2014-05-29

Po dłuższej przerwie... (znowu)


Po dłuższej przerwie od blogowania uprzejmie donoszę, że żyję! Zaniedbałam bloga, bo mając teraz niewiele pracy tłumaczeniowej, mocno się sprężam i piszę powieść, a równolegle na własne życzenie zafundowałam sobie czasochłonne zajęcia na polu pozaliterackim. Jakoś tak wychodzi, że zawsze, gdy mam trochę więcej czasu, to tak się zakręcę, aby błyskawicznie znowu go nie mieć. Ale generalnie wszystko jest ok, a powieść nabiera coraz konkretniejszych kształtów. Tym razem jest to tekst niezwiązany z uniwersum Krzyczącego w Ciemności. Dzieje się współcześnie w naszym świecie i oscyluje w nieco podobnej stylistyce jak opowiadanie Rytuał piasku ze zbiorku Po stronie mroku. Początkowo to miało być 100% fantastyki w fantastyce, troszkę w klimatach Latającego zamku Hauru, ale ku mojemu zdziwieniu, w trakcie pisania coraz bardziej rozrastają mi się wątki obyczajowe. Główna bohaterka mieszka w Lublinie, słucha metalu, jest osobą o dosyć negatywnym podejściu do rzeczywistości i 90% odbiorców pewnie automatycznie założy, że to moje alter ego, ale nie. 

Co poza tym... W Esensji ukazało się opowiadanie debiutanta Michała Pięty, zatytułowane Portret Anny Hals. Tradycyjnie polecam. Tekst jest zainspirowany obrazami malarzy niderlandzkich, zwłaszcza Vermeera van Delft. Lekko psychodelicznie zilustrował go Sebastian Wójcik.


<!-->



A z klimatów muzycznych - przyjaciółka jakiś czas temu podrzuciła mi link do zabawnej piosenki z jeszcze zabawniejszym teledyskiem: westernowa historia o duchach śpiewana przez teksańską kapelę Ghoultown. Trochę mi się kojarzy z utworami Nicka Cave z albumu Murder Ballads. Tekst piosenki opowiada o delikwencie nazwiskiem Stanton Cree, który zastrzelił jakiegoś nieszczęsnego człowieka, aby mu ukraść piwo, za co zawisł na szubienicy, a po śmierci krąży po okolicznych barach i wyzywa przypadkowo spotkane osoby na pojedynek (do wyboru - albo pojedynek w piciu, albo tradycyjny, na rewolwery). Tym razem padło na narratora, który musi się z wrednym duchem zmierzyć i wybiera wariant alkoholowy zamiast strzelanego.





Historia kończy się tak:

 There aint' no fancy moral to go with this, I fear
Unless you aim to kill a man, and drink down his last beer!

Prawda, że słodkie? A tak wygląda kapela. Wokalista, Count Lyle, pierwszy z prawej. Jak widać - teksańscy goto-countro-punkowcy nie stronią od makijażu!







6 komentarzy:

  1. Jakoś tak wychodzi, że zawsze, gdy mam trochę więcej czasu, to tak się zakręcę, aby błyskawicznie znowu go nie mieć. Kogo robota kocha?
    Rytuał piasku był bardzo klimatyczny.To czekam na opowiadanie.
    Teledysk jest odlotowy!
    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie robota :) Kurs nauki jazdy. Zmotywowana przykładem znajomej, zebrałam się w sobie i podjęłam walkę o prawko (przez lata sądziłam, że nawet nie ma co próbować, bo i tak nie wyjdzie). Zobaczymy, co z tego wyniknie - na razie początki są trudne :)

      Usuń
  2. Oooo,szacun!!!!! Powodzenia.
    O,coś dla Ciebie,ale pewnie już o tym słyszałaś
    http://nt.interia.pl/raport-medycyna-przyszlosci/medycyna/news-dziecko-z-8-konczynami-niezwykly-przypadek-medyczny-czy-wcie,nId,1433386

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kojarzę zjawisko pasożytniczych bliźniąt, ale akurat o tym przypadku nie słyszałam! Dzięki!

      Usuń
  3. Wspominałaś wcześniej, że chcesz pisać science fiction „bliskiego zasięgu” (w sensie czasu akcji;-)). Zarzuciłaś pomysł, czy czeka gdzieś w jakimś inkubatorze? ;-) Jakoś ostatnimi czasy brakuje dobrych rzeczy science fiction (dla mnie dobre to takie gdzie mimo wszystko jest równowaga między science a fiction - ostatnimi czasy to Watts na przykład).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tamten tekst strasznie ciężko mi się pisał, nie byłam do niego przekonana, i odłożyłam go na niesprecyzowane "później".

      Usuń