2014-10-04

Kot na modrzewiu, czyli wielka wspinaczka małego Sammeta


Wczoraj po południu Sammet uciekł na dwór. Uznałam, że nie ma sensu go łapać, trzeba poczekać, aż zgłodnieje i sam wróci. (Generalnie nie wypuszczamy go, kiedy Ofelia jest na dworze, żeby się nie stresowały wzajemnie.) Po zmroku wyszłam z miseczką pełną jedzenia i zawołałam: Sammet, Sammet! Odpowiedziało mi przeraźliwe, żałosne miauczenie. Ponieważ dobiegało z dziwnie wysoka, szybko się domyśliłam, co jest grane. Wróciłam po latarkę, poświeciłam w górę i... daleeeko nad sobą zobaczyłam błyszczące kocie źrenice.

Przed naszym domem rośnie wysoki, strzelisty modrzew. Sammet wlazł na niego - nie na wysokość parteru czy pierwszego piętra, ale na co najmniej dziesięć metrów w górę - i utknął, bojąc się zejść. Siedział i miauczał tak, że serce się krajało. Wołaliśmy do niego, kicialiśmy, zachęcaliśmy, żeby schodził, oświetlaliśmy mu latarką drogę, skrobaliśmy kijem po pniu, żeby go zwabić - rozmiauczał się tylko jeszcze głośniej, łaził po gałęziach, ale schodzić nie chciał. Postawiliśmy pod drzewem miseczkę z mokrą karmą w nadziei, że zapach go ściągnie na dół. Nic z tego. Zwabiliśmy Ofelię do domu i zamknęliśmy, bo powstało podejrzenie, że to ona pogoniła małego na drzewo. Ofelia zjadła kolację i rozłożyła się w salonie na baraniej skórze, zadowolona jak nigdy, że jej znienawidzony konkurent siedzi na modrzewiu i marznie.

W nocy jeszcze kilka razy wychodziłam z latarką przed dom i świeciłam w górę - Sammet siedział na gałęzi i przeraźliwie płakał. Mnie też, prawdę mówiąc, chciało się płakać: noc zimna, a kot głodny i przerażony. Miałam cichą nadzieję, że jak posiedzi kilka godzin i porządnie zmarznie, to w końcu zejdzie. Kiedy Ofelia była młoda, piękna i szczupła, łaziła po tym modrzewiu jak wiewiórka, straszyła ptaki i nigdy nie miała najmniejszych problemów z zejściem.

O świcie okazało się, że Sammet nadal siedzi na modrzewiu, nastroszony, zmarznięty, biedny, miauczy wniebogłosy i ani myśli schodzić. Przez noc wspiął się jeszcze wyżej, znalazł się dosłownie metr od czubka drzewa - powyżej poziomu dachu. Tymczasem z okolicy pozlatywały się kawki, wrony i inne ptaszyska, żeby krążyć wokół modrzewia, siadać na gałęziach i skrzeczeć na kota. Płoszyliśmy je klaskaniem.

Zadzwoniliśmy do kliniki weterynaryjnej z pytaniem, do kogo się zwrócić o pomoc, wychodząc z założenia, że strażacy mają na głowie poważniejsze sprawy niż kot na drzewie. Pani wet zasugerowała, że najlepsza będzie mimo wszystko straż pożarna. No dobrze - to dzwonimy. Strażak dyżurny wykazał się poczuciem humoru: "Gdyby pan powiedział, że PIES utknął na drzewie, to byśmy przyjechali na sygnale, ale do kota nie ma co się spieszyć, bo może sam zlezie. Jak nie zejdzie do obiadu, to przyjedziemy i go ściągniemy". Zadzwoniliśmy też do firmy wykonującej prace wysokościowe typu odśnieżanie czy malowanie dachów, ale powiedzieli, że oni kotów nie zdejmują.

No nic, trudna rada - czekamy. Kwadranse mijają, kot miauczy żałośnie, kawki skrzeczą. Tyle dobrego, że robi się coraz cieplej.

Około dziewiątej rano wreszcie nastąpił cud - Sammetowi trybiki kliknęły w łebku i uznał, że nie ma co dłużej płakać, trzeba działać. Wybrał technikę schodzenia głową do dołu jak wiewiórka - i zaczął złazić!!! Gałąź za gałęzią zlazł z samego wierzchołka modrzewia, dopingowany przez nas entuzjastycznym kicianiem. Przy najniższej gałęzi, skąd do ziemi jest jeszcze kawałek, wystraszył się, odwrócił i chciał włazić z powrotem na górę... ale ojciec czatował na ziemi, złapał drania za fraki i zdjął z pnia.

W domu łobuz przede wszystkim bardzo dokładnie wyczyścił futro, przerywając tylko po to, żeby zjeść podstawiony pod nos ciepły rosołek z mięskiem. Potem poprawił chrupkami, a teraz, zamiast iść odsypiać zarwaną noc... przeraźliwie miauczy pod drzwiami, żeby go wypuścić na dwór. Chyba korci go, żeby potrenować świeżo odkryte zdolności alpinistyczne.

Przyjaciółka (Ania "Cranberry" Nieznaj - niektórzy pewnie kojarzą ją z działu literackiego Esensji, inni z forum Latająca Holera), której na bieżąco relacjonowałam całą akcję w sms-ach, podsumowała ją limerykiem:

Jest w Lublinie kot zwany Sammet,
co na modrzew wlazł, podniósł lament.
Straż ogniowa marudzi,
nie chce im się dziś trudzić,
więc sam zszedł - i o co ten zamęt?

Niestety nie zrobiłam zdjęcia, jak Sammet złazi z modrzewia, bo nie miałam baterii w aparacie. Na YouTube znalazłam za to filmik, na którym kocica uczy kociątko schodzić z drzewa.





1 komentarz:

  1. Uroki zwierzyńca. Jak narzeczony siostrzenicy ściągał chomika z dachu, to było łatwiej...


    Chomik

    OdpowiedzUsuń