2015-09-05

Tatry 2015 (odcinek 1): Siodełko, wodospady i Sławkowski Szczyt


Na wstępie niniejszej relacji serdecznie pozdrawiam Zwierza popkulturalnego, którego urocze sprawozdanie z wczasów górskich z matką rodzicielką rozpisane na dziewięć odcinków natchnęło mnie, aby tegoroczne doświadczenia tatrzańskie opisać trochę obszerniej niż te z zeszłego roku.

Podróż na Słowację odbyliśmy z dwiema przesiadkami - pociągiem z Lublina do Krakowa, gdzie sprawnie przesiedliśmy się na autobus do Zakopanego. Zarówno na dworcu w Krakowie, jak i w Zakopanem można kupić obwarzanki krakowskie (nie kupiliśmy). Być może pamięć mnie zawodzi, ale mam wrażenie, że dworzec autobusowy w Zakopanem od lat 90. ubiegłego wieku praktycznie nie zmienił: nadal jest mały, urządzony w stylu PRL-owskim i turysta, który musi tam dłużej poczekać, może albo snuć się po hali dworcowej (miejsc do siedzenia jest tam co kot napłakał i są stale zajęte) albo usiąść na ławce przy stanowiskach autobusów i wdychać spaliny, albo... iść na spacer po Zakopanem. My wybraliśmy tę ostatnią opcję, tachając bagaż. Mgliście pamiętałam sprzed nastu lat, że jeśli od dworca pójdzie się w prawo ulicą Kościuszki w kierunku Krupówek, to po drodze będzie skwer z ławkami, i miałam rację. Cud nad cuda - jedna z ławek była nawet wolna. Klapnęliśmy na niej, żeby pochłonąć kanapki. Potem przez niecałą godzinę snuliśmy się jeszcze z plecakami po Zakopanem, spoglądając na częściowo skryty w chmurach Giewont. Gdy zaczęło kropić, wróciliśmy na dworzec. Spowite chmurami góry i siąpiący deszcz to widok, który od razu przypomina mi dzieciństwo i kolejne wakacyjne pobyty w Tatrach, które miały tę cudowną właściwość, że temperatura w lipcu mogła spaść w pobliże zera, człowiek mókł i marzł, ale nie łapał kataru.

Gdy jechaliśmy autobusem do Starego Smokowca, szosa w kierunku Łysej Polany była praktycznie pusta, po słowackiej stronie tak samo. Niebo zasnuło się szarością, mżyło, zbocza górskie niknęły we mgle. Stary Smokowiec (po słowacku Starý Smokovec) leży u podnóża Tatr Wysokich, jest tam stacja kolejki wąskotorowej oraz wielki hotel o dumnej nazwie Grand Hotel. Miejscowość ładna - czyste uliczki, dużo zieleni - i świetnie usytuowana, gdy chodzi o wychodzenie na szlaki tatrzańskie: dużo tras można zrobić bez podjazdów. Po około dwudziestominutowym spacerze wzdłuż torów kolejki odnaleźliśmy uliczkę, na końcu której mieści się pensjonat, gdzie mieliśmy zamówione noclegi - willa Privat Iva znajdująca się na osiedlu, które administracyjnie przynależy już do Nowego Smokowca. Nam zależało głównie na wygodnej lokalizacji i na wi-fi, ale kwatera ogólnie była bardzo dobra i warta swojej ceny, idealna zwłaszcza dla rodzin z dziećmi: pokoje o standardzie hotelowym, z łazienką i WC, dostęp do kuchni z jadalnią, telewizor (z którego nie korzystaliśmy) i wi-fi (korzystałam intensywnie). Cicho, spokojnie, wkoło zieleń. Jest ogród, weranda z ławeczkami i placyk zabaw dla dzieci. Właścicielka pensjonatu bardzo sympatyczna, z wyglądu niewiele starsza ode mnie. Ceny noclegów w pokoju dwuosobowym: 17 euro/osoba/noc w sezonie, od 1 września 13,5 euro/osoba/noc.

Nazajutrz czekał nas dzień pochmurny, ale bezdeszczowy, na razie bez hawajskich temperatur (nie mieliśmy jeszcze świadomości, że niedługo zatęsknimy za chmurami i chłodem). Żeby się zaaklimatyzować i rozruszać, poszliśmy na łatwą trasę: żółtym szlakiem ze Starego Smokowca do hotelu górskiego "Śląski Dom" w Dolinie Wielickiej (duży, dość brzydki budynek w stylu PRL-owskim, przypominający drewnianą harmonijkę, do którego prowadzi asfaltowa droga), a stamtąd magistralą tatrzańską na Smokowieckie Siodełko (słow. Hrebienok, 1285 m n.p.m.) Czerwony szlak magistrali tatrzańskiej biegnie po południowej stronie Tatr - głównie trawersami przez kosówkę, miejscami przez piargi, czasem schodzi na tereny położone poniżej piętra kosodrzewiny. Rozciągają się stamtąd widoki na to, co pozostało ze słowackich regli po katastrofalnym huraganie z 19 listopada 2004 roku, kiedy to wiatr połamał i powyrywał z korzeniami ponad 14 tys. ha świerkowego lasu. Dzieła zniszczenia dopełniła później plaga korników i dzisiaj wokół Starego Smokowca, Tatrzańskiej Polanki, Szczyrby oraz innych podtatrzańskich miejscowości sterczą smutno dziesiątki uschniętych świerków oraz nadłamanych pni.

Siodełko to taki słowacki odpowiednik Gubałówki - ze Smokowca kursuje tam kolejka linowo-terenowa, na wzniesieniu znajduje się dom wczasowy z restauracją i czekają różne atrakcje. Turyści, zwłaszcza ci z małymi dziećmi, wyjeżdżają na górę tylko po to, żeby pogapić się na Łomnicę, zrobić sobie zdjęcie przy rzeźbie niedźwiedzia, zjeść frytki i poopalać się na łące lub poszaleć na torze pontonowym. Na koniec mają do wyboru: zejść spacerkiem wyżwirowaną drogą, zjechać kolejką albo śmiesznym kołowym pojazdem po trawiastym zboczu (wypożyczalnia tych ustrojstw znajduje się na górze). Jednak Siodełko w przeciwieństwie do Gubałówki jest też miejscem, gdzie zbiega się kilka ważnych szlaków tatrzańskich i wiele osób podjeżdża na nie kolejką, żeby skrócić sobie wędrówkę np. do Doliny Staroleśnej albo Doliny Małej Zimnej Wody.




Ponieważ po niezbyt forsownej wycieczce czuliśmy niedosyt, z Siodełka zeszliśmy jeszcze do Wodospadów Zimnej Wody (Vodopády Studeného potoka) - kwadrans spaceru, może trochę dłużej - i obfotografowaliśmy je intensywnie.


 

Drugiego dnia pobytu, ponieważ zapowiadała się piękna pogoda, ambitnie postanowiliśmy zaatakować Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít, 2452 m n.p.m.). Idzie się tam niebieskim szlakiem bezpośrednio ze Starego Smokowca. Trasa jest długa i mozolna (jeśli dobrze pamiętam - według drogowskazów 5 godzin na wierzchołek, nam droga zajęła nieco ponad 4 godziny), wiedzie przez niższy szczyt o wdzięcznej nazwie Królewski Nos (2273 m). Szlak bez łańcuchów, miejscami z lekką ekspozycją. Słońce przygrzewało, ale im wyżej wchodziliśmy, tym wiatr robił się zimniejszy - jak to w Tatrach powyżej 2000 m. Widoki przecudne, zwłaszcza jasne fragmenty urwistych ścian po północnej stronie szczytu kontrastujące z ciemną kosodrzewiną. Z góry przy dobrej pogodzie oczywiście roztacza się niesamowita panorama.

Na ostatnim odcinku przed wierzchołkiem Sławkowskiego Szczytu strome zbocze się osypuje i dość nieprzyjemnie się tamtędy schodzi, trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć na drobnym rumoszu. Mimo że przed wyjazdem byłam pewna swojej dobrej kondycji, okazało się, że nordic walking w płaskim terenie, nawet szybkim krokiem po kilka razy w tygodniu, plus gimnastyka jednak nie do końca wystarczą jako zaprawa przed Tatrami. To zejście ze Sławkowskiego po osypujących się żwirkach dało mi w kość, aż się zdziwiłam: nazajutrz bolały mnie w nogach mięśnie i ścięgna, które nie doskwierały mi nigdy wcześniej (teraz, kiedy patrzę na rysunek przedstawiający anatomię ludzkiego uda, mam wrażenie, że to, co piekło mnie żywym ogniem na drugi dzień, to były mięśnie krawieckie).

Ciąg dalszy nastąpi - a tymczasem oto dalsze zdjęcia.

Widoczek z Hrebienoka (na pierwszym planie widać uschnięte drzewo, a jak się dobrze przyjrzycie, na stokach zobaczycie martwy las):



Łomnica widziana ze szlaku na Sławkowski Szczyt:



Widoki ze Sławkowskiego Szczytu:


Skały gdzieś po drodze, chyba pod samym wierzchołkiem:


 Niżej podpisana na wierzchołku:


I na deser sam masyw Sławkowskiego Szczytu:





2 komentarze:

  1. Macie kondycję,nie narzekaj, to wysokie góry.Gratuluję! Ale fotki,wiję się u stóp biurka.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiłam już Jerzemu, że decyzja, aby chodzić na wycieczki dzień po dniu bez przerw, nie była do końca rozsądna. Teraz po powrocie smaruję kolano Voltarenem, bo znowu mnie pobolewa. Ale tak, krajobrazy cudowne, warto było pocierpieć w upale, żeby je obejrzeć.

      Usuń