2015-01-01

Noworocznie: podsumowanie roku 2014 i plany na 2015


Wiem, że nie będę pod tym względem oryginalna, ale nie mogę uwierzyć, że dobiegł końca kolejny rok, a tym bardziej, że wczoraj były moje trzydzieste czwarte urodziny. Minęło pięć lat od mojego powrotu z Niemiec i mam wrażenie, że ten czas po prostu przeciekł mi przez palce jak woda. Dopadła mnie z tego powodu chandra i był to na swój sposób najbardziej ponury sylwester, jaki pamiętam, mimo że obiektywnie upłynął bardzo miło i spokojnie, przy świecącej na kolorowo choince, na rozmowach nad sałatką owocową i dobrym winem. (Koty trochę się bały wystrzałów i o dwunastej pochowały się - Ofelia do wersalki, Sammet gdzieś wsiąkł jak kamfora - ale potem wychynęły na otwartą przestrzeń i doszło do "wymiany uprzejmości" między nimi w postaci prychania na schodach.) 

Dzisiaj, w Nowy Rok, co prawda nie mam kaca (wypiłam wczoraj raptem jeden kieliszek wina), ale nie wstałam też w specjalnie dobrym nastroju, więc pogrzebałam w PubMedzie i zmontowałam notkę blogową o tym, jak kończy się nierozsądna zabawa fajerwerkami (uwaga, zdjęcia są bardzo drastyczne). Poprawiwszy sobie tym sposobem humor, mogę już pisać podsumowanie roku 2014. A wygląda ono tak.

- Przetłumaczyłam "Wschodzące gwiazdy", trzeci tom trylogii Michaela Cobleya.

- Ukazały się przełożone przeze mnie: "Lek na śmierć" Jamesa Dashnera, wyżej wymienione "Wschodzące gwiazdy" oraz "Na ostrzu noża" Patricka Nessa.

- Zaopatrzyłam się w końcu w profesjonalny program do tłumaczeń (MemoQ); tłumaczyłam artykuły naukowe, dużo dokumentacji medycznej oraz materiałów informacyjnych o produktach leczniczych (miło sobie czasem przypomnieć, że jestem z wykształcenia biologiem) i żadnej beletrystyki poza Cobleyem.

- W lutym po wielkiej panice pt. "straszliwie boli mnie szczęka i wszystkie zęby po jednej stronie" dowiedziałam się, że mam neuralgię nerwu trójdzielnego (rzadka choroba, podobno występuje najczęściej u osób po pięćdziesiątce), a w marcu zrobiono mi z tego powodu MRI głowy. Wiem już, jakie dźwięki wydaje maszyna do MRI (bardzo interesujące doświadczenie); zostało też oficjalnie potwierdzone, że w mojej głowie znajduje się mózg i jest to mózg stuprocentowo zdrowy, przynajmniej fizycznie. Przepisanego leku nie tknęłam, bo nie podobała mi się lista działań niepożądanych opisanych jako "bardzo częste", zwłaszcza że zaordynowano mi dawki jak dla konia. Neuralgia po spektakularnym ataku w lutym przycichła i czasem tylko delikatnie drapnie pazurem.

- Napisałam pierwsze w życiu opowiadanie bez elementów fantastycznych, "Tajemnicze zniknięcie Bernadety", które trafiło do ebookowej antologii "Kryminalna 13".

- Tekst "Pokłosie pewnego bankructwa" (objętościowo prawie mikropowieść, ponad 90 tys. znaków) ukazał się w Fantastyce: Wydaniu Specjalnym.

- Nominowano mnie do Śląkfy w kategorii Autor Roku.

- Przygarnęłam drugiego kota.

- Po raz pierwszy od kilkunastu lat pojechałam w Tatry, przy czym był to pierwszy w życiu wyjazd w Tatry Słowackie. Zaliczyłam m.in. Rysy i Koprowy Wierch, wróciłam z bolącym kolanem, ale za to szczęśliwa jak norka.

- Udzielałam się jako juror w dwóch konkursach literackim, z czego jeden (konkurs Oficyny Wydawniczej RW2010 na powieść kryminalną) wspominam bardzo dobrze, drugi niestety źle z racji dużej liczby prac, a kiepskiego poziomu.

- Z konwentów byłam na Avangardzie, Coperniconie i Falkonie.

- Po raz pierwszy w życiu prowadziłam cykl warsztatów literackich, otrzymując za to wynagrodzenie w postaci złotych polskich, a nie tylko uśmiechu i podziękowań.

- Skończyłam pierwszą w życiu powieść nie o Krzyczącym w Ciemności. Chyba nawet nie jest to do końca fantastyka.

- Zaczęłam następną książkę.


Plany na 2015:

- wydać ukończoną powieść w wydawnictwie, które nie będzie skrajnie niszowe (zaprawdę, chyba nic mi tak nie psuje humoru jak posądzenia o bycie self-publisherką, którą nie jestem, nie byłam i nie będę),

- skończyć zaczętą książkę,

- napisać co najmniej dwa opowiadania,

- wyleczyć kolano, które sobie uszkodziłam na Koprowym Wierchu, pojechać jeszcze raz w słowackie Tatry i wejść na Krywań.


Marzeń znalazłoby się więcej, ale o marzeniach nie lubię pisać - zresztą każdy rok ma to do siebie, że przynosi niespodzianki. Oby dobre.

Wszystkim, którzy tu regularnie zaglądają, życzę, żeby rok 2015 był lepszy niż 2014. Niech Was omijają choroby i kłopoty. Obyśmy wszyscy umieli być szczęśliwi, bo to nie zawsze zależy od zewnętrznych okoliczności. 

I na zwieńczenie tego wpisu (pisanego nadal z mieszanymi emocjami, choć chandra mi już trochę mija) pozdrawia Was nieodmiennie optymistyczny, wesoły i kochany kot Sammet. Najmilsza niespodzianka roku 2014 dla mnie, najpaskudniejsza dla biednej Ofelii, która nadal nie potrafi zaakceptować obecności tego strasznego intruza w domu.






6 komentarzy:

  1. Wszystkiego najlepszego, Ty młodziaku! Ledwo od ziemi toto odrosło i już się żali jak Werter jaki.
    No, moim zdaniem to niezła lista dokonań, nie ma co narzekać.Też mam trochę chandrę z racji siedzenia w gipsie...Deszcz pada, nie mam pracy,kuśtykam po domu o kulach..
    Nie poddawaj się, wejdziesz jeszcze na wiele szczytów i wiele napiszesz.
    po raz pierwszy w życiu prowadziłam cykl warsztatów literackich, otrzymując za to wynagrodzenie w postaci złotych - no proszę, to już coś!
    Wielu fajnych chwil z kotami no i Zajdla życzymy!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojoj, Chomiku, łapka w gipsie? Bardzo współczuję i głaszczę!! Z dwojga złego chyba gorszy byłby gips w lecie (wiem, że to marne pocieszenie).

      Koty to potwory, Sammet dzisiaj przyniósł w pysku upolowaną mysz! Styczeń, zimno, plucha - nie wiem, gdzie on ją złowił, ale złowił, skubaniec.

      Ściskam ciepło!!

      Usuń
  2. Dziękuję! Śliczne zdjęcie.To drapieżnik jeden!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim głównym osiągnięciem w 2014 roku było to, że nie skoczyłam z okna. Chociaż chyba głównie dlatego, że mieszkam na pierwszym, a pracuję na drugim: za nisko.
    Achika

    OdpowiedzUsuń