2013-05-22

BraveStarr, czyli moja pierwsza miłość

Dziś będzie wpis, można powiedzieć, nostalgiczny. A wszystko dlatego, że wczoraj zasiedziałam się do późna w noc, kończąc zlecenie, i żeby nie zasnąć nad netbookiem, zaczęłam sobie puszczać z YouTube piosenki z kreskówek. I przypomniałam sobie swoją pierwszą wielką kreskówkową miłość, którą był szeryf BraveStarr ^_____^ Ale zacznijmy od początku.

Kiedy miałam 6 lat, oglądanie o 19:00 dobranocki na czarno-białym telewizorze stanowiło wielką atrakcję i nienaruszalny punkt w planie dnia (poza piątkiem, bo wtedy lecieli "Sąsiedzi", których nie znosiłam). Gdy w grudniu 1986 wylatywaliśmy do USA, z wielkim niepokojem zapytywałam, czy tam po drugiej stronie oceanu będzie można oglądać w telewizji moją ulubioną kreskówkę, to znaczy Smerfy. Ojciec zapewniał mnie, że tak, oczywiście, Smerfy będą (po latach przyznał się, że wcale nie był tego pewien). Na miejscu okazało się, że Smerfy owszem, są - ale telewizor w wynajętym mieszkaniu był kolorowy i doznałam szoku kulturowego, przekonawszy się, że Smerfy są niebieskie! Co tam zresztą Smerfy - jak się okazało, fascynujących dla mnie kreskówek było w amerykańskiej telewizji całe mnóstwo i zachłysnęłam się nimi tak, jak tylko może się zachłysnąć dziecko, które po raz pierwszy w życiu zyskało dostęp do kolorowego telewizora z kablówką. Rodzice nie interweniowali, bo wyszli ze słusznego założenia, że oglądając TV, szybciej się nauczę języka (w efekcie pierwszym zdaniem, jakie potrafiłam w całości powtórzyć po angielsku, było: "[tytuł kreskówki] will come back after these messages"...) Podobał mi się "Inspector Gadget" z chwytliwą pioseneczką i rezolutną siostrzenicą Gadgeta, podobali się Belle i Sebastian (sympatyczne, ciepłe anime o małym chłopcu i jego psie - adaptacja francuskiej książki dla dzieci) - no ale najbardziej zachwycił mnie BraveStarr.

Kreskówka ta, nieznana w Polsce, wyprodukowana przez Filmation - tę samą wytwórnię, z której wyszli HeMan i SheRa - to obłędne skrzyżowanie space opery z tradycyjnym westernem. Akcja rozgrywa się na pustynnej planecie New Texas, gdzie znajdują się złoża cennego kryształu kerium, a w kopalniach pracują górnicy należący do sierściastej rasy wyglądającej jak przerośnięte, inteligentne pieski preriowe. Kopalnie i transporty są notorycznie atakowane przez zbirów, którym przewodzi niejaki Tex Hex, wąsaty mutant o liliowej skórze. Główny bohater, szeryf BraveStarr, jest czystej krwi Indianinem wychowanym przez starego szamana i w sytuacjach zagrożenia może przyzywać cztery duchy zwierząt, dające mu nadludzkie moce (wzrok jastrzębia, słuch wilka, siła niedźwiedzia, szybkość pumy). Jeździ na inteligentnym, gadającym koniu będącym częściowo robotem, o imieniu Thirty-Thirty, który może transformować w bardziej humanoidalną dwunożną postać i nosi potężną laserową strzelbę, którą ochrzcił mianem Sara Jane.





Tu dygresja: ponieważ moi rodzice nie lubili fantastyki (i do tej pory jej nie lubią), o istnieniu czegoś takiego jak Gwiezdne Wojny dowiedziałam się w pierwszej klasie liceum i najpierw przeczytałam nowelizację, a dopiero potem, w 1997, obejrzałam filmy. Po latach natomiast wyszukałam na YouTube czołówkę BraveStarra i dotarło do mnie, skąd twórcy tej kreskówki ściągnęli m.in. pustynną planetę z trzema słońcami (dwa czy trzy słońca - to już kosmetyczny szczegół ^__^) oraz wygląd statków i promów kosmicznych...




Piosenka jest... taka, jaka jest, choć w mojej pamięci zapisała się jako zdecydowanie bardziej efektowna - widocznie siedmioletnie ucho odbierało ją inaczej.

Obawiam się, że właśnie od czasów fascynacji BraveStarrem datuje się moja sympatia do śniadych dżentelmenów z włosami w kucyk ^____^ Tak mi się podobało, że szeryf jest Indianinem, że jakoś przymknęłam oko na jego okropny żółty mundur, muskularną sylwetkę oraz fakt, że walczy po stronie "tych dobrych".






Bardzo barwni są przeciwnicy BraveStarra - twórcy serialu naprawdę popisali się kreatywnością, wymyślając tę zbieraninę. Tex Hex ciska pociski energetyczne, wysadza góry i umie przyzywać stwory znane jako "ogniste węże". Jego mentor Stampede to demoniczny mówiący smoko-brontozaur z żółtymi ślepiami, a do bandy należą m.in. dwunożne dingoludy, Skuzz - mały futrzasty paskud bezustannie kopcący cygara, Sandstorm - czerwony jaszczurowaty stwór, który wydmuchuje chmury piasku i potrafi usypiać przeciwników, Cactushead - robot z kaktusem zamiast głowy, biegający na mechanicznych nóżkach, Vipra - kobieta wąż, która umie hipnotyzować wrogów i strzela z broni paraliżującej w kształcie węża, oraz Two-Face - cyborg mający dwie ptasie głowy, jedną żywą, a drugą mechaniczną. Możecie o nich wszystkich przeczytać więcej w anglojęzycznej Wikipedii.







BraveStarr emitowany był codziennie o 15:00 - w dni szkolne musiałam szybciutko biec z autobusu, żeby na niego zdążyć z pięciominutowym poślizgiem. Ach, i pamiętam szok i oburzenie, z jakim zareagowała mama ze znajomej polskiej rodziny na informację, że oglądamy "Brejwstara". W sumie nie wiem, co ją tak zaszokowało, bo ta kreskówka była wręcz krytykowana za nadmierny dydaktyzm - każdy odcinek kończył się krótką "lekcją moralną" dla dzieci.

Tutaj znajdziecie całość serialu na YouTube (znajomy podrzucił mi tego linka po tym, jak zobaczył wpis na blogu - dziękuję, Michale!). Przymierzam się właśnie, żeby obejrzeć po latach jeden czy dwa odcinki, choćby ze względu na ładną oprawę graficzną. Styl disneyowski zawsze mnie odrzucał - animacje Filmation są dużo bardziej realistyczne, kojarzące się trochę z dobrym anime (tyle że postacie nie mają wielkich oczu). Dzisiejsze kreskówki z Cartoon Network mogą się schować.






6 komentarzy:

  1. Ojej,jakie to słodkie i nostalgiczne!
    E,ja to tylko"Załogę G" pamiętam!


    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż wstyd się przyznać - mnie z kolei ominęła "Załoga G" :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kot Filemon był słodki.


    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. "Załogę G" oglądałem z wypiekami na twarzy na czarno-białym telewizorze. Był jeszcze "Biały delfin Um", "Jazon z gwiezdnego patrolu", "Dżeki i Nuka" (pamiętam, że płakałem, gdy niedźwiadki dorosły), a na dobranoc śpiewał mi z telewizora "Miś Uszatek"... Piękne czasy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jestem z pokolenia, które mając 7-11 lat namiętnie oglądało "Smerfy", "Brygadę R", "Gumisie" oraz "Wojownicze żółwie Ninja", z tym że żółwie, o ile pamiętam, leciały nie jako dobranocka, tylko jako popołudniówka na dwójce (?). "Misia Uszatka" oglądałam gdzieś tak do piątego roku życia. Była jeszcze, zdaje się, jakaś kreskówka o małym Indianinie i jego rodzicach, ale nie przypominam sobie tytułu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Musze dodac,ze to byla moja ulubiona bajka z czasow dziecinstwa na kasecie vhs dopiero dzis znalazlam tytul po wpisaniu fraz sila nidzwiedzia szybkosc pumy to co zapamietalam najbardziej, Chester Siemens ze po x latach zmow bede mogla obejrzec z nowym pokoleniem.

    OdpowiedzUsuń