2014-07-05

Sammet (ale nie Tobias) w łazience, czyli epopeja kocia



Oto obiecany koci wpis. Ostrzegam - będzie długi.

Wszystko zaczęło się w niedzielę 29 kwietnia. Przed wieczorem wyszliśmy z mężem na spacer, a kiedy wracaliśmy, przy ulicy Skowronkowej (tereny podmiejskie, droga gruntowa) zauważyłam burego kociaka wspinającego się na wierzbę. Maluch tak dzielnie lazł do góry, że podeszłam, aby mu pokibicować, i zauważyłam, że jest okropnie zakatarzony, z kaprawymi oczami. Kichając i prychając wspiął się na dość konkretną wysokość, siadł i zaczął miauczeć. Chwilę później koło nas zatrzymała się młoda rowerzystka i we trójkę zaczęliśmy się zastanawiać, czy mały jest czyjś, czy bezdomny, oraz czy zejdzie sam z drzewa, czy też trzeba go ściągnąć. W końcu wlazłam na górę i zdjęłam go, ale postawiony na ziemi natychmiast zaczął się wspinać z powrotem. Wlazłam na wierzbę po raz drugi, ściągnęłam drania i podjęłam męską decyzję: nawet jeśli kociak jest czyjś, to jest chory, chudziutki i łazi luzem po poboczu drogi, więc... niech właściciel na przyszłość lepiej pilnuje swoich kotów. Zawinęłam nieszczęsnego zasmarkańca w bluzę i ruszyliśmy w powrotną drogę do domu. Po drodze mały był zadziwiająco grzeczny, tylko raz próbował mi się wyrwać i uciec, ale potem... zrezygnowany wtulił się w bluzę i najzwyczajniej w świecie usnął.





W domu wypuściliśmy znajdę w łazience, wstawiłam mu tam kuwetę, miseczki i zorganizowałam posłanie ze starych ręczników. Cały czas okropnie kichał, ale było widać, że jest ciekawski i nie boi się ludzi. Bez śladu strachu badał nowe otoczenie, po czym zwinął się na posłaniu i poszedł spać. Musiał być naprawdę cholernie szczęśliwy, że ma ciepło, sucho i pełny brzuszek, podczas gdy na dworze zaczęło padać (a ja byłam naprawdę szczęśliwa, że go zabrałam).

Noc minęła spokojnie. W deszczowy poniedziałkowy ranek musiałam wstać o piątej, bo kociak piszczał w łazience jak szalony. Nakarmiłam, wygłaskałam, sprzątnęłam kuwetę. Przez cały dzień podsuwałam zasmarkańcowi pod nos smaczne kąski w małych porcjach – mokra karma, twarożek, gotowana rybka – pochłaniał wszystko i miauczał o więcej. Padło pytanie „to jak go nazwiesz?” Stwierdziłam, że ponieważ to drobny, ale przystojny chłopak o nieprzeciętnych zdolnościach wokalnych (miauczy śpiewnie i wysoko), a przy tym jest obłędnie wesoły i towarzyski, decyzja może być tylko jedna – mały dostał na imię Sammet!





Późnym popołudniem pojechaliśmy do kliniki weterynaryjnej, gdzie miłe panie wetki powitały Sammeta słowami: Cześć, szczęściarzu! Żwawy, wścibski, w gabinecie nie bał się nic a nic – gdyby mu pozwolić, od razu ruszyłby na zwiad (Ofelia zabrana po raz pierwszy do weterynarza, gdy była kociakiem, rozpłaszczyła się na stole i zjeżyła jak szczotka). Diagnoza – mały jest okropnie niedożywiony, ma koci katar jak jasna cholera, zaropiałe oczy, uszy brudne, ale bez widocznego pod mikroskopem świerzbowca, plus podejrzenie grzybicy (dwie łysinki za uszami). O dziwo futerko czyste, bez pcheł. 5 dni antybiotyku w zastrzykach, gentamycyna w kroplach do oczu, doustnie środki poprawiające odporność, Lakcid osłonowo, Clotrimazol, posiew w kierunku grzybicy i wskazanie, żeby kwarantanna łazienkowa trwała... około dwóch tygodni, aby mieć pewność, że Ofelia niczym się od drania nie zarazi. Wiek Sammeta został oszacowany na ok. 12 tygodni, przy czym tak naprawdę pewności nie ma – jest tak zagłodzony, że trudno to ocenić. Czyli na 99% bezdomne kocie dziecko i raczej nie przeżyłby kolejnej doby na dworze, zważywszy na ulewne deszcze.

Kiedy jedna pani weterynarz wypisywała receptę w poczekalni, druga wzięła małego na ręce. Do tej pory zachowywał się grzecznie, ale kiedy drukarka nisko zabuczała i zaczęła drukować, Sammet nagle zamarł, wytrzeszczył oczka, a później... dostał dzikiego ataku paniki. Ugryzł wetkę z całej siły w palec, wyrwał jej się i mieliśmy mrożącą krew w żyłach scenę pt. „trzy osoby łapią uciekającego kociaka w poczekalni, w której siedzą dwie osoby z psami na smyczach, w tym wielką suką rasy amstaff”.




Po powrocie do domu mogłam się naocznie przekonać, co to znaczy niedożywiony kot: Sammet żarłocznie pochłonął rybkę wzbogaconą o takie świństwa, jak Lakcid, Rutinoscorbin i Bioaron C. Dla porównania: Ofelia NIGDY nie zje karmy z lekarstwami, choćby miała nie jeść cały dzień. Zdarzało jej się wyjeść z miski całe mokre żarcie i zostawić tylko ten jeden jedyny kąsek, w którym ukryta była tabletka.

(Skoro mowa o Ofelii – bałam się, jak księżniczka zareaguje na obecność przybysza, ale ponieważ mamy teraz w domu remont, kocica generalnie przebywa na dworze i niespecjalnie się przejmuje tym, że w zamkniętej łazience coś miauczy – choć tyle dobrego.)

We wtorek Sammecik był w wyraźnie lepszej formie, mniej kichał i zaczął wariować, na przykład wspinał się do góry po mojej nogawce jak na drzewo. Poza tym zaczął MRUCZEĆ i okazało się, że robi to pięknie i głośno. W środę oczka prawie zupełnie wróciły do normy. Wcześniej sądziłam, że mały jest wesoły i żwawy, teraz stał się po prostu wulkanem energii i próbuje roznieść łazienkę w posadach. Okazało się, że ma zacięcie alpinistyczne - z rozbiegu wskakuje na człowieka, błyskawicznie wspina się po ubraniu na ramię, siada tam i zaczyna mruczeć. 





W czwartek, ponieważ Sammet nadal ma brzydką brązową wydzielinę w uszach, został u weta potraktowany pieniącym się płynem. Strasznie się wściekł i w drodze powrotnej do domu pokazał pełnię swoich możliwości wokalnych - takich żałosnych śpiewów w transporterku nie słyszałam nigdy wcześniej... Codziennie rano i wieczorem mam mu zakraplać krople do uszu i za każdym razem jest protest, na szczęście tylko w postaci wyrywania się i miauczenia (Ofelia by mnie już dziesięć razy pogryzła).

W piątek mały dostał ostatni zastrzyk antybiotyku. Oczka ma już czyste, błyszczące i zdaje się, że przez tych pięć dni wyładniało mu futerko. Panie wetki podsumowały, że w porównaniu z poniedziałkiem "to nie ten kot" i że będzie z niego "cudny szkodnik". Szkodnik na pewno, bo rozsadza go energia. To ten typ kota, który wlezie absolutnie wszędzie, musi zwiedzić każdy kąt, wszystko wywlecze i poszarpie, a mnie już pogryzł i podrapał z miłości od stóp do głów - poluje na stopy, palce, pierścionki, okulary i koński ogon. W poniedziałek dostaniemy wyniki posiewu w kierunku grzybicy, za siedem dni kontrola stanu dróg oddechowych, jak wszystko będzie dobrze, to chłopaka czeka odrobaczenie, a później szczepienie.

Niestety, najprawdopodobniej nie będzie mógł u nas zostać na stałe, bo jeden z domowników jest alergikiem. Na wysterylizowaną Ofelię reaguje słabo, ale na Sammecika już znacznie mocniej. Żałuję bardzo, bo to przeuroczy łobuz. Jak go wyleczymy, odrobaczymy i zaszczepimy, będziemy szukać dobrego, zaufanego domu.






4 komentarze:

  1. Piękna historia :-)
    Skąd ja to znam! Moja Klara (jest w jednym z moich awatarów, czyta książki na półce;-)) to znaleziony w lesie kociak (tak na oko miała 10 tygodni). Reszta bardzo podobna.
    No a drukarka, odkurzacz i elektronarzędzia to zestaw odwiecznych wrogów. Drukarce się co prawda odgryza, ale nie jest to specjalnie śmieszne, dla wydrukowanych kartek ;-)
    Plus kryjówka w wersalce :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, skąd ja to znam - Ofelia boi się odkurzacza i też ma kryjówkę w wersalce xD

      Usuń
  2. Jesteś kochana,że go wzięłaś.Śliczny kotek,mam nadzieję,że znajdzie dom.
    Ja mam doświadczenia w mniejszych formach - chomik z zapaleniem spojówek,wtulający się w rękaw,by uniknąć zakraplania oczek -masakra...
    Fajne z imieniem!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powstała nadzieja, że może Sammet jednak zostanie u nas, bo zaostrzenie alergii może być spowodowane remontem (kurz wszędzie), a nie kotem. Pozostaje stwierdzić, jak mały będzie się dogadywał z Ofelią po wypuszczeniu z kwarantanny łazienkowej i czy nie zdemoluje nam doszczętnie domu. Ja oczywiście wolałabym go zatrzymać niż oddawać, no ale nic, zobaczymy :)

      Usuń