2014-11-01

O Halloween, Wszystkich Świętych i Śmierci w czerwonym płaszczu


 Jak co roku - znowu mamy kontrowersje wokół Halloween i dywagacje, czy uśmiechnięta dynia stanowi zagrożenie dla naszego życia duchowego, a przebieranie się dzieci za czarownice, wampiry i zombie grozi opętaniem. Nie żeby podobało mi się przeszczepianie na grunt polski popkulturowo przemielonego i zglobalizowanego Halloween - lateksowe maski goblinów, plastikowe wampirze kły i wściekle pomarańczowe lizaki budzą we mnie równie ciepłe uczucia, co hamburger z McDonalda albo hot dog (od strony ideologicznej nie mam nic przeciwko, ale walory smakowe mnie brzydzą). Tym niemniej, nieustająco śmieszy mnie, że ludzie prowadzący krucjatę przeciwko Halloween używają argumentów z gatunku  "satanizm, opętanie, koza i zgroza" a nie "popkulturowa papka, bleee". Bać można się ewentualnie tego, że jakiś psychopata postanowi poczęstować dzieci cukierkami z dodatkiem tłuczonego szkła albo trucizny na szczury (w USA krążą pogłoski o takich incydentach, chociaż Wikipedia twierdzi, że to wszystko urban legends). Śmieszy mnie też podwójny standard, bo usankcjonowane przez tradycję i Kościół odwiedzanie grobów na początku listopada ma swoje korzenie w naszych rodzimych, bynajmniej nie chrześcijańskich obrzędach zadusznych - kłaniają się "Dziady" Adama Mickiewicza.

No cóż - już chyba kiedyś podzieliłam się tu na blogu zwierzeniem, że dla mnie atmosfera cmentarzy w dniu Wszystkich Świętych, z morzem świeczek płonących na grobach, jest cudownie, mistycznie pogańska, nawet jeśli nie wynosimy już naszym zmarłym miodu, kaszy i kutii, jak nasi słowiańscy przodkowie, i nie ulewamy dla nich paru kropel wódki z kieliszka... A gdy piszę te słowa, w mojej lodówce spoczywa ładna, okrągła pomarańczowa dynia, której nie uznałam za stosowne zmarnować, rzeźbiąc w niej uśmiechniętą gębę, tylko przerobię ją na zupę z imbirem.

A pozostając w kręgu tematyki śmierci i przemijania, pozwalam sobie zakończyć ten wpis, prezentując dwa dzieła Jacka Malczewskiego, jednego z głównych przedstawicieli symbolizmu na przełomie XIX i XX wieku. Stosunkowo znany jest obraz pt. "Śmierć", pochodzący z roku 1902. Kobieta z kosą zamyka oczy staremu żebrakowi; w tle widać wiejskie chałupy. Przyznam, że wolę, kiedy Śmierć jest przedstawiana w postaci ludzkiej, niż jako szkielet (pratchettowski Śmierć jest całkiem sympatyczny, ale lubiłabym go jeszcze bardziej, gdyby nie był kościotrupem). Malczewski stworzył cały cykl obrazów pt. "Thanatos", na różne sposoby ukazujących motyw śmierci; na wszystkich widnieje ponętna ciemnowłosa kobieta ze skrzydłami, uzbrojona w kosę.




A oto mniej znany, starszy obraz z tegoż cyklu. Jest piękny majowy dzień, kwitną bzy, a Śmierć w płomiennoczerwonym płaszczu przyszła złożyć wizytę staremu człowiekowi w skromnym, drewnianym szlacheckim dworku. Pies na ganku kuli się na jej widok; nie wiemy, czy ją widzi, czy jedynie wyczuwa jej obecność.



Jacek Malczewski, "Thanatos" (1898-99)


Wyznam ze skruchą, że moje skojarzenia na widok tego dzieła są przyziemne. Zamiast zadumać się nad nietrwałością ludzkiego żywota, zastanawiam się, czy Śmierci nie marzną cztery litery i kim była pani, której pośladki zostały uwiecznione na obrazie.





10 komentarzy:

  1. Ja za to jak najbardziej rozumiem obawy katolików co do sprzeczności Halloween z wyznawaną przez nich wiarą, a nie mogę zrozumieć narzekania na "popkulturową papkę" - to właśnie w amerykańskich obchodach podoba mi się najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego popkulturowo przemielone celtyckie święto zmarłych miałoby być niebezpieczne dla wiary katolickiej, a pokłosie słowiańskich Dziadów nie? Amerykańscy protestanci pozwalają swoim pociechom przebierać się za straszydła, prosić o cukierki i nie upatrują w tym zagrożenia duchowego, mimo że bywają bardziej restrykcyjni od nas w innych kwestiach (np. w Idaho spotkałam się z podejściem, że slipki i bikini na basenie to strój nieobyczajny - obowiązują bokserki, a dla pań strój jednoczęściowy). Mnie się niezbyt podoba bezrefleksyjne przeszczepianie obcych tradycji na polski grunt (choć z drugiej strony - ubieranie choinki przyszło do nas z Niemiec), ale nie rozumiem strachu przed "szatańskimi" korzeniami Halloween.

      Usuń
  2. Mam podobne odczucia: może to nie jest za mądre, ale od zapalonych dyń i poprzebieranych dzieci kultura nie upada.Bez histerii.Wczoraj widziała mamę dwójki dzieci z parą czerwonych wideł było to całkiem zabawne.Nie zawsze musimy przysmęcać nad rocznica przegranego powstania.
    Znałam panią, która szła na cmentarz "Pić z ojcem".
    Obraz pierwszy znam,piękny.Drugi ok,też mnie pośladki tej pani uderzyły..

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie widziałam wczoraj żadnych przebierańców na osiedlu, może proboszcz zagroził całej parafii sankcjami i ludzie się bali :P

      Usuń
  3. Próby natrętnego zohydzenia czegoś, przynoszą zwykle skutek odwrotny. Także złą strategię obrali niektórzy księża, którzy strasząc niewinne duszyczki piekielnymi zastępami, raczej zachęcają do świętowania. Ale świętowanie halloweenu w Polsce szybko się przyjmie (a właściwie przyjęło) z prostego powodu: hodowcy dyń, producenci gumowych masek zombie i sztucznych wampirzych kłów, a także właściciele lokali urządzających grobowe party zawiązali spisek ;) Nie o diabła tu chodzi i jego knowania, a o kasę... Czyli w gruncie rzeczy możliwe że o to samo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tja, skoro może zarobić producent zniczy, to czemu nie firma wytwarzająca gumowe maski albo klub, gdzie odbywa się halloweenowa impreza. Ten sam mechanizm, co w przypadku Walentynek.

      Że dynie się u nas upowszechniły, to akurat dobrze. Smaczne warzywo.

      Usuń
  4. Samo Halloween nawet mi się podoba, tzn oczywiście nie plastik, ale ta atmosfera jesiennej nocy, kiedy opowiada się straszne historie. Zawsze na tą noc szykuję sobie jakiś dobry horror, albo książkę albo film i
    jest naprawdę świetny klimat do tego. Przedwczoraj oglądałem "Pontypool" i, chociaż to dobry film, to jednak nie straszny, więc nie trafiłem, ale odbiłem sobie to różnymi opowiadaniami (w tym dwoma Twoimi), i nocną wycieczką na groby powstańców głęboko w lesie, przez co halloween było udane. Dynia w pokoju też była do klimatu.
    Ale ad rem. Lubię bardzo Malczewskiego, ale w odróżnieniu od Ciebie cenię sobie bardzo wizerunek śmierci jako szkieletu/trupa, jakoś przemawia do mnie ten średniowieczny kanon. Lubię bardzo ten obraz: http://1.bp.blogspot.com/_tRlkydAczhE/TNWOhCDhwqI/AAAAAAAAABU/qfNTl3TOjyw/s1600/Baldung_three_ages-woman.jpg

    W "Thanatosie" z kolei niesamowite wrażenie robi na mnie ten przerażony pies, naprawdę mocne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pies podkulający ogon jest niezły.

      Gdy chodzi o Śmierć w postaci szkieletu, w tym roku podczas pobytu w Tallinnie oglądałam znajdujący się w kościele Św. Mikołaja "Taniec śmierci" namalowany przez średniowiecznego malarza - ładne ujęcie klasycznego motywu. Szkielety w całunach tańczą z papieżem, cesarzem, cesarzową, kardynałem i rycerzem. Tu można go obejrzeć i poczytać nieco o jego historii:

      http://www.dodedans.com/Eest.htm

      Usuń
    2. Oooo, mocne, w Tallinnie jeszcze nie byłem, ale jest już pierwszy powód żeby się tam wybrać.

      Usuń
    3. Naprawdę warto - jak na stolicę jest to niewielkie miasto, o dość kameralnej atmosferze, ale ma ciekawą starówkę podzieloną na dwie części - dolną oraz tzw. Górne Miasto (Toompea) położone na wzgórzu. Dużo ładnych kamieniczek, m.in. zachowane siedziby dawnych cechów i bractw kupieckich, fortyfikacje, zabytkowe kościoły i ratusz. Ja miałam na zwiedzanie tylko jeden dzień i nie byłam sama, więc zdołałam obejrzeć tylko część atrakcji. Mam nadzieję, że uda mi się tam jeszcze wrócić.

      Usuń