2014-08-02

Sierpniowo i kocio


Na dworze upały, a ja męczę powieść... Dokładniej - jest to układ dwustronny: ja męczę powieść, a powieść męczy mnie, rodząc się w bólach (choć przypuszczam, że lepiej w zaciszu domowym rodzić książkę niż na przykład kamień żółciowy). W ostatnich dniach skończyłam rozdział, kończę następny... i jeszcze gdzieś tak z 1/4 tekstu zostało do napisania. Przy bardzo pomyślnych wiatrach MOŻE udałoby mi się zamknąć sprawę do końca miesiąca... ale takie rzeczy to raczej tylko w Erze. Ten miesiąc szykuje mi się wyjazdowy: w dniach 7-9 sierpnia pojawię się na Avangardzie w Warszawie, potem wybywam na prawie dwa tygodnie w Tatry Słowackie, a pod sam koniec sierpnia czeka mnie trzydniowy wypad do Estonii. Z jednej strony fajnie, z drugiej - trochę męcząco (nie lubię przyjeżdżać do domu po to, żeby błyskawicznie się przepakować i wyjechać znowu). No nic, zobaczymy, jak to będzie.

A z wieści kocich - Sammecik wczoraj nieźle mnie wystraszył. Buszował po kuchni, patrząc, co by tu zbroić, i wywlókł sobie z kosza z suchą frakcją foliową torebkę, taką cienką, przezroczystą, w jakich przynosi się do domu bułki i warzywa. I ok, rozumiem, że koty lubią się bawić szeleszczącą folią - a nie powinny tego robić, bo połknięcie kawałka folii może się skończyć niedrożnością jelit. Wiem o tym, dlatego od razu ruszyłam, żeby mu odebrać tę "zabawkę". I wtedy zaczęły się atrakcje. Mały z niewiadomych względów (może szelest woreczka tak na niego podziałał?) dostał autentycznego napadu agresji: biegał tam i z powrotem ze zwiniętym woreczkiem w pysku, warcząc jak pies i strosząc ogon. W pierwszej chwili pomyślałam, że folia mu się zahaczyła o zęby, nierozsądnie spróbowałam interweniować gołymi rękami i... zarobiłam kilka krwawiących szram od pazurów. Żeby zmusić drania do oddania łupu, musiałam włożyć mocne skórzane rękawice, zanieść go wierzgającego i syczącego do łazienki, nadal z torebką w pysku, i wsadzić pod zimną wodę (wiem, że było to nieco brutalne rozwiązanie, ale kotu się krzywda nie stała - dzień był gorący). Tego samego dnia Sammet powtórzył numer z foliowym woreczkiem jeszcze cztery razy - oczywiście za każdym razem był to inny woreczek (po drugim incydencie wyjęliśmy wszystkie wyrzucone woreczki z suchej frakcji, więc nie pytajcie mnie, z jakich zakamarków je wyciągał, bo nie mam pojęcia). Za każdym razem przebieg wydarzeń był taki sam: z szeleszczącą torebką w paszczy łobuz momentalnie zmieniał się z kociego doktora Jekylla w warczącego i prychającego mistera Hyde. Nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy, co mają w sobie te nieszczęsne woreczki, że uruchamiają w kociej łepetynie program "CZŁOWIEK TWÓJ WRÓG".

Niestety Sammet i Ofelia nadal się nie dogadują. Ofelia ku mojemu zdumieniu zachowuje się tak, jakby panicznie bała się małego, mimo że przecież jest trzy razy mniejszy od niej - na jego widok głośno syczy i ucieka. Nadal przesiaduje całymi dniami w ogrodzie, trzeba jej tam wynosić jedzenie, bo w domu nie zje spokojnie, tylko przez cały czas ogląda się lękliwie, czy w drzwiach do kuchni nie pojawi się Sammecik. Jeśli do niej wyjdę na dwór - jest skłonna przełknąć swojego focha i przez chwilę się ze mną pobawić (jak widać na zdjęciu poniżej). Nie wiem, czy uda się jakoś przyzwyczaić potwory do siebie, na razie wygląda to niezbyt optymistycznie :(. Jeśli ktoś z czytających te słowa wie lepiej ode mnie, jak można oswoić ze sobą dwa koty, które nie wykazują najmniejszej chęci do kontaktów towarzyskich - niech doradzi, co począć z tym fantem.






Dwie damy na trawniku, w tym jedna w futrze.
 Fot. Jerzy Żuchowski

1 komentarz:

  1. Piękne zdjęcie! Tatry Słowackie - nawet nie masz pojęcia,jak Ci zazdroszczę...Będzie cudownie.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń