2015-09-06

Tatry 2015 (odcinek 2): bolące nogi, Łomnicki Staw i Rohatka


Nazajutrz po wyprawie na Sławkowski Szczyt, zamiast odpocząć, poszliśmy na kolejną wycieczkę, tyle że lżejszą: najpierw zielonym szlakiem na Siodełko, stamtąd czerwonym (magistrala tatrzańska) do schroniska Zamkowskiego (Zamkovského chata) i dalej na północ w kierunku Doliny Łomnickiej (Skalnatá dolina). Z położonego po drodze punktu widokowego można podziwiać Łomnicę.

Dzień był niemal bezchmurny i podchodząc magistralą tatrzańską do Łomnickiego Stawu (Skalnaté pleso, 1751 m n.p.m.), zgrzaliśmy się okrutnie. Nad Łomnickim Stawem znajduje się górna z dwóch stacji pośrednich kolejki na Łomnicę, a także hotel górski z restauracją, plac zabaw dla dzieci, kramiki z pamiątkami i inne takie. Przy słonecznej pogodzie turystów oczywiście mnóstwo. Z ulgą schroniliśmy się w cieniu budynków i... 5 minut później już wyciągaliśmy z plecaków flanelowe koszule. Tatry mają to do siebie, że nawet jeśli na podejściu człowiek jest mokry od potu od szczur, to po przystanięciu w miejscu, gdzie wieje wiatr, natychmiast zaczynasz marznąć.

Okazało się, że Łomnicki Staw wskutek tegorocznej suszy jest częściowo wyschnięty i wygląda dość żałośnie - obniżający się poziom wody odsłonił kamienie pokryte czerwonawym nalotem. Znacznie bardziej atrakcyjna okazała się słynna kolejka linowa na Łomnicę. Na jej widok moje wewnętrzne dziecko z miejsca zaczęło podskakiwać i piszczeć. Wagonikiii!! Jakie fajne!!! Jeżdżą cały czas!!! Od dolnej stacji pośredniej - tzw. stacja Start - do górnej nad Łomnickim Stawem non stop kursują nowoczesne piętnastoosobowe gondole z przyciemnianymi szybami i prezentują się bardzo efektownie, kiedy tak suną w górę i w dół, mijając się co chwila (skojarzyły mi się trochę z pojazdami z Gwiezdnych Wojen). Dodatkowo widoki z okolic stacji kolejki są cuuudne! Przy Łomnickim Stawie chętni przesiadają się do pojedynczego jaskrawoczerwonego wagonika, który zabiera jednorazowo ok. 16 osób. Naprawdę niesamowicie wygląda ta czerwona kropeczka pnąca się do góry wśród skalnych urwisk aż do obserwatorium na szczycie Łomnicy. Wjazd na szczyt musi być ciekawym przeżyciem, ale wg informacji w necie bilet dla dorosłego kosztuje 27 euro (na sam kurs od Łomnickiego Stawu - wjazd i zjazd, bo z Łomnicy nie można zejść pieszo), więc bez deliberacji darowaliśmy sobie tę przyjemność.



Zejście od Łomnickiego Stawu zielonym szlakiem wzdłuż trasy kolejki dało mi w kość - niby trasa banalna, ale trzeba było znowu złazić po stromych stokach z osypującym się żwirkiem. Nogi nadwyrężone poprzedniego dnia bolały jak diabli. Kiedy wyszliśmy z lasu na nasłonecznione, nagrzane trawiaste zbocze, gdzie nie wiał już rześki górski wiatr, oboje zaczęliśmy mieć trochę dość. Słońce prażyło niemiłosiernie, a nad naszymi głowami po linach bez ustanku sunęły gondole -  jedne z ludźmi, inne puste. W końcu dotarliśmy do stacji Start i okazało się, że z dołu, z Tatrzańskiej Łomnicy wjeżdża się tutaj starszymi, czteroosobowymi wagonikami o zdecydowanie mniej pociągającym wyglądzie (jakieś takie szare, odrapane, jakby podrdzewiałe).

Zatrzymaliśmy się przy stacji pod drewnianym zadaszeniem (można tam kupić piwo i lody, ale nie skorzystaliśmy), żeby posiedzieć w cieniu, napić się wody, ściągnąć na chwilę buty... Potem - ciąg dalszy zejścia. Najpierw wyasfaltowaną drogą, którą biegnie trasa dla trzykołowych wózków stanley rider (metalowe koromysła, którymi się zjeżdża za opłatą) - piesi schodzą lewą stroną drogi, a dzielni użytkownicy kołowych wynalazków zjeżdżają po prawej - później łąkami i lasem do Tatrzańskiej Łomnicy, skąd kolejką elektryczną wróciliśmy do Starego Smokowca.

Początkowo planowaliśmy iść nazajutrz do schroniska Téryego w Dolinie Małej Zimnej Wody (urocza nazwa swoją drogą, brzmi tak, jakby ją Indianie nadali), ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyprawę do schroniska Zbójnickiego (Zbojnicka Chata) w Dolinie Staroleśnej, gdzie podejście jest łagodniejsze. Stwierdziliśmy, że pogoda wymaga podjęcia radykalnych kroków. Wieczorem nastawiliśmy budzik na piątą rano, a na szlak wyszliśmy gdzieś tak dwadzieścia po ósmej (musieliśmy kupić prowiant na drogę, a delikatesy w Starym Smokowcu są czynne dopiero od siódmej). Prawdę mówiąc ten wczesny start niewiele dał. Słońce już porządnie przygrzewało, a ponieważ zniszczony las na stokach Siodełka praktycznie nie daje cienia, po dziesięciu minutach marszu pod górę i tak ociekaliśmy potem. Jerzy zaproponował wcześniej, żebyśmy wjechali na Siodełko kolejką, ja odmówiłam i teraz trochę żałowałam, ale było mi niehonorowo zgodzić się na podjazd, skoro planowaliśmy iść tylko do schroniska Zbójnickiego, a nie wyżej.

Od Siodełka do Doliny Staroleśnej prowadzą niebieskie znaki. Szlak biegnący przez niższe partie doliny nie wyróżnia się niczym szczególnym - ścieżka ułożona z dużych kamieni, kosodrzewina, rosnące wśród niej jarzębiny, łożyska wyschniętych potoków. W jednym miejscu trasa przebiega skalną półką, gdzie założono łańcuch, ale chyba głównie na wypadek oblodzenia oraz po to, żeby ułatwić przejście tragarzom zaopatrującym schronisko.

(Tu mała dygresja. Do schronisk położonych na dużych wysokościach w Tatrach Wysokich, takich jak Chata pod Rysami, schronisko Zbójnickie czy schronisko Téryego, całe zaopatrzenie wnoszone jest na ludzkich plecach. Zarówno w Dolinie Staroleśnej, jak i w Dolinie Małej Zimnej Wody oraz w okolicach Siodełka często można spotkać tragarzy (po słowacku - nosicze) targających wielkie drewniane stelaże z ładunkami rzędu 60-80 kg. Butle z gazem, kegi z piwem, styropianowe pudła z żywnością, dziesiątki półtoralitrowych butelek z napojami... Jak łatwo się domyślić - wszyscy tragarze, jakich widzieliśmy, byli sporego wzrostu i krzepkiej budowy, ale niekoniecznie młodzi; jeden na oko miał powyżej sześćdziesięciu lat.)

Kiedy doszliśmy do schroniska Zbójnickiego, zachmurzyło się i ochłodziło. Po krótkim odpoczynku i drugim śniadaniu stwierdziłam, że w zasadzie to dobrze mi się dzisiaj chodzi, jest wcześnie, pogoda spoko, więc może byśmy tak poszli wyżej, na Rohatkę (po słowacku Prielom), skoro to tylko godzina i dziesięć minut drogi... Jerzy na to jak na lato - poszliśmy.

W górnych partiach Doliny Staroleśnej zwraca uwagę surowy wysokogórski krajobraz z licznymi głazami, żółtymi plamami porostów oraz rozległymi piarżyskami. Niebieskim szlakiem na Rohatkę idzie się najpierw bardzo łatwo, dnem doliny - praktycznie po płaskim, ale później zaczyna się strome, dość wyczerpujące podejście, miejscami po osypujących się piargach. Są też skałki, po których trzeba się wspinać bez żadnej asysty w postaci łańcucha, jednak chyba największej uwagi wymagało wypatrywanie znaków szlaku. Dosyć łatwo go zgubić i zacząć iść na skróty jakimś piarżystym żlebem, który wygląda jak ścieżka, ale nią nie jest.

Sama Rohatka to dość wąskie wcięcie w grani, miejsca tam niewiele. Na górze wiało i było zimno - posiedzieliśmy chwilę na skałach, podebatowaliśmy nad mapą i Jerzy szybko zdecydował, że musimy zleźć tą samą drogą, którą spontanicznie weszliśmy; nie zabraliśmy tyle prowiantu, żeby starczyło na wydłużenie wycieczki o przejście przez Polski Grzebień. Zejście ładnie zilustrowało fenomen, który obserwowałam już wcześniej - ja pod wpływem adrenaliny dostaję przypływu energii i schodzę w trudniejszych miejscach szybciej niż małżonek, zresztą jakoś łatwiej mi się schodzi, kiedy idę sama. Poczekałam na niego u podnóża stromego odcinka, wykorzystując ten czas na to, żeby wyrzucić kamienie z butów i natrzaskać zdjęć.

Mniej więcej w połowie drogi z powrotem do schroniska Zbójnickiego zatrzymaliśmy się, żeby coś przekąsić, i na przeciwległym zboczu doliny, gdzie rosła trawa, goryczki oraz trochę kosówki, wypatrzyliśmy trzy kozice, z których dwie skubały ziółka, a jedna nonszalancko zaczęła się wspinać na skałkę. Wyniośle ignorowały turystów robiących im zdjęcia.



Wychodząc z Doliny Staroleśnej opuściliśmy strefę zbawczych chmur, które tego dnia trzymały się górskich szczytów, i poczuliśmy, jaki upał panuje na dole. Schodząc z Siodełka stwierdziliśmy, że mamy wszystko w nosie, i szliśmy tak powoli, że wyprzedzały nas nawet rodziny z małymi dziećmi. Do Jerzego gdzieś na tym etapie dotarło, że wspinając się na Rohatkę z emocji zapomniał o głodzie i przez 11 godzin, jakie minęły od śniadania, zjadł tylko trochę herbatników oraz dwa jabłka, a teraz jakoś mu dziwnie słabo...

Ubiegłoroczna wyprawa na Rysy od słowackiej strony oraz tegoroczna Rohatka ugruntowały we mnie pewne przekonanie odnośnie do tego, kiedy szlak odbieram jako przyjemny, a kiedy nie. Po skałach mogę się wspinać. Konieczność użycia rąk, łańcuchy, ekspozycja - no problem. To, czego najbardziej nie lubię w górach, to 1) kamyki i żwirek osuwające się pod butami oraz 2) górne odcinki szlaku tak rozwalone przez erozję i rozdeptane przez setki tysięcy turystów, że miejscami nie widać, którędy ścieżka powinna biec. Poczytawszy dostępną online kronikę TOPR, a w szczególności podsumowanie dwóch miesięcy lata 2015 (kroniki TOPR to całkiem ciekawa i pouczająca lektura, polecam) już wiem, że intuicja dobrze mi podpowiadała. Przeważająca większość wypadków w Tatrach, które wymagają interwencji ratowników, to wcale nie odpadnięcia od łańcuchów czy upadki w przepaść na najbardziej niebezpiecznych szlakach typu Orla Perć, tylko incydenty z gatunku "turystka poślizgnęła się schodząc Doliną Roztoki i doznała urazu nogi uniemożliwiającego zejście o własnych siłach" albo "turysta zabłądził schodząc z Rysów". Potknięcia, poślizgnięcia na kamienistej ścieżce, niekoniecznie w eksponowanych miejscach, oraz zgubienie szlaku skutkujące tym, że człowiek włazi w eksponowany teren, skąd już nie jest w stanie bezpiecznie wrócić i musi dzwonić po ratowników (wersja optymistyczna) lub gdzie upada, stacza się w dół i robi sobie krzywdę (wersja pesymistyczna). Na moje oko ta "łatwiejsza" strona Rohatki to wymarzone miejsce, żeby sobie albo zafundować zwichniętą kostkę/wybite zęby/złamany nadgarstek, albo niechcący zleźć ze ścieżki i utknąć. Lepiej tam iść z kimś, uważnie wypatrywać znaków szlaku, a przy pierwszych oznakach, że szykuje się deszcz - zawrócić, zanim skałki zrobią się śliskie.

C.d.n. w wolnej chwili. A oto jeszcze parę zdjęć.

Widok z magistrali tatrzańskiej nieco poniżej Łomnickiego Stawu:


I drugi w podobnym stylu - tu widać trasę kolejki z gondolami:



Wysychający Łomnicki Staw:


Krajobraz w środkowej części Doliny Staroleśnej:



Piarżyska w górnej części Doliny Staroleśnej. Jasna nitka ścieżki to szlak na Rohatkę.


   Ostatni odcinek podejścia na Rohatkę widziany z dołu:


 Widok ze szlaku na Rohatkę, wydaje mi się, że w kierunku północno-wschodnim (jeśli się mylę, niech ktoś mnie poprawi).



I wreszcie - Ignit w Dolinie Staroleśnej, po zejściu z Rohatki:

2 komentarze:

  1. A do tych górskich kolejek są ludzkie kolejki ? Ale nie takie jak u nas na Kasprowy,że 4 godziny stoisz?
    szlak łatwo go zgubić i zacząć iść na skróty - ooo, to mnie zaniepokoiłaś, u nas Tatry są dobrze oznakowane.Pewnie, te cholerne kamyki są najgorsze.Jesteście dzielni.Tylko popracujcie nad planowaniem, bo stracimy zdolną pisarkę (mój mąż czytał Twoje książki na wyjeździe! I chwalił)
    Zdjęcia super, zwłaszcza kozica.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na temat kolejek do kolejek :) niestety niewiele mogę powiedzieć, bo nie próbowaliśmy nimi jeździć (raz wjechaliśmy tylko kolejką zębatą na Siodełko, ale wczesnym rankiem - wtedy przy kasie praktycznie nie było ludzi). Jednak patrząc na to, jaką przepustowość ma kolejka na Łomnicę w swoim środkowym odcinku (te gondole jeżdżące non stop), nie wydaje mi się, aby trzeba było długo czekać, zwłaszcza że bilety chyba można kupić przez Internet. Możliwe, że trzeba poczekać na wjazd na samą Łomnicę - tam jeżdżą tylko dwa wagoniki, z których każdy zabiera jednorazowo kilkanaście osób - ale z kolei cena jest zaporowa, co może ograniczać liczbę chętnych. Gdy chodzi o gubienie szlaków - to zależy od szlaku, ale tak, generalnie trzeba uważać na wszelkie nieoznakowane rozwidlenia ścieżek oraz w terenie piarżysto-żwirowatym, gdzie łatwo pomylić żleb ze ścieżką. Raz zawróciliśmy młodzieńca, który w kosodrzewinie zaczął schodzić łożyskiem wyschniętego potoku zamiast oznakowanym szlakiem. Warto mieć ze sobą mapę. Cieszę się, że książki się podobały - pozdrów męża! :)

      Usuń