2013-01-01

Mędrcy świata


Po tym, jak ubiegłej nocy odpalono tony fajerwerków, wypito hektolitry szampana i złożono sobie adekwatną ilość życzeń, wchodzimy w nowy rok z nadzieją, że będzie - jeśli nie lepszy - to w każdym razie nie gorszy od poprzedniego. Jak co roku.

Wszystkim czytającym te słowa życzę zdrowia, animuszu, owocnej pracy i wypełnienia przynajmniej części noworocznych postanowień. I żeby Was przy tym optymizm nie opuszczał (czego życzę również sobie).

 Z okazji Nowego Roku umieszczam na blogu coś do poczytania. Moje poniższe opowiadanie w 2012 r. zdobyło II nagrodę w Fantastycznym Konkursie Literackim kanału SciFi Universal i portalu Duzeka.pl (można je przeczytać również na rzeczonym portalu). Tekst jest luźno zainspirowany obrazkiem Agnieszki Szady pt. "Trzej" (okładka magazynu Esensja nr 10/2006).




 Mędrcy świata

Gdy szedłem do Igelkreuza, nic jeszcze nie zapowiadało tego, co miało się wkrótce wydarzyć.

Tego wieczoru miałem wolne. Po raz pierwszy od miesiąca. Na posterunku w przestrzeni astralnej nad katedrą Notre Dame w Paryżu zastępował mnie Abdiel, skromny szeregowy anioł, który wcześniej przez długie stulecia był stróżem tego miejsca, a przesunięty w końcu na lepsze stanowisko, gdzieś w najniższym kręgu niebios, raz na jakiś czas chętnie powracał na dzień czy dwa do paryskich gołębi, dzwonów i wspomnień.

Mogłem się spokojnie wybrać ze świąteczną wizytą do Heidelbergu.

Wyłoniłem się z portalu na parkingu przed klubem wioślarskim i przeszedłem na drugą stronę ulicy. Zmierzchało. Płatki śniegu osiadały na chodniku, na gałęziach platanów, na zbrązowiałych trawnikach opadających ku burej rzece.

Na ławeczce na przystanku autobusowym ktoś zostawił gazetę. Podniosłem ją tylko po to, żeby rzucić okiem na tytuły z pierwszej strony. 

Unia Europejska znów debatuje nad problemem Grecji. Prezydent Obama odwiedził Tokio. Na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku awaryjnie lądował airbus lecący z Pragi...

Wszystko toczy się swoim rytmem, tryby się obracają. 

Odłożyłem gazetę i pospieszyłem dalej, przez most Alte Brücke, strzeżony z obu krańców przez ośnieżone rzeźby. Mijali mnie ludzie spieszący na przystanek z reklamówkami pełnymi zakupów. Przemarznięty chłopak grał na skrzypcach rzewną melodię, do otwartego futerału co rusz wpadały drobniaki.

Zabytkowa dzielnica jak zwykle tętniła życiem, wokół sklepików z pamiątkami kłębili się turyści. Z restauracji sączyły się zapachy, pobrzękiwanie sztućców, rozmowy. Z kościoła przy rynku płynęły dźwięki organów. Jeśli uszy mnie nie myliły – Bach.

Minąłem luksusowy hotel Haus der Ritter z ozdobną renesansową fasadą i zanurzyłem się w plątaninie uliczek. Odszukałem niepozorną kamieniczkę z obtłuczonymi gipsowymi łabędziami na gzymsie. Na parterze znajdował się antykwariat, o tej porze już nieczynny. Wyżej – jak głosiła tabliczka przy wejściu – przyjmował specjalista od medycyny niekonwencjonalnej.

Domofonu nie było, więc po prostu wszedłem na klatkę schodową, dość zaniedbaną jak na tutejsze warunki, i wspiąłem się na ostatnie piętro. Człowiek z krwi i kości zobaczyłby tu jedynie ścianę pokrytą łuszczącym się tynkiem. Ja ujrzałem staroświeckie, ciężkie drewniane drzwi z kołatką w kształcie zegara.

Zakołatałem siedem razy.

* * *


Franz Igelkreuz, za życia zegarmistrz z Norymbergi, od kilkuset lat zajmował się zagadnieniami czasu. Eksperymentował, za wiedzą i przyzwoleniem Góry. Nie byłem pewien, na czym dokładnie polegają jego eksperymenty.

Spokojny, nieco zdziwaczały, rzadko opuszczał swoje królestwo – maleńką enklawę, do której prowadził portal ukryty na najwyższym piętrze heidelberskiej kamieniczki. Dłubał w trzewiach zegarów z różnych epok i z łagodną, cokolwiek fatalistyczną akceptacją przyjmował wszelkie zmiany, jakie zachodziły na Ziemi od czasu, gdy zmarł. Laissez faire. Jakoś to będzie, świat potoczy się dalej. Najwyższy ma na wszystko baczenie, tak, jak w czasach Noego, Mojżesza, Rzymu.

Złożyliśmy sobie życzenia i wymieniliśmy się symbolicznymi upominkami. Dla niego wielki, okropny tombakowy zegarek, wygrzebany w sklepiku ze starociami. Dla mnie kawa, czysta arabica o aromacie, który przypomniał mi sklepy florenckich kupców korzennych w czasach mego dzieciństwa.

Franz otworzył wino, tutejszego porządnego rieslinga, i rozlał je do kieliszków pamiętających czasy, gdy młodziutki Mozart koncertował na europejskich dworach. Rozejrzałem się po laboratorium. Niewiele się tu zmieniło od mojej ostatniej wizyty, jedynie eklektyczny rozgardiasz jakby się spotęgował.

Gliniane popiersie długowłosego mężczyzny, pochodzące chyba z Krety. Amfory, lekyty, oinochoe pokryte czarnymi i czerwonymi ornamentami. Porcelanowe chińskie maski. Półki uginające się pod ciężarem ksiąg. Rozrzucone wszędzie papiery, śrubki, narzędzia, drobne części mechanizmów. A w kącie – Machina, wyglądająca niczym trzewia stu zegarów połączone w jeden ruchomy, tykający organizm. Złote i miedziane druciki, czerwone nitki, mosiężne rurki, tryby – od maleńkich po potężne, przekładnie... Cała ta konstrukcja pulsowała delikatnie, podzwaniając, postukując i wypuszczając obłoczki pary. Jej serce stanowiła tarcza zegara, na której prócz oznaczonych rzymskimi cyframi godzin widniały znaki zodiaku.

W rogu między Machiną a ścianą znajdował się na parkiecie krąg symboli wymalowanych złotą i czerwoną farbą. Nie rzucał się specjalnie w oczy, ale jako sługa Góry bez trudu mogłem wyczuć aurę mocy, która w nim drzemała. Było to również jedyne miejsce w pomieszczeniu, gdzie nie poniewierały się porzucone niedbale drobiazgi. Eksperymentalny krąg do podróży czasoprzestrzennych, prawdopodobnie jedyny taki na Ziemi. Na pewno jedyny w Europie. Od czasu zatopienia Atlantydy Góra niechętnie zezwalała komukolwiek na zgłębianie tak niebezpiecznych zagadnień, jak tajemnice czasu. Dokumentacja dotycząca badań prowadzonych przez Franza najprawdopodobniej trafiała na biurko jakiejś anielskiej szychy w najwyższym kręgu niebios, a potem lądowała w zamkniętej szkatule, opatrzona dopiskiem „ściśle tajne”.

Na szczęście nie obowiązywał go zakaz przyjmowania gości. A w zasadzie – jednego jedynego gościa, bo nie było mi wiadome, by Franz posiadał po śmierci innych przyjaciół. Poznaliśmy się jeszcze za życia, gdy podróżując jako młody człowiek, zawitałem do Norymbergi.

Kiedyś zdradził mi po kilku kieliszkach wina, że wszyscy mistrzowie, od których się uczył i z którymi współpracował, a także wszyscy uczniowie, których wykształcił, cierpią teraz na Dole. Ofiary ambicji oraz poszukiwań wiedzy, której nie powinien posiadać żaden śmiertelnik. Ćmy, które opaliły sobie skrzydła. Jak ja, tyle że mnie udało się w ostatniej chwili wymknąć się piekłu...

Siedziałem pogrążony w myślach, sącząc rieslinga i wpatrując się w Machinę. Igelkreuz też milczał. Nasze nieczęste spotkania zazwyczaj do tego właśnie się sprowadzały. Wspólne milczenie może być bardzo relaksującym zajęciem, jeśli odbywa się w przyjaznej atmosferze.

Nagle zabrzmiał okropny stukot. Obaj podskoczyliśmy. 

Zdawało się, że Machina albo się zepsuła, albo oszalała. Jej tryby i przekładnie zaczęły się poruszać w nieregularnym, coraz bardziej frenetycznym rytmie. Metalowe części mechanizmu ożyły pełzającymi iskierkami, zaśmierdziało ozonem i spalenizną. Igelkreuz podskoczył, złapał skórzane rękawice i jął panicznie manipulować pokrętłami. Ja również poderwałem się z miejsca.

– Franz, co się dzieje?! 

– Nie wiem, chłopcze! – odkrzyknął. Stukot i zgrzytanie przybierały na sile, Machina wibrowała i dygotała, jakby miała się za chwilę rozlecieć.

Rozbłysło złote światło. Obaj przysłoniliśmy oczy. Gdy odważyliśmy się spojrzeć, w kręgu symboli leżała bez ruchu postać.

Łoskot maszynerii przycichł. Machina sapnęła ciężko niczym zmęczony gigant, chuchnęła parą. Igelkreuz patrzył z otwartymi ustami to na mechanizm, to na nieznajomą.

– Skąd ona się tu...?

– Ty powinieneś wiedzieć, to w końcu twoja Machina – nie darowałem sobie.

W maszynerii coś zaklekotało, brzęknęło. Chronomechanik poruszył jednym z pokręteł.

– Padł moduł synchronizacji astralnej – oznajmił ponuro. – Będę musiał pisać podanie z prośbą o części zamienne... Niech to szlag.

– A kim ona jest? – Wskazałem kobietę leżącą w kręgu. Była młoda, ubrana w łachmany i tak umorusana, jakby chwilę wcześniej pomagała rozładowywać barkę z węglem albo tarzała się na pogorzelisku.

– Nie mam pojęcia! Wiem jedno, Góra nie planowała przeprowadzać w tym miesiącu żadnych testów... – Pobladł jak ściana, gdy dotarł do niego sens wypowiedzianych słów. – Och, na króla Dawida.

Czyli stało się coś nieprzewidzianego. I to najprawdopodobniej nie za sprawą Góry. Na razie byłem jeszcze zbyt oszołomiony, by się bać.

Obaj wlepiliśmy wzrok w nieznajomą. Leżała bez ruchu, z zamkniętymi oczami. 

Nagle westchnęła i poruszyła się nieznacznie, a powietrze wokół niej zadrgało. W miarę jak patrzyłem, smugi sadzy czy też ciemnego kurzu znikały z jej ciała. Łachmany zmieniły się w szatę z cienkiej szarej tkaniny, a splątane, pozlepiane włosy stały się jedwabiste. Nie były, jak początkowo sądziłem, jasne, lecz białe jak pierze łabędzia. Emanowały ledwie widoczną poświatą.

Patrzyłem jak urzeczony na delikatną twarz, na mleczną skórę, policzki zabarwione najlżejszą nutą rumieńca. 

Jedna z przekładni Machiny opadła ciężko i metaliczny kurant wydzwonił dziesiątą. Powieki nieznajomej drgnęły. Jęknęła.

– Leż spokojnie, nie ruszaj się – szepnąłem, ale zignorowała to i usiadła chwiejnie. Pasma włosów opadły jej na twarz. Odgarnęła je drżącą dłonią. Rozejrzała się i zamarła, napotkawszy wzrok Igelkreuza. Zauważyłem, że chronomechanik wzdrygnął się i pobladł.

– Jak się nazywasz? – spytał z przestrachem.

– Ruina – wymamrotała. – Jestem Ruina.

Gdy spojrzała na mnie, chwyciłem oddech. Już wiedziałem, co wytrąciło Franza z równowagi. Miała oczy demona, czarne, pozbawione białek i tęczówek.

– Gdzie jestem?... – spytała ochryple.

– W moim domu – pospieszył z odpowiedzią chronomechanik. – Nazywam się Franz Igelkreuz, a to – wskazał na mnie – jest Benedetto Ricci.

– Służycie Górze – stwierdziła, nie zapytała Ruina. – Zatem jestem więźniem?

– Jesteś gościem – odparł z naciskiem Igelkreuz. – Skąd pochodzisz? Zawiadomimy twojego zwierzchnika i wrócisz do Szeolu, gdy odzyskasz siły.

Jasnowłosa przetarła dłonią czoło. Widać było, że za wszelką cenę stara się oprzytomnieć, zebrać myśli.

– Mam misję – szepnęła. – Dzień! Jaki jest dziś dzień?

– Trzydziesty grudnia, Ruino.

– A rok?

– Dwa tysiące dwunasty.

Zamknęła oczy. Zdawało się, że przelicza coś w myślach. Franz tymczasem ostrzegawczo przytknął palec do ust. Skinąłem głową. Obaj wiedzieliśmy, że lepiej nie zadawać zbyt wielu pytań. Niebezpiecznie było wnikać w sprawy Dołu. Niech alabastrowa księżniczka po prostu wróci jak najprędzej na swoją stronę Styksu, a my zgłosimy incydent komu trzeba.

Jakby czytając nam w myślach, Ruina otwarła oczy i popatrzyła na Machinę.

– To portal czasoprzestrzenny, prawda? – zapytała, wskazując krąg.

– Owszem.

– Zatem w końcu trafiłam... – szepnęła. Głos załamał się jej na moment. – Dwadzieścia stuleci... Przez dwadzieścia stuleci błądziłam po ścieżkach snu, mamiona przez cienie, zanim Sybilla z Cumae skierowała mnie do Tanatosa, a on do was.

– Sybilli z Cumae już dawno nie ma! – zaprotestował Franz. – A Tanatos, o ile wiem, przebywa teraz na urlopie w niebiosach!...

Ruina pokręciła głową.

– Ścieżki snu, panie Igelkreuz. Miejsca zamrożone poza czasem. Pożegnałam się z Tanatosem kilkadziesiąt lat temu, w Leningradzie, gdy niemieckie bomby padały na Pałac Zimowy. Ale to nieważne. Jest pan chronomechanikiem, prawda?

– Zgadza się – przytaknął nieufnie.

– To doskonale. Musi mnie pan wysłać w pewne miejsce i czas. 

– Jak to muszę? – najeżył się Igelkreuz. – Kimże jesteś, żeby mi rozkazywać, demonie?

– Zaklinam pana na Miriam, którą zwiecie Marią, i na jej Syna – wyrzekła Ruina z powagą. Wyjęła z zanadrza zwinięty kawałek pergaminu, rozprostowała i wręczyła mu. – Oto koordynaty. Data i miejsce.

Franz zamamrotał pod nosem, patrząc na nabazgrane czerwonym atramentem cyfry, które mnie nic nie mówiły. Liczył.

– Giza – oznajmił w zamyśleniu. – Piramidy. Dwadzieścia wieków wstecz. – Spojrzał na nią z nagłym gniewem. – Czemu nie na Księżyc, królewno? Już i tak uszkodziłaś mi maszynerię!

Jak na potwierdzenie jego słów Machina zazgrzytała i zagrzechotała niepokojąco, pojedyncza obluzowana śrubka wypadła i potoczyła się po podłodze. Chronomechanik popatrzył na mnie. 

– Musimy się naradzić – oznajmił. Znałem go na tyle, żeby odgadnąć, co podejrzewa – jakąś intrygę Dołu.

Ja nie byłem jeszcze pewien, co myśleć.

– To szaleństwo! – wybuchnął Franz, gdy tylko przeszliśmy do sąsiedniego pokoju, jeszcze bardziej zagraconego i nieporządnego. Popatrzył na mnie z ledwie maskowaną paniką. – I co ja mam zrobić? Przysięgam, robią się coraz bezczelniejsi. Zjawia się demon z Dołu i pstryk, ot tak sobie prosi o przysługę. A jeśli odmówię... Przecież sto razy zdąży zniszczyć Machinę i porwać mnie do piekieł! Tak źle i tak...! – Złapał się za głowę.

– Na początek możesz skonsultować sprawę z Górą – zasugerowałem.

– Rzecz w tym, że nie, nie mogę. – Rozłożył bezradnie ręce. – Nie mamy łączności, Benedetto. Przez dwadzieścia cztery godziny od uaktywnienia portalu nie można się stąd skomunikować z Górą, aura...

– Rozumiem. – W zadumie popatrzyłem na zabałaganioną biblioteczkę. Mój wzrok padł na ikonkę, która nie wiedzieć skąd się tu zaplątała. Malowana niewprawną czeladniczą ręką, przedstawiała scenę Zwiastowania. Wstrzymałem oddech, bo wszystko nagle wydało mi się dużo prostsze. – Zatem proponuję zrobić następująco. Ty ustawisz maszynerię tak, jak prosi pani Ruina. A ja wybiorę się razem z nią do Gizy. Jeśli się zgodzi, oczywiście.

Wytrzeszczył oczy.

– Zwariowałeś?! 

– Nie, dlaczego? Wiesz, Biblia opisuje takie przypadki, kiedy trzeba było po prostu zdecydować, czy chce się zaufać i posłuchać polecenia, czy nie. Czy anioł powiedział Józefowi coś więcej niż tylko: wstawaj, zabieraj rodzinę i uciekajcie do Egiptu? Dzieje się coś ciekawego, Franz, i wiem jedno, chcę przy tym być.

Igelkreuz otwarł usta i zamknął je z powrotem.

– Chłopcze, tyś się chyba nie upił kieliszkiem rieslinga?

– Wierzę jej – oznajmiłem po prostu.

– A jeśli to podstęp Dołu?

– Co mogliby w ten sposób osiągnąć? 

– Przenosząc się dwadzieścia wieków wstecz? Na litość, pomyśl tylko! – Znów chwycił się za głowę. – Mogliby zrobić wszystko! Zaburzyć bieg historii... spowodować tyle katastrof... nawet wywołać Apokalipsę!

– Zwróciła się do ciebie, powołując się na imiona, których demony nie używają zbyt chętnie – przypomniałem. Było to radykalne niedopowiedzenie. Widziałem kiedyś, jak pewien iblis zmuszony podstępem do wypowiedzenia imienia Maryi rozsypał się w proch na miejscu.

Franz zamilkł.

Myślał długą chwilę. W końcu zdjął z półki hebanową szkatułkę, poszperał w niej i wręczył mi medalion z brązu pokryty symbolami – zauważyłem wśród nich i hieroglify, i runy, i znaczki pisma klinowego. Uśmiechnąłem się w duchu. Cały Igelkreuz. Nadawał pojęciu „wielokulturowość” nowy, praktyczny sens.

– Ten medalion jest sprzężony z Machiną. Pozwoli ci wrócić do tego miejsca i czasu, niezależnie od tego, gdzie się znajdziesz. Wystarczy, że powiesz do niego: im Namen Gottes, zurück, a zabierze cię z powrotem do mnie. Tylko go nie zgub. 

Potem pogrzebał w kącie i zza sterty książek wyciągnął szpadę z nabijaną klejnotami rękojeścią, w nieco przykurzonej pochwie z czarnej skóry.

– To też lepiej zabierz. Na wszelki wypadek.

– Twoja? – zagadnąłem z niedowierzaniem. Uśmiechnął się zagadkowo.

– Interesant zapomniał zabrać, tak ze trzysta lat temu, i została. Nie zgłosił się, jego zmartwienie.


* * *


Gdy Ruina usłyszała, co postanowiliśmy, spojrzała na mnie z niedowierzaniem i – jak mi się wydało – z rozbawieniem.

– To niczego nie zmieni, Benedetto – powiedziała. – Ale dziękuję, że chcesz mi towarzyszyć.

– Machina uległa uszkodzeniu, gdy się tu zjawiłaś – przypomniał Franz. Jego słowom towarzyszyła kolejna seria zgrzytów i stuków. – Nie wiem, czy...

Nasza nowa znajoma położyła dłoń na mahoniowej podstawie. Maszyneria zadrżała i – przysiągłbym – wydała pełne ulgi westchnienie, po czym tryby zaczęły znów pracować tak cicho i płynnie, jak tuż po moim przyjściu.

– Będzie dobrze, panie Igelkreuz – powiedziała Ruina. – Proszę, ustawcie koordynaty.

Franz, mrucząc pod nosem, zaczął manipulować pokrętłami. Powietrze wewnątrz kręgu zaczęło drgać, potem rozjarzyło się znajomym złotym światłem.

– Uważajcie na siebie – powiedział chronomechanik. – Powodzenia.

Ruina ujęła mnie za rękę – palce miała bardzo zimne – i oboje przestąpiliśmy linię wymalowanych na parkiecie symboli. W nasze twarze uderzył gorący wiatr. Wszystko zawirowało chaosem kolorów, który po chwili wyostrzył się na nowo w kształty świata. Poczułem, że moje stopy grzęzną w sypkim piasku.

Staliśmy na wydmie. 

Pustynia powitała nas ciszą.

Nie miałem pojęcia, w jakiej epoce wylądowaliśmy, ale zdecydowanie nie był to wiek dwudziesty pierwszy ani nawet dwudziesty.

Żadnych tabliczek informacyjnych, barierek, parkingu dla autokarów. Żadnych poniewierających się puszek czy innych śladów obecności człowieka. Tylko piach. Piramidy, ciemne na tle czerwonego nieba. I Sfinks, olbrzymi, milczący, zagadkowy.

– Tak – powiedziała w zadumie Ruina. – To właściwe miejsce. I czas. Teraz musimy zapalić ogień, Benedetto.

– Jak? – spytałem bezradnie. Wokół znajdowały się tylko wydmy, na których nie rosło nawet źdźbło trawy. – Możemy iść w stronę Nilu, poszukać zarośli, ale zanim zbierzemy dość suchego drewna...

– Nie tak – rzuciła niecierpliwie. – Magią. 

– Nie wolno mi – zaprotestowałem. Spojrzała na mnie, marszcząc brwi.

– Jeśli służysz Górze, to chyba rzucasz zaklęcia.

– Wyłącznie wtedy, kiedy mi rozkażą, Ruino. Nie mogę używać czarów na własną rękę.

– W dawnych czasach nie miałbyś takich oporów, Ricci – powiedziała powoli, a mnie zmroziło.

Prawda. Benedetto Ricci, nieślubny syn jednego z florenckich dostojników kościelnych, był kiedyś kimś zupełnie innym, choć noszącym to samo imię. 

W młodości, tak dawno temu, że pamiętam to mgliście, studiowałem sztukę magiczną w Rzymie i w Paryżu. Jej tajniki poznawałem nie na uczelniach, lecz bezpośrednio od mistrzów, których imion nikt już nie pamięta, bowiem swe pisma podpisywali pseudonimami lub nie podpisywali ich wcale. W zamian za władzę nad duchami powietrza poświęciłem serdeczny palec lewej ręki. Mając trzydzieści lat wróciłem do Włoch, zamieszkałem w Bari. Sprzedawałem uroki miłosne, talizmany chroniące od zarazy oraz przynoszące szczęście w interesach. Z moich usług korzystał sam Gian Lorenzo Pappacoda, zdradziecki dworzanin Bony Sforza... 

Na starość, jako bogaty, lecz wypalony, złamany człowiek, nękany koszmarnymi snami o piekle, gdzie już czeka na niego łoże tortur, nawróciłem się. Rozdałem majątek biednym, wstąpiłem do klasztoru i aż do śmierci pokutowałem za swoje winy; niejedną noc przeleżałem krzyżem w kaplicy, niejedna dyscyplina rozdarła moje plecy. Gdy zmarłem, nie zesłano mnie tam, dokąd idą potępieni, lecz dano szansę, by spłacić resztę długu, służąc Górze. Zgodziłem się z radością.

Ruina domyśliła się? Odgadła? Z instynktem właściwym sługom Dołu trafiła w czuły punkt? A może – na tę myśl zrobiło mi się jeszcze zimniej – od początku wiedziała o wszystkim? Może nasza dziwna wyprawa rzeczywiście stanowiła podstęp, żeby sprawdzić, czy dam się znów sprowadzić na ścieżkę starych błędów? O nie, nie ze mną takie gry, piękna pani.

– Nie kuś mnie! – Cofnąłem się o krok. Lecz wtedy ona zmieniła ton.

– Benedetto, nie bój się – powiedziała miękko. – Czar rzucę sama. Potrzebuję tylko czegoś, co podtrzyma płomień. Ta tkanina – wskazała swoją szatę – została utkana w niebiosach, ziemski ogień jej nie tknie.

Skinąłem głową, nieco zawstydzony, i zdjąłem płaszcz. Nie przyszło mi do głowy nic innego, co mógłbym poświęcić, chyba że buty.

Wygrzebałem w piasku płytkie zagłębienie. Zwinąłem materiał i ułożyłem go w dołku, a Ruina wyszeptała zaklęcie w nieznanym mi języku. Zaśmierdziało paloną wełną i pojawił się płomyk, niechętnie liżący sukno. Ofiara nie wzbudziła aprobaty, co mnie nie zdziwiło.

Pogrzebałem po kieszeniach i natrafiłem na kawę, którą dostałem od Igelkreuza. Kawa, wyśmienicie. Luksusowy towar, idealnie nadający się na bakczysz dla egipskich salamander.

Wysypałem na płaszcz całą zawartość paczuszki, zaś Ruina wypowiedziała formułę po raz drugi. Płomień urósł, pojaśniał. Wydawał się nie trawić tkaniny, co oczywiście było złudzeniem – pochłaniał ją wolniutko, spętany czarem. 

Usiedliśmy na piasku. Chciałem zapytać, na kogo lub na co czekamy, lecz coś mówiło mi, że i tak nie uzyskam odpowiedzi.

Nagle usłyszałem szurające kroki i stękanie. Do moich nozdrzy doleciał zwierzęcy odór.

– Witaj, przybyszu – powiedziała Ruina. – Rozgość się przy naszym ogniu.

Stwór na poły wszedł, na poły wpełzł w krąg światła, garbaty i niezgrabny, z długim łuskowatym ogonem. Usiadł i zaczął mamrotać do siebie w języku, który po chwili namysłu zidentyfikowałem jako któryś z dialektów nubijskich, z czasów Starego Państwa lub jeszcze dawniejszy. Duchy pustyni są w większości starsze niż Sfinks.

Po chwili owionął nas lodowaty powiew i z ciemności zmaterializowała się druga postać, odziana w szarą suknię i kapelusz niczym angielska lady. Ją poznałem od razu po pięknym, smutnym obliczu i szponach w miejscu stóp. Lamia, grecki upiór porywający dzieci. Nie ten krąg kulturowy, ale sądząc po stroju, była kosmopolitką.

– Nie bój się – szepnęła mi na ucho Ruina. – Przylecieli tu jak ćmy, zwabiło ich światło. Zaraz odejdą.

Obie zjawy wydawały się nas nie dostrzegać. Lamia zanuciła dziecięcą piosenkę. Ogoniasty stwór zakołysał się smętnie, pociągnął nosem. A potem zniknął. W miejscu, gdzie siedział, rozłaziły się skarabeusze.

Lamia westchnęła boleśnie, rozpostarła skrzydła i uleciała w noc. Na piasek opadło kilka czarnych piór. Obróciły się w pył na naszych oczach.

W oddali usłyszałem warkot. Narastał stopniowo, aż przeszedł w ryk. Nad naszymi głowami przeleciał samolot. Chylił się ciężko na skrzydło.

Zniknął za wydmą. Zamarłem w oczekiwaniu na huk, lecz usłyszałem jedynie świst wiatru. I dopiero teraz zrozumiałem.

– Gdzie my właściwie jesteśmy? – spytałem, zdziwiony własnym spokojem. – W świecie snów?

– Tak i nie. To po prostu miejsce, gdzie krzyżują się czasy. Węzeł dróg. 

– Po co mnie tutaj sprowadziłaś, Ruino? Na kogo czekamy?

– Popatrz tam – wskazała na niebo.

Spojrzałem.

Nad głową Sfinksa jaśniała gwiazda. Gwiazda, która – jak uświadomiłem sobie z opóźnieniem – nie powinna się znajdować w tym miejscu. Nie pasowała do żadnej ze znanych mi konstelacji.

– Kometa – powiedziała z leciutkim uśmiechem Ruina. – Przypomnij sobie starą legendę, Benedetto. I nie mów nic więcej. Nasłuchujmy, czy nie nadjeżdżają.

Czekaliśmy.

Godziny mijały. Marzłem. Wbiłem dłonie w kieszenie i postawiłem kołnierz. Zauważyłem, że już prawie jedna trzecia mojego płaszcza obróciła się w popiół.

