2013-11-02

"W mocy wichru" - całość okładki i rozdział 2


Z radością melduję, że papierowa wersja "W mocy wichru" poszła do druku i książka będzie do nabycia na Falkonie, zgodnie z planem. Autorka też zresztą pojawi się na Falkonie, jakżeby inaczej.

Tak wygląda całość okładki:




A kto ciekaw, może się zapoznać z drugim darmowym fragmentem poniżej.




Rozdział 2: Opowieść Brieda


W górach północnej Alkary widywano słotę częściej niż słońce, lecz lipiec tego roku był wyjątkowo brzydki. Gdy Beila spojrzała po południu w okno głównej sali, zdziwiła się, widząc, że chmury podniosły się na tyle, by po raz pierwszy od kilkunastu dni odsłonić szczyty prawie w całej okazałości. 

Oberża „Pod Zielonym Osłem”, jak to oberża, przez okrągły rok oglądała różnych gości. Kupców i ich czeladź, podróżującą szlachtę, kapłanów, pielgrzymów. Drewniany budynek z mocno spadzistym dachem, jak wszystkie domy w tych okolicach, z pomalowanym na zielono szyldem, stał w kotlince nie opodal miejsca, gdzie trakt północny przecinał się z gościńcem do Kyrn.

W Starej Jodle, półtorej mili stąd, była druga karczma, „Pod Jodełką”. Tam chętnie przesiadywali ci z miejscowych, którzy nad smak przedkładali niższą cenę trunku. Tam, na zbiegu trzech lokalnych dróg, częściej zatrzymywali się furmani, wędrowni kramarze i druciarze. „Pod Zielonym Osłem” wódka, piwo i jadło były droższe, ale lepsze, stoły i naczynia czystsze, a łóżka prawie bez pluskiew. 

Teraz, odkąd wiosenna powódź uszkodziła stary most na gościńcu do Kyrn, klientów ubyło. Beila, młoda żona właściciela, w zamyśleniu patrzyła na prawie pustą salę. Tego dnia musiała usługiwać sama, bo dziewka zachorowała, ale dawno nie było tak małego ruchu. W kuchni gruba Melda też nie miała nic do roboty, ot, pilnować, żeby ogień mrugał pod saganem kapuśniaku. Gdyby pod wieczór zjawili się bardziej wymagający goście, na przykład kupcy zmęczeni długą drogą, podgrzeje się zimną baraninę i ugotuje kaszę, a w ostateczności – zarżnie, oskubie i upiecze parę kur.

Drzwi skrzypnęły. Dwaj miejscowi raczący się piwem pod owczy ser i wędzonego pstrąga spojrzeli ciekawie na przybysza, po czym wrócili do cichej rozmowy. Ubogi wędrowny czeladnik, którego obdarzona macierzyńskim sercem Beila poczęstowała kapuśniakiem i chlebem za symbolicznego miedziaka, siedział skulony przed paleniskiem, grzejąc ręce, i nawet się nie odwrócił.

Obcasy zabłoconych wysokich butów zastukały o podłogę. Przybysz rozejrzał się, zdjął kapelusz, wolno podszedł do szynkwasu. Był nietutejszy. Ciemnowłosy, smagły, w podniszczonym podróżnym ubraniu. Beila dla pewności zerknęła jeszcze raz za okno, ale nie. Nie przyjechał konno.

Uśmiechnęła się do niego uprzejmie.

– Co podać?

Mimochodem oceniła jego wiek na trzydziestkę, może ciut więcej. Jedna z tych twarzy, których rysy z wiekiem stają się tylko coraz ostrzejsze i surowsze. 

Jej pierwszy narzeczony, nicpoń jakich mało, też miał taką urodę. Ale bezczelne spojrzenie jego czarnych oczu sprawiało, że każdej dziewczynie, do jakiej się uśmiechał, miękły kolana, zaś nieznajomy wyglądał na kogoś ulepionego z zupełnie innej gliny. Rozglądał się jakby z lekkim roztargnieniem – oberżystka musiała zadać pytanie po raz drugi, zanim się otrząsnął i zareagował. Zapytał, co mają dobrego, po czym poprosił po prostu o zupę, chleb i ser. Zapłacił srebrem i nie chciał reszty. Beila, wyczulona na takie szczegóły, odnotowała akcent, z jakim mówił. Wykształcenie. Może nawet stolica. 

– Potrzebujecie noclegu? – zapytała jeszcze.

– Nie.

To ją trochę zdziwiło, ale nic nie powiedziała. Widać zatrzymał się gdzieś w gościnie – albo w pobliskim klasztorze, albo u któregoś z dzierżawców. Na zamku raczej nie, nie pod nieobecność zarządcy.

Gdy dostał miskę, usadowił się blisko szynkwasu, plecami do ściany. Nie mając nic lepszego do roboty, Beila usiadła na swoim krzesełku, wzięła zaczętą robótkę i udawała, że szydełkuje, a kątem oka popatrywała, jak przybysz je zupę Meldy – gorącą, kwaśną, dobrze okraszoną boczkiem. „Pod Zielonym Osłem” płaciło się za porządne jedzenie, nie za stęchłą omastę i szczurze bobki w owsiance.

Dzierżawcy odsunęli puste kufle i wyszli. Zza uchylonego okna przypłynęły dziecięce śmiechy i niespokojne gdakanie, więc Beila wyjrzała na podwórze.

– Ej, ej! Zostawcie te kury! Bo jak ojcu powiem...

Jej syn i córka uciekli za studnię, rozbryzgując wodę z kałuż. Kury, które ganiali chwilę wcześniej, obrażonym, dostojnym krokiem powędrowały na tył podwórza, ku stajni.

Przybysz skończył kapuśniak, do którego zupełnie nie po szlachecku wkruszył chleb i ser, zamiast zjeść je osobno. Beila podeszła, żeby zabrać miskę.

– Pierwszy raz w tych stronach? – zagadnęła.

– Nie.

– Z daleka przybyliście?

– Z Ponte Auria.

– Kawał drogi.

– Daleko – zgodził się. 

– Zatrzymaliście się w klasztorze, u braci proserpitów? – drążyła. – Czy u kogoś?

– W klasztorze. – Zauważyła, że się zawahał. Wyczucie podpowiedziało jej, że skłamał. Dlaczego? W sumie nie jej sprawa. Ale Beila miała to do siebie, że wszelkie zagadki działały na nią tak, jak na kota działa zwisający koniuszek sznurka.

Poszła zabrać kufle pozostawione przez dzierżawców, wyniosła wszystkie naczynia do kuchni i korzystając z okazji, pokazała Meldzie jedną ze srebrnych monet, które otrzymała od nieznajomego.

– Popatrz no, czy nie fałszywa.

Kucharka ujęła pieniądz w dwa palce i zbliżyła do krótkowzrocznych oczu, przypatrując się wybitemu na niej wizerunkowi grynona – skrzydlatego kota, który pospołu z krukiem i jastrzębiem widniał w alkaryjskim herbie.

– Jest dobra, serdeńko. Co ty chcesz? 

Beila sama nie wiedziała, co wzbudziło jej podejrzliwość. Chętnie dowiedziałaby się, jak gość się nazywa i skąd przybył, lecz nie chciała go wypytywać. Wróciła do głównej sali. Czeladnik właśnie podniósł swój tobołek i zbierał się do wyjścia.

– Możesz przenocować w stodole, na sianie – powiedziała. Skłonił się, mamrocząc podziękowanie.

Ciemnowłosy podróżny nadal siedział w tym samym miejscu, od niechcenia rozglądając się po sali. Przyjrzawszy mu się uważniej, Beila pomyślała ze współczuciem, że może niedawno ozdrowiał z ciężkiej choroby. Choć był ubrany jak szlachcic i płacił po szlachecku, to z twarzy wyglądał prawie równie mizernie jak ów biedaczyna, co się tu przywlókł w dziurawej kapocie i zdartych butach.

Oparła się łokciami o szynkwas.

– Wiecie, a w zeszłym roku jego królewska mość we własnej osobie raczył zawitać pod nasz dach – odezwała się wesoło. – Na wiosnę, gdy objeżdżał północną prowincję. Spożył u nas zupę z rydzów i pasztet z dzika. Jedno i drugie wielce sobie chwalił.

Spojrzał na nią, unosząc brew.

– Kto ustrzelił dzika?

– A żebym to ja pamiętała.

Z podwórza dobiegł pisk. Oberżystka i gość wyjrzeli przez okno. Dzieci szamotały się pod płotem jak dwa rozbawione szczeniaki.

– Ty łobuzie! – krzyknęła Beila. – Kto to widział szarpać się z siostrą! Przewrócisz ją w błoto!
Jej ośmioletni synek, czarnowłosy jak mama, puścił dziewczynkę. Oboje chichotali. Oberżystka pokręciła głową, uśmiechając się mimo woli, lecz gdy spojrzała na przybysza, spoważniała. Patrzył na dzieci odległym wzrokiem, jakby zatonął we wspomnieniach – niekoniecznie szczęśliwych.

Nie chciała go już zagadywać. I tak trafiały do niej wszystkie plotki z okolicy; gdziekolwiek się zatrzymał, Beila prędzej czy później pozna jego imię, profesję oraz sprawę, w jakiej przyjechał. Ale wtedy gość otrząsnął się z zamyślenia i popatrzył na nią.

– Nazywam się Gael Zachos – powiedział. – Jestem historykiem z Ponte Auria. Piszę rozprawę o starych majątkach północnej prowincji. Chciałbym się dowiedzieć, ile tylko się da, o poprzednich właścicielach Hain-Rague. Jeśli znacie kogoś...

Beila rozpromieniła się.

– A toż z dziadkiem pogadajcie. On wszystko pamięta.

***

W ciemnawej bokówce w mieszkalnej części domu pachniało drewnem. Na ławie pod okienkiem siedział staruszek w brązowej sukmanie i owczym serdaku, obwiązany roboczym fartuchem z konopnego płótna. Łysy jak kolano, z białą brodą, ale wciąż jeszcze krzepki. Pracował dłutkiem przy czymś, co wyglądało jak rzeźbione wieko skrzyni; podłogę obok zaścielały wióry. Gdy spostrzegł wchodzących, odłożył robotę i podniósł się z wysiłkiem. Powitał gościa uprzejmie, lecz z widoczną nieufnością. Dopiero gdy Beila wyjaśniła, w czym rzecz, staruszek rozpromienił się, prezentując bezzębny uśmiech.

– No, toście wyśmienicie trafili! Ja wszystko pamiętam! Mogę opowiadać choćby do północy! Od urodzenia w tej okolicy mieszkam! Wszystkich znam! Siedemdziesiąt sześć lat skończę na jesieni, panie...

– Zachos.

– Siedemdziesiąt sześć lat skończę na jesieni, panie Zachos! Com ja w życiu widział... o! Siadajcie! – Wskazał zydel. – I mówcie mi Bried. 

– Piwa przyniosę – zaofiarowała się Beila.

– A tam, piwa. Miodu przynieś! Tego, co to wiesz! 

Oberżystka wyszła. Starzec usiadł, złożył ręce na kolanach i wyczekująco popatrzył na gościa. 

– No, to co chcecie wiedzieć? 

– Najpierw chciałbym wam coś ofiarować w zamian za opowieść, panie Bried. – Gość sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął trzy złote jastrzębie. Po jednej stronie wybity był na nich portret aktualnie panującego władcy, po drugiej – konstelacja, która wskazywała drogę alkaryjskim żeglarzom powracającym ze wschodniego szlaku.

– Nie trza! – żachnął się staruszek. 

– Dla waszych wnuków – powiedział Gael Zachos. – Proszę.

– Dobrze – zgodził się po namyśle Bried. Wziął pieniądze i schował je do skrzyni. – Niech będzie, że dla wnuków.

Weszła Beila, niosąc gliniany gąsiorek i dwa kubki. Postawiła je na ławie i wycofała się. 

– Opowiedzcie mi o panu Sandorze i jego dzieciach – poprosił przyjezdny, gdy drzwi się zamknęły. Staruszek spoważniał.

– O starym panu Sandorze de Ragues? – uściślił niepotrzebnie. – A...a... po co to wam?

– Mówiłem już, jestem historykiem. Zbieram opowieści.

Bried spuścił głowę. Po chwili milczenia sięgnął po dłuto. Narzędzie wbiło się w drewno, odłupując sporą drzazgę.

– Smutna to historia – rzekł powoli. – Ale cóż, skoro taka wasza wola. Słuchajcie tedy, panie Zachos. 

Odchrząknął, znów pomilczał chwilę, widać zbierając myśli.

– Stary de Ragues, pana Sandora ojciec, odziedziczył po rodzicach piękny majątek we wschodniej prowincji – zaczął – ale utracjusz był z niego i głupiec. Przehulał większość tego, co posiadał, a potem go aresztowano za spiskowanie przeciwko królowi i ścięto. Młody pan Sandor, pozbawiony resztek majątku i wygnany, przystał do najemników. Więcej jak dwadzieścia lat wojował w obcych krajach. W końcu, gdy po wojnie z Nedgvarem zmieniła się władza, a nowy władca hojnie wynagradzał dowódców, co się odznaczyli w walkach, pan Sandor dostał odeń zamek wraz z dobrami, Hain-Rague właśnie. Znaczy, pierwej to było po prostu Hain, ale gdy przyszedł nowy właściciel, zmieniono nazwę.

Łyknął miodu, kaszlnął, podrapał się po łysinie.

– Ojciec mój walczył pod komendą pana Sandora w Nedgvarze. Nogę tamój stracił. Gdy pan Sandor z wojska odchodził, rzekł kilku swoim ludziom, co też już mieli dość wojaczki, że szuka dzierżawców na część majątku. To przyjechali tu razem z nim. Wszystkim pomógł się urządzić. Ta karczma dzięki niemu stanęła...

Przybysz słuchał uważnie, splótłszy dłonie na kolanach. Staruszek usadowił się wygodniej, znów popił miodu, odchrząknął.

– Gdy się tu lepiej zagospodarował, pojął żonę. Młodziutką, z drobnej szlachty, czemu niektórzy się dziwili, ale cóż tu dziwnego. Rodzina porządna, dziewczyna miła i niebrzydka, a de Ragues, koniec końców, nie jakiś hrabia. Bardzo ją kochał. Pragnęli potomka, lecz dopiero po trzech latach urodziła się córeczka, Faivrin. Potem pani zaszła w ciążę drugi raz, mówiono później, że za szybko. Za wątła była, uważacie, szczuplutka taka, słabieńka... No i stało się nieszczęście. – Łyknąwszy miodu, Bried pokiwał smutno głową, patrząc w ścianę. – Urodziła przedwcześnie martwe dziecko, synka, i sama zmarła po kilku dniach. Pan Sandor szalał z rozpaczy. Na pogrzebie zjawił się pijany. Na stypie upił się jeszcze bardziej i zaczął awanturować. Uderzył swego szwagra, zwyzywał wszystkich gości, tym, co go próbowali uspokoić, bronią groził... a potem wziął konia i pojechał w las. Galopem. O zmierzchu, uważacie. Myślano już, że nie wróci, że utopi się, powiesi albo w jakim wykrocie skręci kark. Ale nie. I słuchajcie teraz bacznie, bo to ciekawe. – Bried odstawił kubek i potrząsnął wyciągniętym palcem.

– Tak?

– Wrócił nazajutrz, przywożąc ze sobą chłopca. Szeptano potem, że to był jego bękart, spłodzony z jakąś urodziwą chłopką. Starszy od Faivrin o pięć lat albo i więcej. Ja nie wiem, różnie o tym mówiono. – Staruszek chrząknął. – Takie ciemne było to dziecko, śniade, prawie jak z nedgvarskiej krwi. Różne rzeczy ludzie gadali... A pan Sandor nigdy ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył, że chłopak jest jego. Adoptował go, dał mu swoje nazwisko i wychowywał jak rodzonego syna.

Przez twarz Gaela Zachos przebiegło ledwie zauważalne drgnienie, skurcz.

– Jak się nazywał ten chłopiec?

– Deuven. Deuven de Ragues.

– Pamiętacie go?

– Pamiętam. – Bried pokiwał głową, uśmiechając się. – Cichy taki, wiecznie z nosem w książkach. Ani go do psot nie ciągnęło, ani do dziewczyn, tylko albo do książek, albo do lasu, włóczyć się... Jak skończył siedemnaście lat, wyprawili go na studia do stolicy, a potem nie wiem, co się z nim działo, podróżował gdzieś po obcych krajach. Wrócił na dłużej dopiero, gdy pan Sandor był już bliski śmierci. 

Gael Zachos spuścił wzrok. Gdy przemówił, jego głos brzmiał spokojnie, ale splecione na kolanach dłonie zacisnęły się kurczowo.

– Co się z nim potem stało? Nie wiecie?

– Krótko po pogrzebie ojca pozostawił dobra pod opieką zarządcy, a sam wyjechał razem z siostrą do Ri Talma. – Bried ciężko westchnął. – I rok później zmarli tam oboje podczas wielkiej zarazy. Zamek powrócił w królewskie ręce i do dziś pozostaje królewszczyzną. Ot, chcieliście posłuchać o de Raguesach, tom wam powiedział wszystko, co jest do opowiedzenia. – Wysączył z kubka resztkę miodu i przygryzł koniuszek wąsa. 

Zapadło milczenie. Przybysz siedział ze spuszczoną głową, zatopiony w myślach.

– Czekajcie – odezwał się snycerz po dłuższej chwili. – Coś wam pokażę. Chodźcie.

Dźwignął się ze stęknięciem i poprowadził gościa z powrotem do głównej sali. Było tam pusto, tylko Beila wycierała stoły. Z dworu przez uchylone drzwi nadal dobiegały dziecięce pokrzykiwania i chichoty. Czerwone słońce dotykało szczytów wzgórz. Staruszek wszedł za szynkwas i wskazał wiszący na ścianie obrazek w prostej drewnianej oprawie. 

– Gdy Deuven jeszcze studiował w Ponte Auria, jednego roku przyjechał tu na lato razem z kolegą, malarzem, a ten w prezencie za gościnę wymalował portret rodzinny de Raguesów. Taki młody, uważacie, a pięknie mu to wyszło. Obraz wisi na zamku w wielkiej sali na dole, nie obejrzycie go, bo zarządca tera wyjechał do stolicy, a ten dziwak kustosz, co się zamkiem opiekuje... szkoda gadać. Ale zanim ów malarz się zabrał za płótno, wykonał kilka szkiców, a mój ojciec za pięć grynonów kupił od niego najlepszy. Spójrzcie.

Gael Zachos zbliżył się, uważnie przyjrzał portretowi. Nie był to szkic, ale dopracowana w każdym szczególe akwarela namalowana na grubym czerpanym papierze. Artysta najwidoczniej nie uważał za stosowne sprzedawać byle czego, nawet prostym ludziom za kilka srebrnych monet.

Siedzący mężczyzna, o zniszczonej twarzy i posiwiałych włosach, do piersi przypięte miał ordery. Poza, jaką przybrał, mówiła wyraźnie, że jest ojcem i panem rodziny. Lewą ręką obejmował dziewczynkę – blondyneczkę w niebieskiej sukience, trzymającą bukiet kwiatów. Po prawej stronie na widza spoglądał szczupły chłopak, właściwie już młodzieniec, o śniadej cerze. Ciemne włosy do ramion, poważne oczy, ani cienia uśmiechu.

Bried nagle poruszył się niespokojnie. Popatrzył na obrazek i znowu na rozmówcę.

– A... a... nie jesteście wy czasem spokrewnieni z de Raguesami? Wybaczcie, że pytam – zająknął się pod wzrokiem gościa.

– Nie, nie – zaprzeczył z uśmiechem Zachos. – Moja rodzina pochodzi z Chalkiru.

– A to wybaczcie. – Staruszek skłonił się, zakłopotany.

– Dziękuję za opowieść, panie Bried.

– Nie ma za co, młodzieńcze, nie ma za co. 

Wymienili uściski dłoni, uśmiechy i życzenia wszystkiego dobrego na przyszłość. Snycerz miał już wracać do warsztatu, gdy okrzyk Beili sprawił, że obaj się odwrócili. Oberżystka wyciągnęła rękę, wskazując otwarte drzwi wyjściowe i pejzaż widoczny za nimi. Na wschodzie rozbłysła nitka czerwonego światła, która szybko rozszerzyła się w smugę przecinającą niebo od horyzontu po horyzont.

– Zachwianie! Haranie miłościwy! – Stary Bried pospiesznie wykonał gest chroniący od uroku.
Na niebie zapalały się kolejne smugi – od fioletu przez błękit aż do seledynu. Z kuchni wybiegła na podwórze druga, pulchna kobieta i zaczęła zaganiać kury do obory. Beila klasnęła w ręce, przywołując dzieci.

– Pod dach! Żywo!

Nikt nie zauważył, kiedy Gael Zachos opuścił oberżę i oddalił się, nie ku gościńcowi, lecz ścieżką w przeciwną stronę.



1 komentarz:

  1. Już się nie mogę doczekać Falkonu i książki i Autorki!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń