2013-03-26

Pyrkon 2013 - relacja


Tegoroczny Pyrkon był rekordowy zarówno pod względem frekwencji (ponad 12,5 tysiąca uczestników, jeśli plotka nie kłamie!), jak i pod względem... mrozu. Mróz ścisnął siarczysty i zastanawiam się, ilu uczestników przypłaci konwent przeziębieniem albo grypą, zwłaszcza że wystawieni byliśmy na gwałtowne zmiany temperatur (w salach duchota, na korytarzach i w hali stoisk chłodek, a przejście między budynkami wymagało wyjścia na zimnicę). Za to atmosfera konwentu - jedyna w swoim rodzaju i warta wyprawy na drugi koniec Polski.

W piątek dotarłam do Poznania o 17 z minutami. W tym roku, zamiast iść do wejścia od strony ul. Śniadeckich, można było wchodzić na teren MTP przez pawilon od strony dworca. Po krótkim oczekiwaniu zaakredytowałam się przy bramce dla gości, rozejrzałam po terenie, a potem ruszyłam na ciekawiące mnie punkty programu. 

Z prelekcji o fizyce kwantowej "Dlaczego kot nie jest skarpetką?" zrozumiałam piąte przez dziesiąte (czemu nie należy się dziwić, bo fizyka nigdy nie była moją mocną stroną). Za to prelekcja "Legendy Dzikiego Zachodu: Rewolwerowcy" była bardzo ciekawa, prowadzący ze swadą i humorem opowiedział o takich postaciach, jak Doc Holliday (z wykształcenia dentysta, z zamiłowania awanturnik, rabuś i kawał drania), szeryf Wyatt Earp oraz (może najciekawsza z nich wszystkich) Belle Starr, jedna z niewielu amerykańskich bandytek. Wahałam się potem, czy nie zostać na wykładzie "Błądzenie w ciemnościach, czyli historia rozwoju chirurgii", ale uznałam, że kilka książek o historii medycyny mam na półce i lepiej pójść na panel "Nauka vs. magia, czyli fireballe czy lasery?". Teraz trochę żałuję - nie żeby panel był nieciekawy, ale prelekcja podobno świetna... Panel "Kto jeszcze pisze opowiadania?" poprowadzony przez Marcina Zwierzchowskiego, z udziałem Macieja Parowskiego, Michała Cetnarowskiego, Anety Jadowskiej i niżej podpisanej wyglądał w praktyce tak, że wypowiadali się na przemian redaktorzy Nowej Fantastyki i Aneta - nie dlatego, żebym nie miała nic do powiedzenia, ale nie lubię walczyć o mikrofon. Padła teza, że opowiadania piszą przede wszystkim ludzie młodzi i zbuntowani; ja bym się pokusiła o stwierdzenie, że krótka forma jest kusząca dla ludzi mających mało czasu na pisanie, piszących "z doskoku", którym łatwiej przychodzi skończenie czegoś krótszego aniżeli powieści... O 23, mając do wyboru wrócić na kwaterę albo zostać jeszcze do północy na prelekcji Joanny Łukowskiej o scenach erotycznych w fantastyce, wybrałam (z rozsądku, bo zmęczenie już zaczynało mnie ścinać z nóg) to pierwsze.

Sobotę rozpoczęłam od wygłoszenia swojej prelekcji w wariancie anglojęzycznym (ciekawa jestem swoją drogą, czy na widowni znajdowała się choć jedna osoba nie mówiąca po polsku :) ). Nie obyło się bez przygód, bo rzutnik - choć sprawny - odmówił współpracy i ostatecznie slajdy trzeba było wyświetlić z laptopa. Kiedy o 11 nieśmiało udałam się na stanowisko autografowe (przyznaję, trochę głupio mi było tam usiąść samej, więc z początku poczekałam chwilę z boku), wzbudziłam chyba zdziwienie dwóch miłych dam czekających z książkami, sądząc po tym, jakim tonem zapytały "pani Agnieszka?" Ja z kolei nie wpadłam na to, że one tam czekają od dłuższej chwili właśnie na mnie... Krótko potem zjawił się Romek Pawlak i oddyżurowaliśmy swoje przepisowe pół godziny (dwuosobowe dyżury autografowe to bardzo dobry pomysł, że tak szepnę z punktu widzenia mniej znanego autora).

Później dużo czasu spędziłam na stoisku oficyny RW2010 (zagadka: jak sprzedaje się ebooki na konwencie? Odpowiedź: ma się pod ręką laptop podłączony do sieci i wysyła się pliki kupującym na maila albo na komórkę). Kiedy o 13 Maciej Ślużyński poszedł wygłosić swoją prelekcję o wydawaniu ebooków, zostałyśmy na stoisku same z Joanną Łukowską, autorką powieści Znajda, i udało się nam sprzedać trochę książek.

O 16, mając gardło doszczętnie zdarte od rozmawiania i śmiechu, opuściłam w końcu halę stoisk i udałam się na prelekcję "Kulty cargo, czyli czemu Murzyni budują trzcinowe samoloty". Prelekcja traktowała o niezwykłych wierzeniach mieszkańców Melanezji, które wykształciły się pod wpływem kontaktu z żołnierzami amerykańskimi stacjonującymi na wyspach Oceanii podczas II wojny światowej. Była bardzo profesjonalnie poprowadzona i wzbogacona slajdami. 

O 17 głód przeważył nad chęcią zaliczenia jak największej liczby konwentowych atrakcji - a ponieważ pizza ani knajpy nie są dla mnie, wywędrowałam na mróz do sklepu spożywczego. Wróciwszy i posiliwszy się, nie zdołałam wejść na prelekcję "Paranauka i paramedycyna, czyli o najdziwaczniejszych pomysłach szarlatanów" (pod salą przewalał się dziki tłum, a wewnątrz było jeszcze gorzej), więc zawędrowałam z powrotem na stoisko RW2010. Później przeniosłam się na stoisko Almazu, gdzie pyszniły się (i podobno ładnie schodziły) nowiutkie egzemplarze Pośród cieni. Pogadałam wesoło ze sprzedającymi - mawete i Lowenną, moje umęczone już struny głosowe ucierpiały jeszcze bardziej, ale kto by się na konwencie przejmował takimi drobiazgami? 

Parę minut po 20 zawędrowałam do budynku 14 na prelekcję "Duchy z naszego podwórka", ale słuchałam jej jednym uchem, bo tematyka jest mi dość dobrze znana (dla informacji jednego z prowadzących, załamanego tym, jak mało młodzi ludzie wiedzą na temat polskiego folkloru - wiem, kim są płanetnicy, ale nie chciało mi się tego głośno obwieszczać całej sali). Dla odmiany panel "Lęki fantastyczne - rozmowa o tym, co nas przeraża" z udziałem Łukasza Orbitowskiego, Stefana Dardy, Anny Głomb i Anny Kańtoch, prowadzony przez Klaudię Heintze, okazał się nadspodziewanie ciekawy - w pamięć zapadły mi zwłaszcza anegdota Łukasza o Afro-Duńczyku w metrze oraz opowieść Anny Głomb o żydowskiej kołysance zaśpiewanej w sztolni dawnej kopalni w Górach Sowich. Zamiast prelekcji "Cyborgizacje w świecie rzeczywistym" odwołanej, bo Aleksandra Janusz nie dotarła na konwent (a szkoda), odbył się panel o BookRage'u, na który poszłam, ale słuchałam nieuważnie, bo zmęczenie utrudniało mi już śledzenie toku dyskusji. Zaraz po panelu umknęłam z terenu konwentu, pozostawiając za sobą bawiące się tłumy, które w odróżnieniu ode mnie nie musiały się martwić o to, czy nazajutrz rano będą w stanie składnie poprowadzić wykład... I tak zakończył się dla mnie drugi dzień Pyrkonu.

W niedzielę rano pokręciłam się po głównym korytarzu i po hali stoisk, wysłuchałam końcowego fragmentu prelekcji "Fantastyka przyjazna kobietom", wygłosiłam polską wersję swojej prezentacji o oszpeceniach (wzbudziła spore zainteresowanie), po czym zostałam, żeby posłuchać prelekcji Anny Głomb "Gdy fandom porodzi dziecię, czyli mamo, Mikołaj zeżarł te zielone kostki" o tym, jak wychowywać nowe pokolenie fantastów literalnie od kołyski. Była mowa m.in. o tym, czy można z dziećmi jeździć na RPG-owe imprezy terenowe (można), od jakiego wieku dziecko może z powodzeniem brać udział w LARP-ach (od bardzo wczesnego) i jakie książki oraz filmy fantastyczne są godne polecenia w niższej grupie wiekowej. Na zakończenie padła zabawna anegdota (tym zabawniejsza, że wygłoszona z rzeczonym dziecięciem na biodrze) o tym, jak malutki Mikołaj zareagował na LARP-ie na widok grupy nieumarłych.

O 12 ruszyłam pstryknąć ostatnie zdjęcia i żegnać się po kolei z tymi znajomymi, których udało mi się namierzyć w konwentowym zamęcie. Półtorej godziny później z niejakim żalem zgarnęłam torbę z szatni, zdjęłam identyfikator i opuściłam teren MTP, udając się na dworzec, podczas gdy Pyrkon jeszcze trwał (oficjalne zamknięcie konwentu miało nastąpić dopiero o 17).

Organizatorom należą się wielkie brawa za sprawne skoordynowanie tej gigantycznej imprezy i zapewnienie tysiącom uczestników warunków do bezpiecznej zabawy - przyznam, że skala tego konwentu mnie nieco niepokoiła. Nie wiem też, czy dążenie do zwiększania frekwencji za wszelką cenę w kolejnych latach to dobry pomysł - już teraz dało się odczuć, że 12,5 tysiąca osób to naprawdę DUŻO, nawet jak na olbrzymią powierzchnię MTP. W salach prelekcyjnych niejednokrotnie brakowało miejsca, we znaki dawał się tłok i zaduch, a bardzo bogaty program rozbity na kilka pawilonów oznacza w praktyce, że trudno jest dotrzeć na te punkty programu, w których miałoby się ochotę uczestniczyć, jeśli odbywają się w różnych, dość odległych od siebie lokalizacjach.

Plusy Pyrkonu 2013 z punktu widzenia uczestnika "czytającego", niezainteresowanego grami:

- ogromna liczba atrakcji, kuszące tematy prelekcji (niestety na niektóre ciężko było się dostać, patrz niżej)

- hala ze stoiskami: zdecydowanie lepsze miejsce do handlowania niż korytarz, zarówno dla sprzedawców, jak i dla kupujących

- rozbudowany blok literacki: wielu gości, ciekawe panele dyskusyjne 

- tuziny przebierańców

- punkt informacyjny w widocznym miejscu

- czystość, porządek i poczucie bezpieczeństwa (w dzień - jak było w salach noclegowych, nie wiem)

- ATMOSFERA! 


Minusy (może udałoby się je wyeliminować w kolejnych latach):

- epicka kolejka do akredytacji (sama jej nie widziałam, bo dotarłam później, gdy sytuację już w miarę opanowano)

- ZA MAŁO MIEJSCA W SALACH BLOKU NAUKOWEGO! Powtórzyła się sytuacja sprzed 2 lat: na prelekcje popularnonaukowe, niejednokrotnie będące najciekawszymi punktami o danej godzinie, bardzo ciężko było się dostać. Na korytarzach przed salami panował dziki ścisk, a w środku brakowało miejsca nawet na podłodze.

- Niewidzialna/nieobecna obsługa sal. Na niektórych konwentach (Avangarda, Falkon) prelegent może liczyć na to, że w sali czeka dyżurny, który odpowiada za sprawność sprzętu do wyświetlania slajdów, pomoże uruchomić rzutnik i odpalić prelekcję. Na Pyrkonie niestety bywa z tym różnie, o czym przekonałam się już po raz kolejny. Po zainterweniowaniu w green roomie sympatyczna obsługa techniczna zjawiała się, trzeba przyznać, szybko - i w obu przypadkach okazywało się, że zmuszenie sprzętu do współpracy nastręcza pewne problemy, to nie tak, że sama nie umiem laptopa włączyć...

- Niepilnowana szatnia przy przejściu do budynku nr 14. W niedzielę przydałoby się też umieścić w widocznym miejscu informację, że w pawilonie przy dworcu znajduje się szatnia pilnowana, w której jest dużo miejsca i spokojnie można tam zostawić bagaż - paru osobom oszczędziłoby to biegania z torbami i plecakami.

Niektórzy narzekali na opaski konwentowe - mnie osobiście gustowna opaska z materiału nie przeszkadza, konieczność jej pokazywania też nie.

Poniżej garść zdjęć, dość dobrze oddających atmosferę panującą w MTP w czasie tych trzech fantastycznych dni.



Tłum na korytarzu.



 Tłum w hali stoisk.



Przebierańcy (tych było na pęczki).



Inny przebieraniec.





Stragan czarownicy? Nie wiem, jaki eliksir dymił w kociołku, ale wyglądało to bardzo efektownie (i inspirująco).



Stoisko RW2010.



Joanna Łukowska.



Zmęczona, ale wesoła Agnieszka w sobotę (paczuszka herbatników, która leży obok butelki z wodą, to był mój obiad...)




Tancerki z grupy Sunanda - malownicze jak zawsze. 


Podsumowując - jeśli o mnie chodzi, tegoroczny Pyrkon był więcej niż udany. Bawiłam się cudnie! Pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się zamienić choć parę słów, dziękuję organizatorom za zaproszenie i mam nadzieję, że za rok znów zobaczymy się w Poznaniu!




2 komentarze:

  1. Ty mi nic nie mów!4 godziny stałam w kolejce!
    Twoja prelekcja była sensowna i sprawnie zrobiona,bardzo mi się podobała.
    Jeszcze był jakiś film z Melem Gibsonem, który okaleczony po wypadku (?)uczył jakiegoś chłopca.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. "Człowiek bez twarzy", wiem. Mel Gibson grał tam nauczyciela okaleczonego w wypadku samochodowym, a później podejrzewanego o pedofilię. Chciałam uwzględnić ten film w prelekcji, ale nie udało mi się znaleźć na sieci kadrów przedstawiających twarz głównego bohatera wystarczająco wyraźnie, żeby dobrze wyglądały na slajdzie.

    OdpowiedzUsuń