Ruina nasłuchiwała, przekrzywiając głowę. Nagle zesztywniała.

– Jadą! – rzuciła. A potem wykrzyknęła: – Uważaj! 

Zamarłem. Tam, gdzie nie sięgał blask ognia, ciemność gęstniała w oczach, kłębiła i poruszała się. Wyciągała zmiennokształtne macki.

– Cień nie chce, żeby tu dotarli – stwierdziła spokojnie moja towarzyszka. – Lepiej zamknij oczy, Benedetto.

Uniosła ręce, a jej włosy zafalowały jak żywe. W następnej chwili cała zapłonęła straszliwą bielą niczym palący się magnez. Szybko odwróciłem twarz. Potarłem oczy, przed którymi płynął powidok – czerwone i żółte plamy. 

Gdy odzyskałem wzrok, ujrzałem, że światło sięga murów piramid. Czarne kłęby otaczały nas ze wszystkich stron. Falowały, lecz ani myślały się rozproszyć.

– Precz! – krzyknęła Ruina. Blask bijący od niej nasilił się, teraz zrobiło się jasno jak w dzień.

– Precz! – zawtórowałem jej, dobywając szpady. Ostrze zabłysło. 

Ciemność zawirowała wokół mnie; dźgałem na oślep. Usłyszałem wściekły wrzask i syk. Macki wyciągnęły się ku mnie, transformując w pazury, lecz przenikały przez moje ciało jak przez dym. Martwy od kilkuset lat, stanowiłem dla cienia nieosiągalny cel. A cień dla mnie nie, w każdym razie nie do końca.

Coś zawyło i padło na piasek z ciężkim, mokrym plaśnięciem. Coś pierzchło z tupotem. Czarne kłęby rozwiewały się, niknęły. Po chwili został po nich jedynie odór siarki i spalonego pierza. Uświadomiłem sobie, że zrobiło się ciemniej.

Zaryzykowałem spojrzenie na Ruinę. Jaśniała teraz łagodnie, jakby była lampą z mlecznego szkła lub podświetlonym posągiem.

– Jeszcze chwila – powiedziała. – Są blisko.

Rozejrzałem się niespokojnie, lecz noc wokół nas trwała w bezruchu. Cień nie powracał. I nagle usłyszałem ciche, lecz przybliżające się podzwanianie uprzęży, odgłos kroków stłumionych przez piach.

– Są – powiedziała z uśmiechem Ruina.

I wtedy nareszcie wyłonili się z mroku. Ci, na których czekaliśmy. 

Trzy niezwykłe sylwetki nadludzkich rozmiarów. Poczułem, jak serce we mnie zamiera, nie ze strachu, lecz z przedziwnej radości. Tak mógł się czuć Mojżesz przy krzewie gorejącym albo pasterze, do których przemówił anioł.

Pierwszy z przybyszy nie dosiadał wierzchowca. Nie szedł, a płynął nad ziemią. Wysoki i dostojny, w powłóczystej czarnej szacie, spod której zamiast stóp wysuwały się dwa węże. W prawicy dzierżył bat.

– Abraxas – wyszeptałem przez ściśnięte gardło i zgiąłem się w ukłonie. Skinął mi kogucim łbem.

Za nim na wielbłądzie podążał bóg o głowie ibisa, odziany w białe płótno, ze zwojem w ręku. Towarzyszyły mu dwa pawiany. 

– Thot... – Znów pokłoniłem się nisko, a on pozdrowił mnie ruchem smukłej dłoni. Na jego szyi błyszczał srebrny wisior w kształcie znaku ankh.

Z góry, łopocząc skrzydłami, opadł smok o czerwonych łuskach. Dosiadała go kobieta w zbroi, z tarczą, włócznią i mieczem. Ta, która zstąpiła do podziemi i powstała, ta, której imieniem nazwano w Babilonie wielką bramę miasta. Gwiazda zaranna, pani wojny i miłości. Gdy zwróciła ku mnie wzrok, zamarłem oczarowany – jej twarz była jak potok migoczący w słońcu, jak sycylijska wiosna, kiedy kwitną drzewa pomarańczy. 

– W ciemności ujrzeliśmy wasz płomień – przemówił Thot. – Jakie wieści macie dla strudzonych wędrowców z otchłani czasu?

Ruina wyciągnęła jaśniejącą dłoń, wskazując kometę.

– Jedźcie śladem tej gwiazdy aż do ziemi judejskiej, do Betlejem! Tam znajdziecie to, czego szukacie!

– Betlejem – zamamrotał Abraxas, przesuwając dłonią po ptasim obliczu jak ktoś, kto ocknął się ze snu. 

– Betlejem – powtórzyła, niczym echo, Isztar. – Dziękujemy, siostro.

Poruszyła wodzami i jej wierzchowiec poderwał się do lotu, wzbijając piach.

Ruszyli. Wchłonął ich mrok.

– Co teraz? – spytałem po dłuższej chwili. – Wracamy do świata żywych?

– Nie – odparła cicho Ruina. – Zostańmy. Ognisko jeszcze się pali. Tylko patrzeć, jak pojawią się następni wędrowcy, którzy spędzili wieki, błądząc po rubieżach snu, jak ja.

– Kto?

– Zobaczysz.

Siedzieliśmy w milczeniu. Czas mijał. Dygotałem z zimna. Na horyzoncie pojawiło się szare pasemko, pierwsza zapowiedź świtu.

Nagle usłyszałem stłumione głosy, rżenie koni, brzęk rynsztunku. Odwróciłem się. Noc ożyła. 

Płynęli koło nas niekończącym się korowodem. Wychudzeni fellahowie. Obdarci uchodźcy, dźwigający na ramionach resztki dobytku. Cienie karawan. Cienie wojsk – rycerze w zbrojach, powiewające sztandary. Czołgi, opancerzone transportery, ciężarówki...

Odeszli. Rozwiali się jak dym, jak miraż, fatamorgana. Ognisko przygasło do mrugającego żaru, smuga na horyzoncie stawała się coraz szersza. Byłem pewien, że już nikt więcej się nie zjawi.

A potem z szarówki wyłonił się on.

Szczupły mężczyzna o bliskowschodniej urodzie, z krótką ciemną brodą, w wyblakłej, zniszczonej galabiji. Podszedł do nas i skłonił uprzejmie głowę przed Ruiną.

– Witaj, siostro z cieni.

Dostrzegłem okrągłe rany na jego dłoniach, czarne od zakrzepłej krwi, i przeszył mnie dreszcz. Nie, niemożliwe pomyślałem rozpaczliwie. To przywidzenie... mistyfikacja...

Chciałem potrząsnąć go za ramiona, zapytać, kto go przysłał, kto sobie z nas drwi w tak bezczelnie prymitywnym stylu. Lecz przybysz nie patrzył na mnie, tylko na Ruinę.

– Więc znalazłaś drogę.

– Znalazłam – odparła, nie patrząc mu w oczy. – Krąg się zamknął. Nie, nic od was nie chcę w zamian. Nie jestem z tych, co pełzają brzuchem w pyle, błagając, żeby skrócono im wyrok.

– Wypełniłaś posłanie.

– Wypełniłam. – Zaniosła się krótkim, martwym śmiechem, jak uderzenie gongu. – I cóż? Zrobiłam to dla nich, nie dla ciebie. By mogli złożyć hołd. Są bogami stworzonymi przez ludzi, dobrze wiedzą, co to znaczy klęknąć przed silniejszym.

Mężczyzna nie odpowiedział. Patrzył na nią ze smutkiem, jakby ważąc słowa.

Pożałowałem, że brak mi umiejętności malarskich, żeby później uwiecznić tę scenę na obrazie. Stojąc tak na tle piramid, wyglądali jak płótno malarza symbolisty. Ona, jaśniejąca, i on w swej złachmanionej galabiji. Wynędzniały, przygarbiony.

Potem przemówił. Jego słowa sprawiły, że zaschło mi w ustach.

– Wiem, wciąż jeszcze nosisz go na sercu jak pieczęć. Zawsze będzie z tobą wspomnienie chwili, kiedy spadał płonąc, niczym gwiazda strącona z nieboskłonu...

Twarz Ruiny zastygła jak obrócona w kamień. A przybysz mówił dalej.

– Czym jest dla ciebie, nieśmiertelnej, czas? Piramidy, na które patrzysz, przetrwały tysiące lat, ale przecież wiesz, że pewnego dnia obrócą się w pył. Nawet wieczność jest tylko słowem. Niektórzy spośród synów Adama wierzą, że wszechświat, który teraz stale się rozszerza, kiedyś skurczy się i ulegnie zagładzie, a potem narodzi się ponownie. Na młodym niebie zabłysną nowe gwiazdy. I wierz mi – gdy to nastąpi, siostro z cieni, nikt nie będzie już wracał do tego, co minione.

Ramiona Ruiny zadrżały.

Duma nie pozwalała jej odpowiedzieć. Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Ale wiedziałem też, że Jeszua rozumie.

Nawet nie zauważyłem, kiedy zostałem sam. Nie wiedziałem, czy oboje odeszli w noc, czy rozwiali się jak sen. Nie miało to znaczenia.

Medalion Igelkreuza spoczywał bezpiecznie w mojej kieszeni. W każdej chwili mogłem wrócić do swojego czasu. Ale jeszcze nie teraz. Potrzebowałem chwili, żeby ochłonąć. Poukładać w myślach to, co opowiem Franzowi. Oczami wyobraźni już widziałem jego minę.

Piramidy milczały, odwieczne i dostojne. Ognisko dogasało, a nad głową Sfinksa jarzyła się kometa, teraz ledwie widoczna na pojaśniałym niebie. 

Świtało.
 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz