2013-08-14

Czarownica Georgette


W książce Roberta Thurstona "Polowania na czarownice" (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008) znalazłam ciekawą historię o pewnej XVII-wiecznej alzackiej czarownicy, a konkretnie - jej szczegółowe zeznania przed sądem, tak barwne, że mogłyby być niezłym materiałem na opowiadanie.

Region Ban de la Roche (niem. Steinthal) leży w Alzacji. W tamtejszych aktach sądowych z XVII wieku znajduje się sporo zeznań osób oskarżonych o czary. W roku 1620 lub 1621 (zapis w księdze nie zawiera dokładnej daty) oskarżenie takie wysunięto przeciwko Georgette, małżonce Jehana Le Neuf, mieszczanina z Rote (Rothau). Georgette miała zeznawać podczas przesłuchania "bez przymusu i z własnej woli"; można przyjąć, że mogła zostać zastraszona groźbą tortur bądź zaszantażowana w inny sposób. 

Wedle ówczesnych poglądów czarownice często pieczętowały pakt z diabłem, odbywając z nim stosunek płciowy. Nie inaczej było i z Georgette. Zeznała, iż 12 lat po swoim przybyciu do Rothau zbierała pewnego dnia chrust w lesie, gdy zjawił się przed nią diabeł w postaci mężczyzny z kopytami u nóg i rąk. Oddała mu się, a ponieważ była uboga, on wręczył jej monetę. Kiedy jednak wróciła do domu, pieniądz okazał się końskim łajnem.

Georgette nie zerwała jednak demonicznego związku. Diabeł wracał do niej uprawiać seks jeszcze kilka razy, w tym raz pod postacią szlachcica. Wymógł na niej obietnicę nieprzywoływania imienia Bożego i niechodzenia do kościoła, a na znak swego panowania uszczypnął ją w czoło, zostawiając trwały znak (jeśli Georgette rzeczywiście miała jakieś znamię na czole, musiało to przekonać sędziów, że kobieta mówi prawdę). Przyrzekł nie opuszczać jej aż do końca życia. Imię tego diabła brzmiało Piercin (różne warianty tego imienia powtarzają się także w aktach procesów o czary z innych alzackich miejscowości). Przeznaczył on Georgette na kochanka także innego demona, o imieniu Joly (z fr. joli - przystojny, ładny).

Demony wyznaczały Georgette różne zadania - kilka razy musiała na przykład podczas mszy przytrzymać w ustach hostię, nie połykając jej, a potem przekazać ją Joly'emu (nie jest jednak powiedziane, co diabeł zrobił z hostią). Joly przenosił ją także na sabat, którego uczestnicy jedli czarne mięso i czarny ryż gotowany z czarnym mlekiem, a po kolacji tańczyli przy dźwiękach rogu i uprawiali seks. Następnie przyrządzali trujący łój i zabierali go do domów.

Georgette niebawem użyła owego łoju do zabicia świni sąsiada. Dwanaście lat później posmarowała nim bochen chleba, którym poklepała dwa byki należące do innego mężczyzny i oba zdechły. Około ośmiu lat później otruła pięć prosiąt, ale z niewyjaśnionego powodu jedno z nich wyleczyła za pomocą innego smarowidła. Po upływie kolejnych czterech lat oślepiła dziewczynkę na jedno oko, dotykając go palcem zanurzonym w trującej miksturze. Wszystkie te zeznania najprawdopodobniej pokrywały się z prawdziwymi wydarzeniami, które pamiętali sąsiedzi Georgette (w tamtych czasach śmierć dwóch byków czy czterech prosiąt była dla wieśniaka dramatyczną stratą).

Jednakże czarownica Georgette zeznała jeszcze gorsze rzeczy. Miała razem z Piercinem porwać z czyjegoś domu nieochrzczone jeszcze niemowlę. Czarownice i ich panowie mieli w zwyczaju takie niemowlęta ćwiartować, zjadać jedną część, a pozostałe mieszać "z pająkami i żółtymi trującymi zwierzętami", sporządzając jadowitą maść. Niekiedy w tym celu wygrzebywali też martwe dzieci, nawet te ochrzczone. Georgette podała rok ekshumacji i imię jednego z takich dzieci.

Na zamordowanych i ekshumowanych dzieciach zeznania Georgette się urywają. Dokumenty nie mówią nic o jej losie. Należy jednak przypuszczać, że czarownica, która nie tylko była kochanką diabła, na jego polecenie zabijała i oślepiała, ale też popełniła największą możliwą zbrodnię, zabijając dziecko i jedząc jego ciało, zakończyła swój ziemski żywot w płomieniach stosu.



Hans Baldung Grien, Czarownice (drzeworyt kolorowany, 1508)


Tym, którzy nie czytali, polecam również: Diabeł Boruta, Diabeł w ślimakach i chrabąszczach.


6 komentarzy:

  1. Gdzie ten las?!
    Ale ogólnie to się chyba nie opłaca....Kupa roboty
    jakiejś takiej mało porywającej- świnia sąsiada- i nawet porządnej monety nie dał...Łeeeee..

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie w tej historii najbardziej fascynuje czarny ryż gotowany z czarnym mlekiem :D

      Usuń
  2. Mało wysilone te sabatowe menu.
    Lepsze były już ciastka u Pratchetta.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezamożnej kobiecinie pewnie brakowało wyobraźni kulinarnej. Przypuszczam, że mięso oraz gotowany ryż z mlekiem to były dla niej odświętne, a co najmniej niedzielne dania.

      Usuń
  3. Uwielbiam takie historie o czarownicach. Chociaż po przeczytaniu Malleus Maleficarum, po wszystkich tych opowiastkach, które opisywali inkwizytorzy, już mnie nic nie zaskoczy :)
    Tak sobie myślę, że te bardziej zbuntowane kobiety, które w tamtych czasach były posądzane tak naprawdę za nic i "dla świętego spokoju" czasem niekoniecznie były zmuszane do zeznań, ale opowiadały podobne niestworzone historie na przekór władzy, żeby zakpić - co pewnie różnie się dla nich kończyło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duża powtarzalność szczegółów w zeznaniach osób pochodzących z tego samego regionu (powtarzają się np. imiona demonów) sugeruje raczej, że przesłuchiwani starali się mówić to, co - ich zdaniem - śledczy chcieli usłyszeć. I obawiam się, że kluczowy mógł być jednak strach przed torturami, które bywały naprawdę straszne (wyszarpywanie kawałków ciała rozpalonymi do czerwoności kleszczami i tym podobne atrakcje). W innych źródłach spotkałam się też z informacją, że niektóre formy przymuszania do zeznań nie były opisywane w dokumentach jako tortury - jeśli np. kogoś przetrzymano przez wiele godzin nago w zimnej celi, zlewając go lodowatą wodą, do czasu aż zaczął zeznawać, takie zeznanie opisywano później jako dobrowolne... Niektóre z osób oskarżanych o czary mogły też być najzwyczajniej w świecie chore psychicznie i relacjonować swoje urojenia.

      Usuń