2014-09-17

Avangarda 2014 - spóźniona relacja


Bardzo sympatycznie wspominam edycje warszawskiej Avangardy z lat 2011 i 2012, odbywające się w budynku Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W roku 2013 zamiast Avangardy fantaści ze stolicy zorganizowali Polcon, ulokowany na kampusie Politechniki Warszawskiej, gdzie można urządzić imprezę o znacznie większej skali niż pozwalają gmachy SGGW. Mimo pewnych niedociągnięć organizacyjnych (sławetna kolejka do akredytacji) miejsce jako takie zdało egzamin, i tegoroczna - dziewiąta już - Avangarda (7-10 sierpnia 2014) również odbywała się w trzech budynkach Politechniki.

Wielkie festiwale fantastyczne, jak Pyrkon czy Falkon, kuszą jedyną w swoim rodzaju atmosferą barwnego, zgiełkliwego popkulturowego jarmarku: korowody cosplayerów w najdziwniejszych strojach, pokazy tańca orientalnego i capoeiry, fireshow, pojedynki na arenie... Avangarda była i pozostaje bardziej kameralnym konwentem "w starym stylu". Tegoroczny program obejmował przede wszystkim liczne prelekcje, w tym blok literacki (ulokowany w klimatyzowanych salach Wydziału Matematyki i Nauk Informacyjnych, gdzie można było wychłodzić się na śmierć), filmowy, Star Wars, Star Trek, tolkienowski i azjatycki oraz rozbudowany blok naukowy - Dni Nauki. Nie zabrakło też konkursów. W malowniczym hallu Gmachu Głównego Politechniki odbywały się Targi Popkultury - rozłożyli się tam wystawcy handlujący tym, co zwykle można na konwentach nabyć: książki, gry, koszulki, figurki, maskotki, wyroby skórzane, biżuteria... Last but not least - w budynku Wydziału Inżynierii Środowiska zlokalizowano atrakcje dla wszelkiej maści graczy: RPGi, LARPy, turnieje i planszówki. 

Konwent trwał od czwartku do niedzieli, ja spędziłam na nim jedynie piątek i sobotę. Wrażenia? Było kameralnie, miło i... pustawo, do czego pewnie przyczynił się fakt, że Avangarda pierwotnie miała się odbywać w innym - lipcowym - terminie. Atmosfera zupełnie inna niż na zeszłorocznym Polconie, gdzie na korytarzach panował tłok i gwar, a sale prelekcyjne pękały w szwach. Autorów, i generalnie gości spoza Warszawy, przyjechało niewielu. Na te spośród Avangardowych atrakcji, które odbywały się w Gmachu Głównym Politechniki - wszystkie wykłady w ramach Dni Nauki oraz Targi Popkultury - wstęp był darmowy, w związku z czym liczba wykupionych akredytacji nie pokrywa się z tym, ile osób faktycznie zjawiło się na konwencie. Niemniej, na korytarzach i w salach często panowały pustki, a wystawcy narzekali w kuluarach na niską frekwencję.

Z punktu widzenia konwentowiczów Politechnika Warszawska ma sporo zalet - prestiżowe miejsce, łatwy dojazd, ładne wnętrza, dużo przestrzeni... Właściwie jedyną wadą tej lokalizacji jest to, że poszczególne punkty programu odbywają się niekiedy w dość oddalonych od siebie budynkach i salach. Niestety organizatorzy Avangardy nie pomyśleli o umieszczeniu na dworze kartek ze strzałkami (kartki takie znajdowały się tylko w korytarzach Gmachu Głównego), przez co można było stracić trochę czasu, błądząc pomiędzy gmachami. Zwłaszcza osoby, które pamiętały, gdzie umiejscowiono poszczególne bloki programowe podczas zeszłorocznego Polconu, doznawały lekkiego szoku poznawczego, jeśli nie przestudiowały wystarczająco uważnie mapki w informatorze. Przemieszczanie się pomiędzy salami również zajmowało sporo czasu, na czym prawdopodobnie ucierpiała frekwencja na prelekcjach bloku literackiego i naukowego.

Z tych wykładów, których miałam okazję posłuchać, zdecydowanie najciekawsze były prelekcje Michała "Idrila" Studniarka oraz jego żony. Anna "Delilah" Studniarek opowiadała o życiu przestępczym w XIX-wiecznej Warszawie, gdzie sytuacja mieszkaniowa była fatalna, ale za to kwitła prostytucja, w najlepsze grasowali złodzieje i oszuści, a policja carska przymykała oko na ich działalność. Idril z kolei mówił o tzw. robinsonach warszawskich - ludziach, którzy po upadku Powstania Warszawskiego uniknęli rozstrzelania bądź wywiezienia i ukrywali się w ruinach, znosząc głód, zimno i stale ryzykując, że wpadną w ręce Niemców (najbardziej znanym przykładem robinsona jest oczywiście bohater filmu Romana Polańskiego, pianista Władysław Szpilman).

Bardzo niewiele osób słuchało odbywającej się w sobotę przed południem, aż czterogodzinnej prelekcji o musicalach (no cóż, temat jest mocno hermetyczny). Ja wysiedziałam na niej tylko nieco ponad godzinę, bo w klimatyzowanej sali było wściekle zimno, ale zdążyłam się dowiedzieć o istnieniu niesamowitego musicalu "Elisabeth" w reżyserii Michaela Kunze. To musical o życiu cesarzowej Sissi zrealizowany w konwencji gotyckiej (mnie osobiście kojarzy się trochę z komiksami o Sandmanie, a od strony muzycznej - z twórczością zespołu Lacrimosa). Niezawodny You Tube zawiera całość inscenizacji wiedeńskiej z 2004 r. (jeśli dobrze zapamiętałam to, co mówił prelegent, ten musical wygląda inaczej w zależności od tego, w jakim kraju i mieście jest wystawiany, przy czym zmiany nie dotyczą tylko kostiumów itp., ale również fabuły).



Moja prelekcja o truciznach i trucicielach, choć głosiłam ją wcześniej na kilku konwentach, po raz kolejny wzbudziła zainteresowanie (mam nadzieję, że nikt nie planuje wykorzystać uzyskanych informacji w niecny i sprzeczny z prawem sposób). Wraz z Anią Kańtoch poprowadziłyśmy też dwuczęściowe warsztaty literackie, na które przyszło całkiem sporo osób. Testowałyśmy inną formułę warsztatów niż na ubiegłorocznym Falkonie i powiem szczerze - nie powtórzymy jej, formuła z Falkonu wypadła lepiej. Później, w czasie dyżuru autorskiego, porozmawiałyśmy jeszcze z tymi uczestnikami warsztatów, którzy mieli ochotę podyskutować w bardziej kameralnych warunkach. Na toruński Copernicon szykujemy warsztaty w nieco innej formie - zobaczymy, jaki będzie efekt.

Z moich wrażeń to chyba tyle - a oto jeszcze kilka zdjęć z imprezy. Na Avangardzie widziałam bardzo niewiele osób w przebraniach, ale jedną z nich był Dwie Twarze:




W holu gmachu Wydziału Matematyki i Nauki Informacyjnych znajdowało się stoisko promujące lubelski Falkon:





Pokazów było w programie niewiele, ja miałam okazję oglądać tylko pokaz szermierczy - fachowo przeprowadzony i efektowny. Tutaj szermierze już kłaniają się publiczności:





Szermierz, który legł na placu boju:





Adam Rotter i Karolina "Nem" Cisowska rozpoczęli prelekcję o monstrum Frankensteina od narysowania kredą na tablicy kilku karykatur:






Oferta stoisk handlowych obejmowała między innymi - standardowo - koszulki...





...ręcznie robione bransoletki (w moich chromosomach X chyba brakuje jakichś kluczowych genów, bo zupełnie nie pociąga mnie noszenie takiej biżuterii, ale lubię jej robić zdjęcia):





...oraz mnóstwo szydełkowanych zwierzaczków:





I na koniec - pluszowe Zło w kratkę, czyli nieśmiertelne maskotki Cthulhu. Fhtagn!




Zdjęcia: Agnieszka Hałas

2 komentarze:

  1. Mnie też się podobało! Śliczne zdjęcie z Anią. Ja leciałam z wywieszonym językiem na Twoją prelekcję, ale zdążyłam na połowę.Może na Kopernikonie dosłucham?

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, dotarcie punktualnie na prelekcje bywało na Avangardzie problematyczne, ja też miałam kłopot ze zdążeniem na niektóre punkty programu (a inne musiałam sobie odpuścić, żeby się nie spóźnić na własne).

      Usuń