2015-01-21

Epopeja kolanowa i pacjent o dwóch szyjach


Mam drobny problem z kolanem, na który "pracowałam" sobie przez dobre dziesięć lat. Trudno powiedzieć, czy nadwerężył je flirt ze sztukami walki (w latach studenckich migałam się od WF, chodząc na sekcję taekwon-do, bo nasi wuefiści byli niezbyt przyjemni w obyciu, a trener z sekcji - fajny i rozsądny), czy dużo jeżdżenia na rowerze, na pewno nie pomogło trzaśnięcie nim kilka lat temu o chodnik (potknęłam się na ulicy). Latami ignorowałam fakt, że przy większym wysiłku (a zwłaszcza nazajutrz PO forsowniejszych przedsięwzięciach, takich jak dłuższa wycieczka rowerowa) pojawia się kłujący ból w okolicach rzepki. A potem zebrałam tegoż ignorowania owoce. W sierpniu 2014, schodząc z Koprowego Wierchu, walnęłam kolanem w wielki głaz. Świeczki stanęły mi w oczach, zaklęłam plugawie, aż się słowaccy turyści na mnie obejrzeli. Przestraszyłam się, czy aby dam radę zejść, bo jeszcze tego brakowało, żeby trzeba było wzywać TOPR (z pękniętą rzepką raczej bym nie zeszła). Noga pulsowała bólem, pojawił się siniak, kolano trochę spuchło, ale na szczęście zginało się normalnie. Więcej - wytrzymało jeszcze cały następny tydzień chodzenia po górach. A kilka dni po powrocie do Lublina, podczas gimnastyki na dywanie, odmówiło posłuszeństwa. Zaczęło boleć i trzeszczeć przy każdym klęknięciu i każdej aktywności ruchowej intensywniejszej niż chodzenie. Przez większą część września wspinałam się po schodach kulejąc, miałam problem z klękaniem i nie dawałam rady podbiec do autobusu. Jako stary prokrastynator odwlekałam wizytę u lekarza, odpoczywałam, wychodziłam codziennie na nordic walking - pomogło, ale co spróbowałam intensywniej poćwiczyć, poskakać, to ból zaraz wracał. W końcu rodzina mnie pogoniła rózgą żelazną do ortopedy, na USG i okazało się, że mam uszkodzone więzadło rzepki - tak zwane "kolano skoczka" - wysięk w stawie oraz lekko niestabilną rzepkę. Teraz grzecznie chodzę na fizjoterapię, bo chciałabym w tym roku znowu pojechać w Tatry i łazić wysoko bez obawy, że mi coś w nodze trzaśnie.

Rehabilitacja zawsze kojarzyła mi się z masażami i ćwiczeniami wykonywanymi pod okiem fachowca - nie wiedziałam, że teraz robi się takie dziwne rzeczy, jak naświetlanie przez kilka minut laserem albo masaż ultradźwiękami (słyszałam o stosowaniu ultradźwięków w zabiegach wyszczuplających, ale zaskoczyło mnie, że wspomagają regenerację tkanek - człowiek uczy się całe życie). No więc laserują i ultradźwiękują mi ten nieszczęsny przyczep mięśnia, co się nadpsuł i nawet dorobił się już zwapnień, a przy okazji mogę sobie popatrzeć na ludzi w poczekalni i posłuchać interakcji. Raz na przykład usłyszałam taki dialog między rehabilitantami:

- Robisz pacjentowi prawą szyję czy lewą?
- Prawą, bo częściej używana.

Kiedy napisałam o tym na Facebooku, w komentarzach wysunięto hipotezę, która bardzo mi się podoba: może lubelski Luxmed cieszy się tak dobrą opinią w Hadesie i okolicach, że na rehabilitację zgłosił się Cerber? Warunki pracy ma w końcu kiepskie: wilgoć, ciemno i za duszami trzeba się uganiać...






5 komentarzy:

  1. Ja walczę z lewą nogą, Ty z kolanem...Powodzenia...

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biedny Chomiku, Ty masz znacznie gorzej, skoro Cię zapakowali w gips :(

      Usuń
  2. A jak m mieli zdjąć, to się okazało,że umówiony ortopeda nie ma piły...Na pogotowiu mieli...

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. Nasza służba zdrowia to w ogóle jakaś porażka.Ale udało mi się na masaż zapisać.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń