2015-09-22

Copernicon 2015 - relacja






Na Copernicon do Torunia wybrałam się po raz pierwszy w 2013 r. i bardzo mi się podobało. Edycja 2014 nie odbiegała jakością od poprzedniej, ale ja w jej trakcie byłam tak koszmarnie zmęczona (pojechałam do Torunia bodajże nazajutrz po powrocie z wyjazdu do Estonii), że uczestniczyłam praktycznie tylko w tych punktach programu, które sama prowadziłam, i zabrakło mi nawet energii, żeby napisać później relację. A jak wypadł Copernicon 2015?





Toruński konwent w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, odbywał się w 4 budynkach. Wesoły tłum konwentowiczów na 3 dni opanował zabytkowe Collegium Maius (sesje RPG, LARP-y, games room i blok dziecięcy), modernistyczne Collegium Minus (prelekcje, panele dyskusyjne), Młodzieżowy Dom Kultury (blok Japan-Korea) i Centrum Sztuki Współczesnej (hala targowa). Wśród zaproszonych gości znaleźli się między innymi Ewa Białołęcka, Aneta Jadowska, Robert Wegner, Dariusz Domagalski, Martyna Raduchowska i Paweł Majka, a także - zgodnie z tradycją tego konwentu - blogerzy (Zwierz Popkulturalny, Paweł Opydo) i rysownicy komiksów (Kiciputek, Kobieta Ślimak i inni). Przy akredytacji zapytano mnie o wiek i miasto pochodzenia, po czym otrzymałam informator, tabelkę programową i uroczy identyfikator z pandą.

Copernicon 2015 przyciągnął - na moje oko - wyraźnie więcej uczestników niż poprzednia edycja; jeżeli ta tendencja wzrostowa się utrzyma, być może za rok wąska klatka schodowa i ciasny hol Collegium Minus zaczną już stanowić problem. Program imprezy był bogaty, choć mam wrażenie, że więcej oferował miłośnikom filmów, seriali, kultury japońskiej oraz szeroko pojętej popkultury (blogi, komiksy) aniżeli literatury fantastycznej.

Rozejrzawszy się wstępnie po Collegium Minus, trochę na chybił trafił weszłam do jednej z sal bloku popularnonaukowego i trafiłam akurat na prelekcję o symbolice monet celtyckich. Prowadzący pokazywali zdjęcia monet i objaśniali przypuszczalne (Celtowie nie zostawili pisemnych relacji - informacje na ich temat czerpiemy głównie z relacji Greków i Rzymian) znaczenie obrazków przedstawiających głowy, konie, dziki i jeźdźców (stylizowany zygzak za głową jeźdźca i dwa kółka na piersi oznaczają, że jeździec jest kobietą, prawdopodobnie boginią). Z ciekawostek: Greków strasznie oburzało to, że Celtowie po bitwie nie grzebali swoich poległych, tylko pozwalali, żeby zjadły ich kruki (ptaki bogini Morrigan). Koń w symbolice celtyckiej miał związek z kultem solarnym i okresem wiosenno-letnim, a dzik z kultem lunarnym i okresem jesienno-zimowym. Dzik był dla Celtów ważną potrawą, jego odpowiednie części przysługiwały odpowiednio zasłużonym wojownikom; jeśli na uczcie ktoś mniej znamienity dostał lepszy fragment udźca, mogło dojść do krwawej rzezi. Z kolei bogowie celtyccy przedstawieni z psem u boku zwykle mają jakiś związek z przechodzeniem między życiem a śmiercią.

Odbywająca się o 19:00 prelekcja Ewy "Serenity" Iwaniec o seksie w średniowieczu, jak łatwo się domyślić, przyciągnęła tłumy słuchaczy. Prowadząca opowiadała między innymi o dziewictwie (wśród średniowiecznych Słowian wśród niezamężnych kobiet panowała duża swoboda seksualna, a dochowanie dziewictwa do ślubu nie było powodem do dumy, wprost przeciwnie), o małżeńskich ślubach czystości (wysoko urodzone damy mogły odmówić obcowania z małżonkiem, jeśli był brzydki), o homoseksualizmie w zakonach i o tym, dlaczego w Kościele katolickim wprowadzono celibat księży. Z anegdot: pewien Krzyżak zrobił dziecko mieszkance Królewca i wypłacono jej zapomogę z kasy zakonu, co zostało skrupulatnie zapisane w księdze rachunkowej. Najzabawniejszym akcentem okazał się obrazek przedstawiający pielgrzymującą waginę - z laską i kapeluszem pielgrzymim. Przypinka o takim kształcie noszona przez kobietę najprawdopodobniej oznaczała gotowość do "przygód".

Kolejna prelekcja w tej samej sali - "Historia radzieckiego programu kosmicznego" - była barwna, ale w swym ogólnym wydźwięku raczej ponura. Prowadzący opowiadał między innymi o "szaraszkach" - specjalnych więzieniach będących jednocześnie ośrodkami badawczymi, gdzie pracowali inżynierowie i naukowcy. Rosjanie najpierw nie uważali wysłania satelity Sputnik w kosmos za coś wielkiego; dopiero po tym, jak informacja o tym pojawiła się na pierwszych stronach zagranicznych gazet, nazajutrz znalazła się również na pierwszych stronach prasy rosyjskiej, i dopiero wówczas programem kosmicznym zainteresował się Nikita Chruszczow. Słynny pies Łajka najprawdopodobniej zginął po ok. siedmiu godzinach lotu z powodu udaru cieplnego i stresu, ale dla potrzeb propagandy oczywiście podawano, że wrócił cały i zdrowy. Główny konstruktor programu kosmicznego, Siergiej Korolow, zmarł na stole operacyjnym podczas rutynowej operacji - najprawdopodobniej dlatego, że nie można było go intubować, bo w latach stalinowskich na przesłuchaniu połamano mu szczękę, która źle się zrosła. Z zabawniejszych historii najlepsza była chyba anegdota, jak podczas testów jakiejś rakiety balistycznej okazało się, że zbiornik z ciekłym tlenem przecieka. Szybko myślący inżynier rozpiął rozporek i nasikał na nieszczelną złączkę. Mocz z miejsca zamarzł i to prowizoryczne "uszczelnienie" wytrzymało do momentu odpalenia rakiety.

Zarówno w Collegium Minus, jak i w Collegium Maius umieszczono punkty sprzedaży kawy, które cieszyły się bardzo dużym powodzeniem. Pozostawało mi żałować, że ze względów zdrowotnych mam szlaban na kawę (chlip). Po powrocie do hotelu okazało się, że jestem zakwaterowana w jednym pokoju z Martyną Raduchowską, autorką książek "Szamanka od umarlaków" i "Demon luster".



Stoisko Rubicon Caffe w holu Collegium Minus.



Sobotnie konwentowanie rozpoczęłam od wygłoszenia rozpoczynającej się o 10:00 prelekcji "Czary i wierzenia góralskie". Publiczność bardzo rozbawił fakt, że na obszarze Karpat do czarowania chętnie wykorzystywano wszelkie przedmioty mające kontakt z sacrum - stułę, hostię, poświęcone zioła, wosk z kościelnych świec, a nawet pył z podłogi świątyni - więc górale podkradali z kościoła, co tylko mogli, albo płacili kościelnemu, żeby uciął dla nich kawałek stuły czy sznura od dzwonu (ale nie mogli mu zapłacić pieniędzmi, więc ofiarowywali np. barana). Później z Olą Janusz poszłyśmy obejrzeć stoiska handlowe umieszczone w Centrum Sztuki Współczesnej. Bardzo dużo było gadżetów związanych z mangą i anime - kubki, poduszki, podkładki pod kubki, podkładki pod myszy. Nie obyło się bez miłego zaskoczenia - na Copernicon po raz pierwszy przyjechała księgarnia Solaris. Może jestem starej daty, ale kiedy na konwencie nie ma stoisk z książkami, to mam wrażenie, że czegoś brakuje... Ola nabyła sobie uroczy steampunkowy kapelusz w kolorze brązowym, w pionowe paseczki, z trybikami udającymi mosiądz, i nosiła go na głowie przez resztę konwentu.





Zagadałyśmy się tak skutecznie, że dopiero przed trzynastą Ola pobiegła na swoją prelekcję, ja na swoją. Dokładniej - czekały mnie dwie prelekcje jedna po drugiej, pierwsza o stylu, druga o konstruowaniu fabuł. Słuchacze zjawili się tłumnie, a kiedy spytałam, kto z obecnych coś pisze, prawie połowa sali podniosła ręce (rośnie mi nowe pokolenie konkurencji). Cytowane "ciekawostki zoologiczne" z tekstów nadsyłanych do Esensji za każdym razem wzbudzały huraganową wesołość. Niestety nie mam silnego głosu i mówienie przez kolejne 2 godziny do pełnej sali bez mikrofonu prawie wykończyło mi krtań.

Po ostatniej prelekcji, wyżęta jak szmatka, stwierdziłam, że aby móc dalej uczestniczyć w konwencie, potrzebuję obiadu, a raczej jego namiastki (w warunkach konwentowych żywię się tym, co da się kupić w najbliższym sklepie spożywczym - pieczywo, banany, jabłka, jakiś sok). Poszłam do delikatesów na Starym Mieście, a potem do hotelu, żeby spokojnie zjeść, wypić herbatę i odpocząć.

Kilka minut po szesnastej, wczytując się dokładniej w tabelę programową, doznałam momentu paniki, że panel o historii alternatywnej, w którym miałam brać udział, odbywa się o 16:00 zamiast (jak byłam przekonana) o 17:00. Pobiegłam w te pędy do Collegium Minus, gdzie okazało się na szczęście, że w tabeli programowej zaszalał chochlik drukarski i wszystkie punkty programu w bloku panelowym są przesunięte o godzinę. Zdążyłam jeszcze wysłuchać części dwugodzinnej prelekcji dr Aleksandry "Avril" Mochockiej o kosmetykach kolorowych. Dowiedziałam się, że ludy prehistoryczne dekorowały malunkami całe ciało, tak jak jeszcze w dwudziestym wieku czynili to Papuasi i Aborygeni, że Egipcjanki malowały dolną powiekę sproszkowanym malachitem na zielono, a górną kohlem na czarno, że Rzymianie preferowali zestaw: bielidło (zawierające biel ołowiową) plus czerwona szminka na ustach i że jeden z rzymskich cesarzy był po cichu wyśmiewany za to, że ruszając na kampanie wojskowe zabiera ze sobą mnóstwo kosmetyków do makijażu.

Na korytarzu Collegium Minus sfotografowałam z zaskoczenia trzy cosplayerki (mimo że Copernicon 2015 odbywał się w konwencji pirackiej, nie zauważyłam w tłumie zbyt wielu piratów - widziałam za to steampunkowe panny w krynolinach, jakichś wojowników rodem z anime i jedną wróżkę z doczepionymi skrzydełkami).

Anglojęzyczny panel o historii alternatywnej prowadziła Aleksandra "Ant" Borowska. Dyskutowali: Naomi Novik, Maciej "Lucek" Sabat (współtwórca gry fabularnej Wolsung) i niżej podpisana. Naomi Novik jest drobniutka, filigranowa, ma ciemne oczy, szeroki uśmiech i zaskakująco dobrze mówi po polsku, uroczo z amerykańska zniekształcając "cz" i "sz". W dyskusji zgodnie zajęłyśmy stanowisko, że powyżej pewnej granicy hiperszczegółowy research historyczny już nie podwyższa jakości tekstu literackiego; Lucek jako twórca gier był przeciwnego zdania. Naomi stwierdziła, że tekst napisany tylko i wyłącznie jako eksperyment, z założeniem "napiszę najdziwniejszy i najbardziej pokręcony tekst ever, nie zawierający niczego, co czytelnik już zna" raczej nie będzie przykładem dobrej literatury. Padła też hipoteza, że czytelnik musi w tekście fantastycznym odnaleźć coś znajomego, co do niego "przemówi" emocjonalnie.

Po panelu zostałam na spotkaniu autorskim z Naomi Novik, która opowiadała między innymi o smoczym cyklu Temeraire, o swojej nowej powieści "Wybrana" (jeszcze nie czytałam, ale dopisałam do listy planowanych lektur; w Esensji możecie przeczytać recenzję pióra Magdy Kubasiewicz) i o tym, jak w dzieciństwie słuchała baśni opowiadanych po polsku przez mamę. Zapytana o rady dla młodych autorów, odpowiedziała: Piszcie więcej, kończcie więcej tekstów i znajdźcie sobie dobrego beta-readera, ale koniecznie takiego, któremu podoba się to, co piszecie.

Nadeszła 19:00. Zaintrygowana tytułem, zostałam w sali panelowej, żeby posłuchać prezentacji Pawła Opydo "Jak stworzyć blog czytany przez 300 tysięcy ludzi". Twórca poczytnego bloga "Zombie Samurai" opowiedział o tym, jak zarabia, promując marki różnych produktów, oraz przekazał garść rad dla aspirujących blogerów: nie bój się zmian, pisz regularnie, nie pisz gościnnie na cudzych blogach, bądź uczciwy i autentyczny... W pewnym momencie padło stwierdzenie: "Jeśli chcecie pisać bloga hobbystycznie od czasu do czasu, zignorujcie tę prezentację i piszcie co chcecie, bo i tak nikt nie będzie tego czytał." Słuchaczom trochę przeszkadzała dobiegająca zza okna głośna, dramatyczna muzyka z... grającej fontanny (ta fontanna była zmorą wszystkich prelekcji wieczornych: prelegent mówi, a zza okna płyną chóralne śpiewy, jakby tam co najmniej hrabiego Rolanda grzebali z pompą i ceremoniałem).

Po 20:00 nie bardzo już miałam siłę słuchać kolejnych prelekcji, więc poszłam się integrować towarzysko ze znajomymi. Po drodze w holu Collegium Minus zrobiłam zdjęcie Zwierzowi Popkulturalnemu w wianku i spodniach z logo Batmana.

W niedzielę zdążyłam tylko pokręcić się po korytarzach, zrobić kilka fotek i zajrzeć na ostatnie dwadzieścia minut spotkania autorskiego ze Zwierzem Popkulturalnym. Zwierz opowiadał wesołe anegdoty o sąsiadach z bloku, o swojej rodzinie i bogatej kolekcji DVD. Przed jedenastą zwinęłam się do hotelu, a niedługo potem obie z Martyną zostałyśmy przez organizatorów odstawione na dworzec. IC "Czartoryski" z Gdyni do Lublina przyjechał z pięciominutowym zaledwie opóźnieniem i krótko po dwunastej opuściłam Toruń, bogatsza o gamę wrażeń z kolejnego konwentu oraz garść nie najlepszych, niestety, zdjęć.



Publiczność na spotkaniu ze Zwierzem.




2 komentarze:

  1. Agnieszko, niezwykle miło mi się dowiedzieć, że byłaś na mojej prelekcji :) Jednej rzeczy tylko żałuję, że nie udało mi się opowiedzieć jednej z anegdotek, które miałam przygotowane, ale pewnie nadarzy mi się jeszcze okazja i ją opowiem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj,zazdroszczę,nie mogłam być.W zeszłym roku było świetnie.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń