampek. Obok na straganiku facet sprzedaje pieczone kasztany.


To fragment opowiadania "Ostatnie piętro", które zamyka zbiór Po stronie mroku. Akcja dzieje się w Nowym Jorku w grudniu 2002, bohaterem jest bezdomny wspominający zamach na World Trade Center 11 września 2001 (to tak w dużym uproszczeniu).

Choć sam tekst poświęcony jest tragedii WTC, to u jego podstaw, głęboko, tkwi inne - osobiste - ziarenko inspiracji: ciepłe rodzinne wspomnienie z Nowego Jorku, sprzed dwudziestu sześciu lat.

W grudniu 1986, tuż po Bożym Narodzeniu, wyjechaliśmy z ojcem do USA, żeby dołączyć do mamy, która od kilku miesięcy przebywała tam na stypendium. Miałam niecałe siedem lat i była to zdecydowanie największa przygoda mojego dzieciństwa: najpierw długi lot samolotem, a potem kompletnie obcy świat, obce miejsca, obcy język (kiedy wyjeżdżaliśmy, nie znałam angielskiego praktycznie wcale). O doświadczeniach z tamtego wyjazdu - i nie tylko z tamtego - mogłabym pewnie napisać cały oddzielny blog, ale dzisiaj chcę opowiedzieć tylko o jednej rzeczy, to znaczy o nowojorskiej zimie i choince.

Bezpośrednio po przyjeździe spędziliśmy tydzień w Nowym Jorku, w gościnie u przyjaciół. Z tego pobytu zapamiętałam przede wszystkim kilkunastostopniowy mróz i śnieg. Poza tym - metro, którym jechałam pierwszy raz w życiu (wagony były jasnoczerwone), park, gdzie buszowały wielkie szare wiewiórki, drapacze chmur na Manhattanie, świąteczne dekoracje sklepów, sprzedawane na ulicy pieczone kasztany (miałam chęć skosztować, ale w końcu jakoś tak wyszło, że ich nie kupiliśmy - i do tej pory nie wiem, jak smakują) oraz wielką choinkę na placu przed Rockefeller Center, o której można poczytać w Wikipedii. Drzewko - Wikipedia informuje, że jest to świerk norweski wysokości 21 do 30 metrów - ustawiane i dekorowane jest z wielką pompą co roku od 1933. Zdobi je 30 tysięcy lampek przyczepionych do 8 km kabli!





Choinka, o której dużo mi wcześniej opowiadano, widziana na żywo trochę mnie rozczarowała, bo nie dało się do niej podejść blisko i nie była obwieszona jakimiś pięknymi ozdobami, tylko cała w światełkach. Tu można się dowiedzieć o niej ciekawych rzeczy: m.in. że w roku 1931 robotnicy budujący Rockefeller Center nieoficjalnie ustawili na placu własną choinkę (udekorowali ją girlandami z żurawin i papieru oraz kilkoma blaszanymi puszkami), oraz że od 2004 r. szczyt drzewa zdobi gwiazda o średnicy 2,9 metra, ważąca 250 kg, zrobiona z kryształów Swarovskiego i diod.

Bezdomnych nie pamiętam. Ale na pewno jakichś musieliśmy widzieć, bo po Manhattanie snuje się ich sporo. Tam, gdzie przewijają się tłumy, gdzie są turyści, sklepy, restauracje, gdzie można z powodzeniem żebrać, a w śmietnikach znaleźć jedzenie - tam grawitują i bezdomni.

Nie mogliśmy niestety wspiąć się na Statuę Wolności, bo akurat była w remoncie, obudowana rusztowaniami - widzieliśmy ją tylko z daleka. Natomiast udało nam się zwiedzić - World Trade Center. Tak, TO World Trade Center, którego już nie ma... Mgliście pamiętam długą jazdę windami, której towarzyszyło dziwne uczucie w uszach i brzuchu, przesiadkę z jednej windy do drugiej w lobby wyłożonym ciemnozielonym marmurem oraz przeszkloną restaurację na szczycie Tower 1 (gdzie przyjaciel rodziców bezskutecznie próbował mnie namówić, żebym coś zjadła).

To było tak dawno temu - nawet jeszcze przed bombą, która wybuchła w podziemiach WTC w 1993 r... Ale po latach wspomnienie tamtej nowojorskiej zimy, śniegu, wielkiej obwieszonej światełkami ulicznej choinki oraz wind w WTC przeniknęło do "Ostatniego piętra".

Odszukałam rodzinny album i zeskanowałam zdjęcia sprzed dwudziestu sześciu lat. Tu stoimy przy choince na placu przed Rockefeller Center: rodzice, ja i córeczka przyjaciół. Niżej podpisana to ta dziewczynka z warkoczykami, w popielatym kożuszku i niebieskim kapturku.






A tu wołam "Basia, Basia!" na szarą wiewiórkę w nowojorskim parku - pamiętam swoje rozczarowanie, że jak to, przecież wiewiórki powinny być rude... 




 
Niestety z World Trade Center nie mamy żadnych zdjęć.

3 komentarze:

  1. Ale super!I ta choinka i to zdjęcie z wiewiórką!
    Ciekawe te informacje.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Chomik, nie kuś, bo mam w albumie zdjęcia z muzeum indiańskiego i innych dziwnych miejsc... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę?!Skąpe kocisko!!
    "Daj,daj, daj,nie odmawiaj,daj"


    Chomik

    OdpowiedzUsuń