2014-08-18

Chmury, góry, kozice i kapuśniak, czyli Tatry 2014


Miałam pisać relację z Avangardy, ale ciągle nie mam do tego głowy, bo jestem w Tatrach po raz pierwszy po jedenastoletniej przerwie - tak więc dziś będzie wpis nie o Avangardzie, tylko o górach. 

Wybraliśmy z mężem Słowację, bo tu mniej jest "stonki" turystycznej (hałaśliwe rzesze pseudoturystów, które z Zakopanego ciągną nad Morskie Oko i na Giewont) oraz dlatego, że o ile polską część Tatr znam bardzo dobrze, o tyle po słowackich szlakach nie chodziłam nigdy. Nocujemy w Szczyrbie, kwatera jest na piątym piętrze w bloku mieszkalnym - malutka Szczyrba wygląda zdecydowanie bardziej miejsko niż wiejsko. W porównaniu z polską stroną Tatr zupełnie nie ma tu atmosfery "góralskości", za to jest czyściutko i spokojnie. Codziennie podjeżdżamy hałaśliwą kolejką zębatą do nieco większej miejscowości Szczyrbskie Jezioro (po słowacku Štrbské Pleso), położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. 

W Szczyrbskim Jeziorze czy też Plesie znajduje się kilka bardzo luksusowych hoteli, sporo lokali gastronomicznych (jeden nawet straszy szyldem reklamującym "menu XXL", inny sprzedaje jedzenie na wagę - 1,20 euro za 100 g) oraz sklepów z ekwipunkiem górskim. Wszędzie roi się międzynarodowy tłum turystów (dominują Słowacy, Polacy, Niemcy i Węgrzy, ale widzieliśmy też Brytyjczyków, Hiszpanów i Azjatów), w większości przyodzianych w firmową turystyczną odzież górską w jaskrawych kolorach i wyposażonych w kijki teleskopowe bądź kijki do nordic walkingu. Oni wyglądają profesjonalnie, za to my w naszych podniszczonych bawełnianych ubraniach - trochę jak oberwańcy, zwłaszcza Jerzy, którego dyżurne bojówki wycieczkowe są tak spłowiałe, że ich granat zmienił się w niejednolicie szarawy fiolecik. (Ja dla równowagi mam spłowiałą kurtkę, więc ładnie do siebie pasujemy.) Pogoda nas nie rozpieszcza - ciągle albo pada, albo wieje, albo i pada, i wieje. Pakując się na wyjazd, nie zabrałam grubego polara ani rękawiczek (przez jedenaście lat zdążyłam zapomnieć, jak zimno bywa w Tatrach nawet w sierpniu) i to był błąd, którego następnym razem już nie powtórzę.

Pierwszego dnia, ponieważ prognozy zapowiadały dużo deszczu, pokręciliśmy się tylko po Szczyrbskim Jeziorze i okolicach: obeszliśmy naokoło jezioro (ładne), poczytaliśmy tablice informacyjne (jest tam m.in. krótka biografia słowackiej poetki Maszy Halamovej), podeszliśmy kawałeczek jednym szlakiem, drugim szlakiem... Deszcz to padał, to przestawał, po południu definitywnie się rozpogodziło, aż żałowałam, że nie poszliśmy nigdzie wyżej. Nazajutrz pełni optymizmu, bo pogoda wg prognoz miała być nieco lepsza, ruszyliśmy w górę Doliny Młynickiej. Deszcz rozpadał się szybko i tym razem nie raczył ustać - kiedy doszliśmy do wodospadu Skok (bardzo ładny, Niemcy ponoć nazywają go Schleierwasserfall, bo przypomina białą kurtynę z wody), padało już całkiem solidnie. Ku mojej konsternacji wśród turystów w kurtkach i pelerynach przeciwdeszczowych dostrzegłam jednego człowieka, który szedł w koszulce z krótkim rękawem, bez parasola, bez nakrycia głowy i nawet nie wyglądał na zmarzniętego. Twardziel!

 Minąwszy wodospad, zaczęliśmy się wspinać wyżej, w kierunku progu skalnego - jest tam kilka miejsc, gdzie zainstalowano łańcuchy, żeby ułatwić przejście po skałach. W końcu doszliśmy do wniosku, że jednak wypada zawrócić (nikt poza nami nie był tak głupi, żeby się tam pakować przy tej pogodzie), no i stanęliśmy przed problemem, bo trzeba było zejść z powrotem po tych cholernych łańcuchach. Leje, woda płynie ciurkiem po skale, ręce marzną, deszcz spływa z peleryny na spodnie i buty, coś trzeba zrobić z mokrym parasolem, żeby mieć wolne obie dłonie... Po jaką cholerę myśmy tu wleźli? - zapytałam retorycznie, po czym przeszłam przez najgorszy kawałek trasy w szybkim tempie, ale zaliczając parę razy bliski kontakt czterech liter z mokrą skałą. Jerzy schodził ostrożniej, więc mniej zmókł. Potem - dłużące się niemiłosiernie zejście, cały czas w rzęsistym deszczu. Moje buty trzymały się dzielnie, ale gdzieś w połowie długości trasy dały za wygraną i zamokły. Wróciliśmy do Szczyrbskiego Jeziora jak dwa wymokłe szczury (no dobrze, ubrania mieliśmy w zasadzie suche, ale skarpety mokre i duchowo byliśmy zmoknięci), schowaliśmy się w ciepłej poczekalni dworcowej, trochę podeschliśmy przed przyjazdem kolejki. Bilans dnia: kilometrów zrobiliśmy niewiele, ale za to dostaliśmy Wasserkur (kurację wodną) jak się patrzy.

Trzeciego dnia pogoda się poprawiła, choć nadal było pochmurno (góry otulone do połowy szarawymi chmurami jak watą). Byliśmy ambitni i powędrowaliśmy na Koprowy Wierch (2367 m). Podczas podejścia od Wielkiego Stawu Hińczowego aż do Wyżniej Koprowej Przełęczy wiało niemiłosiernie, potem przestało. Wejście na Koprowy jest dość mozolne, strome, ale bez łańcuchów. Ze szczytu widać m.in. Cubrynę, Mięguszowieckie, Rysy i Wysoką, wypatrzyłam nawet - po drugiej stronie grani, znacznie niżej - znajome jasne zygzaki żółtego szlaku na Szpiglasową Przełęcz w ciemnej kosodrzewinie (jeden z moich ulubionych tatrzańskich szlaków). Schodząc zobaczyliśmy w oddali na południowym wschodzie wielką ciemną chmurę, która pełzła w naszą stronę, i zastanawialiśmy się, czy już za moment nie będziemy wędrować w ulewie, ale nie - góry okazały się łaskawe, bo wręcz poświeciło nam przez chwilę słońce. Po zejściu - zmęczeni i głodni, bo schodziliśmy tylko z jednym krótkim postojem, w ogóle mało odpoczywaliśmy na tej wycieczce - pożywiliśmy się w schronisku nad Popradzkim Stawem. Mnie dostał się kapuśniak, po słowacku bodajże kapustova, z bardzo kwaśnej kiszonej kapusty: gorący, mocno słony, z wkrojoną kiełbasą i suszonymi borowikami. Deszcz lunął, kiedy jedliśmy; później wracaliśmy z parasolami przez las praktycznie pustym szlakiem, bo wszystkich innych turystów już wymiotło na dół. Przez deszczową pogodę wszędzie jest zatrzęsienie grzybów, królują zwłaszcza muchomory czerwone - śliczne i fotogeniczne.

Czwartego dnia prognoza pogody zapowiadała burze, więc nie pchaliśmy się w wysokie góry, tylko powędrowaliśmy tzw. magistralą tatrzańską (czerwony szlak) ze Szczyrbskiego Jeziora w kierunku miejsca, gdzie odchodzi od niej niebieski szlak na Krywań, i jeszcze dalej. Trasa bardzo lekka, z minimalną ilością podejść, z pięknymi widokami. Po drodze mija się urokliwe jeziorko wśród świerków, bardzo podobne do Smreczyńskiego Stawu po stronie polskiej. Wracaliśmy szlakiem zielonym, który biegnie równolegle do czerwonego, bardziej na południe. Wiał porywisty, chłodny wiatr, ale zapowiadane burze nie nadeszły, nie usłyszeliśmy nawet jednego grzmotu. Z obowiązkowych atrakcji trafił nam się oczywiście przelotny deszcz, bo jakżeby inaczej. Poza tym raz zgubiliśmy zielony szlak (ale udało się go ponownie odnaleźć po przejściu kilkuset metrów szosą), a już dochodząc do Szczyrbskiego Jeziora musieliśmy przejść przez tor przeszkód w postaci kilkunastu zwalonych świerków, leżących skosem nad ścieżką jeden za drugim. 

Dziś - wobec faktu, że prognozy nie zapowiadały deszczu - ambitnie ruszyliśmy na kolejną wyższą trasę. Poszliśmy znowu w górę Doliny Młynickiej, obok wodospadu Skok, i jeszcze wyżej - przez trzy w sumie progi skalne, za którymi rozciągają się kotły polodowcowe, obok kilku jezior (Staw nad Skokiem, Capi Staw, Kolisty Staw i mniejsze stawki), na przełęcz zwaną Bystra Ławka (2300 m). Łańcuchy są powyżej wodospadu oraz na górze, przy samej przełęczy. Trasa pod względem trudności chyba trochę łatwiejsza niż wyjście na Zawrat od strony Hali Gąsienicowej, ale dłuższa. Bardzo malownicza, zwłaszcza w najwyższych partiach - dziki i surowy krajobraz wysokogórski, jak wzięty z książek F.W. Kresa o Grombelardzie. Mnóstwo osypisk głazów, mało trawy, wszędzie wkoło granit pokryty seledynowymi i cytrynowymi plamami porostów. Na zboczu poniżej progu, za którym znajduje się Capi Staw, w miejscu, gdzie było trochę płatów roślinności, wypatrzyliśmy kozice - dwie grupki, łącznie około dziesięciu sztuk. Pasły się obrócone tyłem, nic sobie nie robiąc z turystów, który je fotografowali z dołu. Z Bystrej Ławki zeszliśmy do Szczyrbskiego Jeziora doliną o wdzięcznej nazwie: Dolina Furkotna. Teraz zastanawiamy się, czy jutro ruszyć na Rysy, czy na Krywań, czy raczej odpuścić sobie i pójść na jakiś łatwiejszy szlak (ale raczej tego nie zrobimy, bo od wtorku pogoda znów ma się psuć). 

Jerzy robi na szlakach mnóstwo zdjęć, ale na razie nie ma możliwości ich zgrać z aparatu, bo kabelek został w domu... Tak więc zdjęcia pojawią się na blogu, jak już wrócimy do Lublina. Tymczasem linkuję piosenkę zespołu Ankh, która zawsze kojarzyła mi się z Tatrami.






2 komentarze:

  1. "Mnie dostał się kapuśniak"
    To brzmi, jakby te potrawy przydzielano losowo...

    Achika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, element zaskoczenia poniekąd był :) Dostał mi się taki, a nie inny kapuśniak: z wyprzedzeniem nie wiedziałam, jaki będzie, a okazał się trochę inny niż się spodziewałam (bardzo słony, kwaśny i kapuściany).

      Usuń