2015-02-27

Odrobina (muzycznego) narkotyku


Małżonek przywlókł do domu wirusa katarowego i oczywiście musiałam się zarazić, trzeci dzień kicham. Ugrzęzłam w robocie tłumaczeniowej, pisanie chwilowo leży. W tych uroczych okolicznościach przyrody po raz kolejny zmuszam głośniki komputera do intensywnej pracy i mam poczucie, że najchętniej podłączyłabym się dożylnie do kroplówki z muzyką. Nie mogę pić kawy, bo mi wyżera dziury w żołądku, więc zastępczo stosuję decybele.

W ramach małej przerwy od harówki zmontowałam minilistę piosenek, które dobrze się sprawdzają jako substytut kofeiny. Jak widać - mój gust (ku rozczarowaniu małżonka - melomana, który słucha symfonii Mahlera na przemian z ukraińskim black metalem) nie jest szczególnie wyrafinowany, piosenki "do pracy" mają mieć przede wszystkim szybkie tempo i chwytliwy refren. Pożądany jest też wokalista z ochrypłym głosem, paniom dziękujemy. Wyjątkowo tym razem nie linkuję nic Sabatonu, żeby lista była trochę bardziej odkrywcza. Starałam się wybierać utwory mniej znane zamiast takich nieśmiertelnych hitów, jak Sleipnir grupy Manowar czy Emerald Sword Rhapsody of Fire.

Miłego słuchania!



Ensiferum - Treacherous Gods z albumu Ensiferum
Twórczość tego fińskiego zespołu nieodparcie kojarzy mi się z komiksami o Thorgalu oraz książkami Roberta Salvatore z cyklu o Drizzcie Do'Urden. Zaśnieżone góry, wicher tnący jak noże, wojownicy w kolczugach i czające się wśród skał trolle. Ten konkretny utwór jest na początku niezbyt szybki, dopiero w końcówce przyspiesza i pokazuje pazur. 





Therion - Poupée de cire, poupée de son (wersja 2) z albumu Fleurs du mal (cover piosenki France Gall). Na płycie ta piosenka występuje w dwóch aranżacjach, mnie się bardziej podoba druga, bo jest ognistsza i bardziej Therionowa.







Edguy - Save us now z albumu Mandrake. Czterech dżentelmenów z Fuldy ongiś grało typowy power metal, ich późniejsze albumy (Tinnitus Sanctus, Age of the Joker) plasują się bliżej hard rocka. Dopiero na najnowszym krążku (Space Police: Defenders of the Crown) Sammet&Co. zdecydowali się powrócić do metalowych korzeni, ale bez względu na stylistykę danej płyty, ich twórczość daje natychmiastowy zastrzyk pozytywnej energii. Po co śpiewać o smokach i wojownikach, skoro zamiast tego można się ponabijać ze swojego perkusisty, śpiewając o "superszybkim bębniącym króliku z kosmosu"... Life is a drag, I can tell/ But let me count to four and then you play the roll of hell - no nic dodać, nic ująć.




(Nawiasem mówiąc - kupiłam sobie Mandrake kilka miesięcy PO napisaniu "W mocy wichru", więc obecność na okładce wrednego błazna w mrocznej jaskini to zupełny zbieg okoliczności. Ale gdyby ktoś chciał odczytywać fakt, że w książce też pojawia się wredny błazen w czapce z dzwonkami i jest tam scena walki z demonicznymi błaznami w jaskini, jako mój drobny ukłon w stronę tego zespołu i tego albumu, nie mam nic przeciwko.)


I na koniec, z małym przymrużeniem oka - główny motyw muzyczny z filmu Mortal Kombat, tego z Christopherem Lambertem, ktoś pamięta? Nigdy nie grałam w tę grę, natomiast do filmu do tej pory mam sentyment.  Jest to jeden z niewielu filmów, na jakich byłam w kinie i to w nietypowych okolicznościach, bo w Krynicy Górskiej, gdzie w 1995 r. spędzałam ferie zimowe razem z rodzicami i kuzynką. Nie pamiętam już, czemu zdecydowaliśmy się pójść w weekend do kina zamiast korzystać z uroków zimy, może była odwilż i błoto? W każdym razie w malutkim kinie w Krynicy repertuar nie był szczególnie bogaty i prawdopodobnie to ja zaproponowałam, żebyśmy zamiast jakichś komedii romantycznych obejrzeli Mortal Kombat. No więc obejrzeliśmy. Wrzaski, kopniaki, demony, metal i techno. Rodzice i kuzynka wyszli z kina gruntownie zdegustowani, ja - z uśmiechem od ucha do ucha. (Prawdę mówiąc - spodobały mi się nie tyle walki, co atmosfera Zaświatów, gdzie odbywa się turniej walk, mroczna scenografia, ninja w maskach i Shang Tsung pochłaniający dusze pokonanych wojowników). Później kupiłam kasetę ze ścieżką dźwiękową i słuchałam jej z upodobaniem.






8 komentarzy:

  1. Życzę zdrowia! Mortal Kombat zawsze cudny! Kiedyś tak leżałam, zmęczona, że aż mi się wstać nie chciało, Mortal Kombat akurat leciał w tw i stwierdziłam że to całkiem niezłe..


    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak nie lubię techno, tak ten kawałek wymiata. Kiedyś na Węgrzech na zawodach nie miałem własnej muzyki i puścili mi remix tego kawałka na wyjście, od tego czasy jestem jego fanem. Sam film pomimo, że zrobiony dla dzieci ma swój mroczny klimat, bez trudu dałoby się go utrzymać w konwencji grozy, zawsze najbardziej identyfikowałem się z policjantką, która ścigając przestępce trafia do innego świata, gdzie musi zmierzyć się z nadprzyrodzonymi siłami o losy świata. Te sceny, gdy nie może złapać łączności na statku, gdy traci zamrożony pistolet i gdy się okazuje, że to nie ona ścigała przestępcę, tylko on polował na nią są świetne, szkoda, że film nie był bardziej z jej perspektywy pokazany.
    To zresztą mega dobry motyw, zderzenia racjonalnego światopoglądu z siłami nadprzyrodzonymi, tak w horrorze jak i w mrocznym fantasy.
    Szybkiego zdrowienia, mam nadzieję, że przymusowy pobyt w domu sprawi, że z książką podgonisz.


    Yeri

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, Mortal Kombat chyba nie jest dla dzieci, raczej dla nastolatków :) Książkę niestety pociągnę do przodu dopiero wtedy, kiedy się bardziej ogarnę z robotą (katar to głupstwo, już dawno minął, natomiast zasypały mnie obowiązki i entuzjazm do projektu się trochę wypalił).

      Usuń
  3. Jak się czujesz?

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwitnąco, dzięki. To był mały marcowy katarek, a nie jakieś grypsko. Miałam roboty po kokardę, dlatego chwilowo nie bloguję. Ale wrócę :)

      Usuń
  4. Pamiętam jak pisałam licencjat do 6 nad ranem i wrzuciłam sobie do winampa wszystko co miałam, ale jak natrafiłam na Rhapsody- Forest of Unicorns to sobie zapetliłam i leciało do samego rana ;) Teraz pisze mgr (jak widać w ramach pisania siedzę na Twoim blogu), może jak sobie Rhapsody jeszcze raz włączę to mi pomoże się zmobilizować... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, że Rhapsody mobilizuje do pracy, ja ich notorycznie słucham, kiedy męczę się nad jakimś zleceniem po nocach :) Trzymam kciuki za magisterkę.

      Usuń
  5. Wg mnie dla dzieci, z tym bajkowym przerysowaniem, naiwną (chociaż bardzo przyjemną) choreografią walk, do bólu sztampowymi bohaterami (chociaż w tym ich urok), bez jednego bodaj przekleństwa, oraz z maksymalnie dyskretnymi motywami damsko-męskimi. Taka bajka o walce dobra ze złem. Dla młodzieży to wszelkie Kick-boksery i inne Questy z Van Damme'm.
    Uuuu, złe wieści z książką :(
    Nie tak dawno spędziłem noc z moimi ulubionymi opowiadaniami Twojego autorstwa i nabrałem apetytu na książkę, pamiętając Twoją obietnicę o powrocie do korzeni w najnowszym dziele.

    OdpowiedzUsuń