2014-03-20

Kostki zostały wrzucone (do wanny)


Rzadko wypowiadam się publicznie na kontrowersyjne tematy, ale tym razem stwierdziłam - a co tam, zaryzykuję, najwyżej narobię sobie wrogów.

Mnóstwo ludzi oburzyło się na spot reklamowy związany z Pyrkonem, przedstawiający dziewczynę kąpiącą się w kostkach rpg. Informacja o burzy, jaką wzbudziła ta reklama, trafiła nawet na stronę główną Gazety Wyborczej. Padły oskarżenia o „szczucie cycem” i porównania do różnych absurdalnych reklam, gdzie kobiece ciało służy do zachwalania tak mało zmysłowych produktów, jak herbicydy.

Co pokazuje ten jakże bulwersujący filmik? Przy akompaniamencie zmysłowej muzyczki ładna dziewczyna wchodzi do przedpokoju, zrzuca po kolei ciuszki, a potem kamera pokazuje ją w łazience, siedzącą w wannie pełnej kostek. Mnie osobiście ten spot skojarzył się z reklamami płynów do kąpieli albo perfum. Nagości jest tutaj tyle co kot napłakał, na ekranie nie pyszni się żaden silikonowy biust ani gołe pośladki. Podejrzewam, że autorzy filmiku uznali, że zabawnie będzie zareklamować niszowy produkt, jakim są kostki do rpg, za pomocą stylistyki, która bardziej by pasowała do jakiegoś pachnącego kosmetyku z drogerii. Jeśli o mnie chodzi - doceniłam element zaskoczenia i kontrastu, uśmiechnęłam się i tyle. (Do zbrzydzonych i wołających „fe, niehigieniczne!”: przypuszczam, że Marta nie siedziała w tej wannie nago, bo niby czemu miałaby, skoro pokazuje tylko dekolt, ramiona i jedną nogę...)





Ciekawe, że rozebrane dziewczyny nie pierwszy raz występują w roli żywej reklamy konwentu (vide rudowłosa Delein w kostiumie Leeloo z „Piątego Elementu” pojawiająca się w oficjalnym spocie zachwalającym tegoroczny Pyrkon, albo uroczy „smok Pyrkonu” z gołym brzuszkiem, który rozdawał materiały reklamowe na Falkonie 2013), ale dopóki ich skąpe stroje wpisywały się w konwencję fantastyczną, nikt nie robił z tego problemu. (Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Falkon 2011, odbywający się pod hasłem „Bogowie przyjęli wyzwanie”, był reklamowany przez filmiki o bóstwach, gdzie ciało pokazywały i panie, i panowie, nawet główny koordynator imprezy wystąpił w niezbyt kompletnym stroju, za to z obfitym makijażem ;P ). Natomiast kiedy w reklamie kostek do rpg koronkowe majteczki lądują na łazienkowej macie, to nagle wybucha afera. Moim cichutkim zdaniem - nieproporcjonalna do treści filmiku. Już prędzej by mnie zniesmaczyła włochata męska klata w tym samym spocie.



 Pyrgirl vs. Leeloo (pozują Marta Ciesielska i Magdalena "Delein" Bentkowska). Fot. Krystkowiak photography.



Co się tyczy sposobu, w jaki środowisko fantastyczne odnosi się do kobiet - należę do fandomu od... niech policzę... 1996 roku, od 16. roku życia. Przez jakieś dziewięć lat - do końca studiów - aktywnie działałam w klubie fantastyki, teraz udzielam się już głównie na konwentach i w sieci. Na pierwszy konwent w życiu (Polcon w Warszawie) wybrałam się w  roku 1999, od tamtej pory zaliczyłam ich - jeśli dobrze liczę - ponad dwadzieścia: jako uczestniczka, czasem prelegentka, dopiero od 2011 r. jako gość. Nie jest to rekordowa liczba, ale jednak jakąś orientację w temacie mam. Nie  przypominam sobie żadnych - ŻADNYCH - podszytych seksizmem incydentów, pomijając nawracające (i czasem ciut denerwujące, ale to inna historia) dyskusje o tym, czy kobiety piszą fantastykę inaczej niż mężczyźni. Chamskich zaczepek ani prób podrywu nie było tym bardziej. Kiedy zaczęłam się pojawiać na spotkaniach Lubelskiego Klubu Fantastyki „Syriusz” jako niespełna 16-letnie przestraszone stworzenie, wszyscy ci długowłosi i zarośnięci delikwenci w czarnych ciuchach, którzy spotykali się co wtorek w Wojewódzkim Domu Kultury przy ul. Dolnej Panny Marii (w tamtych czasach do „Syriusza” przychodziło jeszcze bardzo niewiele dziewczyn), starsi czasem o kilkanaście lat, traktowali mnie po prostu na prawach kumpla. Nie pogardliwie, nie z góry, byli sympatyczni i tyle. Późniejsi znajomi z listy dyskusyjnej Sapek - takoż. Prawdę mówiąc, w środowisku fantastów zawsze miałam miłe poczucie, że liczy się to, co czytam, co piszę i co mam do powiedzenia w dyskusji, a nie to, jakiej jestem płci.

Fakt - nigdy nie pojawiałam się na konwentach w metalowym bikini ani innym przykuwającym uwagę stroju, ale na wielotysięcznych imprezach takich jak Pyrkon czy Falkon, gdzie korytarzami chadzają półnagie ogrzyce, Twi'lekanki, wojowniczki z dzikich plemion albo cyberpunkowe bóstwa w czerwonym lateksie, nie zdarzyło mi się słyszeć gwizdów i zaczepek pod ich adresem. Jasne, wierzę, że zawsze może się trafić jakiś cham, ale raczej jako wyjątek potwierdzający regułę. Teraz pytanie retoryczne: gdyby dziewczyna w równie wyzywającym ubiorze cosplayowym przespacerowała się dajmy na to po Złotych Tarasach, gdzie tłumnie przychodzą mugole, to usłyszałaby mniej czy więcej głupich odzywek niż na konwencie?

Po mojemu, to jest tak: jak będziesz chodzić po ulicy w czarnych ciuchach i z wielkim pentagramem na plecaku, to zawsze się trafi ktoś, kto cię wyzwie od satanistów, mimo że teoretycznie to nie jego biznes. Jak będziesz nosić irokeza - mogą się przyczepić skini. Za szalik klubu piłki nożnej można oberwać od kibiców przeciwnej drużyny. A jeśli jesteś dziewczyną i założysz skąpe ciuszki (w przypadku cosplayów - często ultraskąpe), to też może się trafić ktoś, kto się - powiedzmy - zachowa niestosownie (w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa). NIE POWINIEN, ale statystyka mówi, że prędzej czy później się trafi. Tak, wygląd prowokuje. Niestety. Ok, w idealnym społeczeństwie byłoby inaczej, ale w praktyce nie wiem, czy taki ideał jest osiągalny. Może faktycznie warto umieszczać w regulaminach konwentów zapisy precyzujące, że za głupie zaczepki można wylecieć z imprezy.



Dama w czerni (fot. SM). Zdjęcie z bloga Hard N Heavy.


W idealnym społeczeństwie można byłoby rozmawiać swobodnie przez komórkę w dowolnej części miasta i nosić portfel w którejkolwiek kieszeni. W praktyce nie wyciągam komórki w szemranych dzielnicach i pilnuję portfela, jadąc autobusem, mimo że kradzież jest karalna i potępiana. Agresywne psy nie powinny być puszczane luzem - w praktyce, jak widzę, że wielkie warczące psisko kręci się swobodnie przy nieogrodzonej posesji, to zawracam (tak, jestem ostrożną osobą, ale ostrożność nic nie kosztuje). Do czego zmierzam - chodzi mi tylko o kalkulację dopuszczalnego ryzyka. Jeśli nie dopuszczam małego procentu prawdopodobieństwa, że ktoś się okaże burakiem i nie będzie umiał utrzymać łap przy sobie, nie potrafię reagować w takiej sytuacji, stresuje mnie taka możliwość - nie zakładam tego metalowego bikini albo lateksu i pończoch, idąc na wielotysięczną imprezę. Sądzę też (nie mam żadnych danych statystycznych na poparcie tej hipotezy), że trafienie na nieelegancko się zachowującego typa jest mniej prawdopodobne na konwencie niż gdzie indziej. Oczywiście byłoby fajnie, gdyby to prawdopodobieństwo dało się zredukować do zera.

W sumie (tu spoglądam w stronę znajomych socjologów badających środowisko fantastyczne) - może temat, jak często dochodzi do molestowania seksualnego (w szerokim znaczeniu tego słowa, chodzi mi o wszelkie sytuacje, gdzie kobieta jest zaczepiana w sposób, którego sobie nie życzy) w fandomie oraz poza fandomem, to jest coś, co warto zbadać statystycznie?...

A sławetna pyrkonowa kartka „pokaż cycki” to może nieszczególnie wyrafinowany humor, ale... ja się uśmiechałam. Taki koloryt lokalny. Gdyby to były jakieś imienne zaczepki - wtedy rozumiem oburzenie, ale ta kartka w zimnym zatłoczonym holu pełnym śpieszących się ludzi była tak uroczo absurdalna, że tylko się obśmiać. Swoją drogą, ciekawa jestem miny ochroniarza z kartką, gdyby ktoś dowcipny przyniósł w torbie lateksowy sztuczny biust i go pokazał...

I żeby nie było: owszem, w popkulturze nie brak elementów, które mnie, jako geeka płci żeńskiej, drażnią. Irytują mnie bohaterki komiksów i gier komputerowych wyposażone w gigantyczne kuliste cyce i ubrane w kretyńskie pancerne gorsety albo bikini. Regularnie podnosi mi się ciśnienie, kiedy widzę udostępniane na Facebooku mizogyniczne memy, powielające różne wredne stereotypy na temat kobiet. Ubolewam nad tym, że sklepy z zabawkami są pełne plastikowych księżniczek w różowych sukienkach i zestawów ohydnej sztucznej biżuterii. Ale... to materiał na odrębną dyskusję.


11 komentarzy:

  1. Nareszcie głos rozsądku :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako jeden z tych "długowłosych i ubranych na czarno" podpisuję się obydwiema rękami pod wypowiedzią koleżanki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że pojawiła się wyważona, spokojna opinia.
    Natomiast podane przez Ciebie przykłady różnią się nie tylko konwencją, ale i kontekstem. W przypadku cosplayu Delein odbiorca widzi charakterystyczny strój i fryzurę - natychmiast kojarzy mu się to z postacią, z jej charakterem i działaniami. (Podobnie w przypadku falkonowych bóstw aktorzy byli postrzegani przez pryzmat atrybutów tych bóstw, skojarzeń z konkretnymi mitami i tak dalej.) Z kolei bohaterka spotu z kostkami została przedstawiona bez uwzględnienia jej osobowości czy zainteresowań - jako o postaci nic o niej ze spotu nie wynika, jest ukazywane wyłącznie jej ciało, więc przestaje być postrzegana jako osoba. Sugestia, jaką otrzymuje widz, jest taka, że patrzy na obiekt seksualny. Oczywiście, nikt nie myśli świadomie o innych ludziach w kategorii przedmiotów, ale reklamy bazują na nieświadomym przetwarzaniu informacji. Ponadto ten schemat myślenia jest utrwalany i potwierdzany przez wiele innych komunikatów reklamowych o podobnym charakterze. Nie znaczy to, że wszyscy odbiorcy reklam postrzegają kobiety jako bezmyślne automaty. Za to wielu z nich ma przekonanie, że kobiece ciało to coś, co powinno być dla nich dostępne, bez uwzględnienia woli samej kobiety, bo przecież skoro panie z reklam są rozebrane i uśmiechają się sugestywnie, to dlaczego inaczej mieliby myśleć o nieznajomej w miniówie, cosplayerce czy dziewczynach tańczących na parkiecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za zwrócenie uwagi na ciekawy aspekt problemu! Powstaje pytanie, czemu Leeloo i wiele innych bohaterek fantastycznych (Lara Croft chociażby) występują w skąpych strojach, czy aby nie po to, żeby być cukierkiem dla męskich oczu? Mnie, przyznam, troszeczkę drażni w tym momencie podwójny standard (tak to odbieram), że skąpy ubiór heroiny fantastycznej jest dopuszczalny, o ile to postać z imieniem, charakterem i tak dalej, ale wykorzystanie anonimowej postaci kobiecej w reklamie już nie. Jeśli już, prędzej bym optowała za tym, żeby ubrać Leeloo. A reakcja widzów wielokrotnie epatowanych nagością to jeszcze inna sprawa, bo nie wiem, czy do pewnego stopnia nie jest tak, że widz wielokrotnie bombardowany obrazami rozebranych kobiet - i tych w filmach, i tych w reklamach - obojętnieje. W Nowej Gwinei tubylki przez stulecia chodziły z gołymi piersiami, było to społecznie w pełni akceptowane jako norma i mężczyźni po prostu nie traktowali tych piersi jako bodźca seksualnego, do dziś podobno śmieją się, że Europejczycy ze swoim fetyszem na punkcie biustów są jak niemowlaki.

      Usuń
    2. Oczywiście masz rację - stroje bohaterek (nie tylko fantastycznych) są często kreowane z myślą o tzw. "męskim spojrzeniu". I jeśli mam być szczera, to reklama Pyrkonu z Leeloo nie podoba mi się również, z dokładnie tych powodów, które opisałaś. Natomiast wciąż uważam, że plakat z Leeloo cechuje się mniejszą szkodliwością społeczną niż spot z wanną, bo zawiera mniej seksistowskich elementów: wspomniane już skojarzenia z postacią i jej bojową, nieseksualną pozę (w porównaniu do braku cech indywidualnych i striptizu w spocie).
      Co do zobojętnienia: z jednej strony, zachodzi, w sensie, przy każdej kolejnej seksistowskiej reklamie reakcja emocjonalna na nią może być faktycznie słabsza. Natomiast komunikat o roli kobiet jako obiektów seksualnych, na płaszczyźnie poznawczej i, powiedzmy, "racjonalnej" - tylko się utrwala. (Jeśli byłabyś tym zainteresowana - na yt jest ciekawa kolekcja krótkich, trwających po kilka minut wykładów, pod wspólnym tytułem "Killing us softly", w których analizowane są reklamy z ostatnich 30-40 lat.)

      Usuń
    3. Dzięki, nie kojarzę, ale chętnie się zapoznam. Co się tyczy komunikatu "kobieta jako obiekt seksualny" przekazywanego przez reklamy, nie do końca przemawia do mnie związek przyczynowo-skutkowy: czy można realnie i wiarygodnie zbadać, w jaki sposób te konkretne reklamy wpływają na światopogląd odbiorców? Jest trochę reklam z rozebranymi facetami i nigdy bym nie wpadła na to, że pod ich wpływem mogę zacząć inaczej postrzegać mężczyzn ;) Zawsze miałam wrażenie, że ciała pokazywane w reklamach, niezależnie od stopnia rozebrania, są tak naprawdę aseksualne, bo nienaturalnie gładkie, idealne i "wyczyszczone" z cech charakterystycznych. BTW bardzo mi się podoba słynna kontrowersyjna reklama Dove z normalnymi dziewczynami w białej bieliźnie.

      Usuń
    4. Może jeszcze uściślę: widząc hipotetyczną reklamę, gdzie występuje konkretna sytuacja męsko-damska i kobieta (niekoniecznie rozebrana) zostaje potraktowana przedmiotowo, byłabym oburzona, natomiast samo pokazywanie anonimowego, rozebranego kobiecego ciała ma dla mnie zupełnie inny ciężar gatunkowy. Anonimowe ciało traktuję jako neutralny ozdobnik do reklamy, co najwyżej może mnie drażnić nieśmiertelne lansowanie przez media ideału lekko plastikowej atrakcyjności. Bardzo możliwe, że jest to postawa "ideologicznie niesłuszna" ;)

      Usuń
  4. Dziękuje, dziękuje, dziękuje za rozsądny głos w dyskusji! Boję się, że długofalowym efektem całej afery będzie zakaz wyzywających strojów na konwentach albo zakaz mówienia o seksie i erotyce. Bo tak to się zawsze kończy, że końcowy efekt oburzenia / wzmożenia moralnego jest z dupy wzięty, niezwiązany z pierwotnym problemem i utrudniający wszystkim życie :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Argument "mnie się nie zdarzyło, więc problem nie istnieje" jest zasadniczo słaby. Tu notka (wygląda lakonicznie, ale to dlatego, że jest podzielona na strony, trzeba klikać kolejne cyfry) dziewczyny, którą wesoły konwentowicz złapał za biust:
    http://nerdkobieta.blog.pl/plakalam-przed-glownym-wejsciem-o-molestowaniu-na-konwentach/

    pozdrawiam
    Achika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie napisałam, że problem nie istnieje. Delikatnie wyraziłam opinię, że nie jest na tyle nagminny, żeby zasługiwać na miano "plagi konwentów".

      Usuń
  6. Bardzo rozsądny głos.
    Mnie się ta reklama nie spodobała, za to Delein cudna jest. Nigdy nie miałam problemu, ale idiota może sie zdarzyć.A bogów pamiętam,fajne było,z pomysłem.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń