2015-09-09

Tatry 2015 (odcinek 4): Polski Grzebień, Mała Wysoka i Batyżowiecki Staw


Przedostatniego dnia ruszyliśmy zdobyć przełęcz Polski Grzebień (Poľský hrebeň). Ze Starego Smokowca wspięliśmy się dobrze nam już znanym żółtym szlakiem do hotelu górskiego "Śląski Dom" nad Wielickim Stawem i tam skręciliśmy na szlak zielony, który zaczyna się w Tatrzańskiej Polance i biegnie w głąb Doliny Wielickiej. Środkowe piętro Doliny Wielickiej, mające postać trzech trawiastych tarasów, bywa nazywane Wielickim Ogrodem (Kvetnica), bo na wiosnę kwitnie tam mnóstwo kwiatów. O tej porze roku kwiatów już nie uświadczyliśmy, tylko głazy i rude trawy falujące na wietrze. W Wielickim Ogrodzie wiało jak sto pięćdziesiąt, do tego stopnia, że przywiązałam sobie bandaną kapelusz do głowy, nie przejmując się, że wygląda to co najmniej dziwnie.

W górnej części doliny trasa biegnie skośnymi trawersami przez piarżyska, a kawałek przed przełęczą zaczynają się łańcuchy zabezpieczające przed obsunięciem się po skalistym zboczu. Nie jest szczególnie trudno, ale trzeba się trochę powspinać po skałkach - w jednym miejscu oprócz łańcuchów są 3 czy 4 klamry. Z Polskiego Grzebienia roztacza się całkiem efektowna panorama. Pięknie widać stamtąd Gerlach! Po przeciwległej stronie, za Małą Wysoką, w grani można dostrzec charakterystyczne wcięcie Rohatki - te dwie przełęcze są połączone szlakiem i w przyszłym roku spróbujemy zaliczyć obie w ramach jednej wycieczki.

 


Dłuższą chwilę zastanawialiśmy się, czy z Polskiego Grzebienia iść jeszcze na Małą Wysoką (Východná Vysoká) - trochę nas niepokoiło, czy wyżej na zboczu wiatr nie będzie groził strąceniem człowieka, bo w Wielickim Ogrodzie oboje momentami chwialiśmy się na ścieżce. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że zawrócić zawsze można - i poszliśmy.

 Żółty szlak na Małą Wysoką biegnie tylko na wierzchołek góry, potem trzeba wracać tą samą drogą. Wg znaków wejście trwa godzinę, zejście - 35 minut. Po drodze najpierw trzeba się wspinać po skałkach z użyciem rąk, ale bez ekspozycji - w jednym miejscu rozpięto krótki łańcuch, przy suchej pogodzie niespecjalnie potrzebny - a później lezie się mozolnie ścieżką po zboczu, gdzie życie trochę uprzykrza osuwający się rumosz. Właziłam tam zmęczona, ale szczęśliwa jak diabli, że pogoda jest tak obłędnie piękna. Wiatr dziwnym trafem zupełnie nie utrudniał nam wędrówki, widocznie znajdowaliśmy się po osłoniętej od niego stronie góry.

Przy dobrej pogodzie widoki z Małej Wysokiej są cuuuudne (widać stamtąd Tatry Bielskie!), naprawdę warto się zmęczyć i tam wspiąć. Przy schodzeniu trzeba BARDZO uważać, żeby nie zgubić szlaku, zwłaszcza w jednym miejscu, gdzie można z niego niechcący zejść w eksponowany teren po jednej lub drugiej stronie. A ze szczytu widać na przykład takie rzeczy:




Ostatniego dnia pobytu prognozy zapowiadały zmianę pogody i deszcz, więc nie zamierzaliśmy już pchać się nigdzie wyżej. Na szlak wyszliśmy późnym rankiem i ponownie wspięliśmy się żółtym szlakiem przez las do hotelu górskiego "Śląski Dom", pocąc się w upale jak nie wiem co. Kiedy tam doszliśmy, ku naszej uldze niebo zaczęło się chmurzyć; z zachodu napływały niskie cumulusy, wierzchołki gór chwilami niknęły we mgle. Coś podpowiadało mi, że prognoza dotycząca deszczu spełni się, mimo że na razie nic go nie zapowiadało. Poszliśmy magistralą tatrzańską nad Batyżowiecki Staw położony pod masywem Gerlachu. Trasa nie jest trudna, ale ponieważ był to ósmy dzień chodzenia bez przerwy, na podejściach dopadał mnie syndrom misia niechcemisia (misie niechce - najczęściej spotykane misie w Polsce) i ucieszyłam się, kiedy w końcu przed naszymi oczami ukazało się jezioro. Obfotografowaliśmy je wraz z otaczającymi szczytami (kiedy byliśmy tam w ubiegłym roku, chmury wisiały tak nisko, że nie warto było robić zdjęć). Dłuższy czas posiedzieliśmy na głazach nad wodą, bo nie było dokąd się spieszyć. Czekała nas już tylko droga powrotna - zejście żółtym szlakiem do Wyżnich Hagów.



Kiedy schodziliśmy lasem (prawdziwym, niezniszczonym lasem, w cieniu wysokich drzew - bardzo miła odmiana), zachmurzyło się definitywnie i zrobiło się chłodniej. Żółtym szlakiem z Wyżnich Hagów do Batyżowieckiego Stawu zdecydowanie przyjemniej się schodzi do miejscowości niż podchodzi, bo miejscami ścieżka biegnie zaskakująco stromo pod górę i trzeba włazić po wielkich głazach jak po schodach. Gdy już czekaliśmy na małej stacji kolejowej, aż przyjedzie "elektriczka", zaczął kropić deszcz, który wkrótce przybrał na sile. Tego wieczoru, ku naszej radości, nad Tatrami przetoczyła się burza z ulewą.

Nazajutrz rano było mokro, mgliście i... zimno - o siódmej termometr pokazywał zaledwie 11 stopni (poprzedniego dnia o tej samej godzinie - 26). Góry niknęły we mgle tak samo, jak w dniu naszego przyjazdu, może po to, żeby było nam mniej smutno odjeżdżać.

Podróż powrotną mieliśmy z trzema przesiadkami. O 7:43 pojechaliśmy kolejką elektryczną ze Starego Smokowca do stacji Poprad-Tatry, gdzie mieści się początkowy przystanek autobusu do Zakopanego, który co prawda zatrzymuje się w Smokowcu, ale nie chcieliśmy ryzykować, że zabraknie dla nas miejsc siedzących (w zeszłym roku jechaliśmy tym samym autobusem i w Popradzie wtłoczył się do niego dziki tłum). Ostrożność okazała się słuszna, bo co prawda tym razem w Popradzie wsiadła oprócz nas tylko jedna osoba, ale za to na przystanku w Starym Smokowcu czekała cała rzesza ludu - głównie turystów, którzy wysiadali jeszcze po słowackiej stronie. Do Zakopanego dotarliśmy sprawnie, o czasie, bo we wrześniu tatrzańskie szosy są już puste (rok temu, w szczycie sezonu i w dodatku w weekend, autobus utknął w straszliwym korku jeszcze przed Łysą Polaną i jechał w ślimaczym tempie w sznurze aut). Było chłodno, pochmurno, mżyło. Po krótkiej debacie, czy lepiej jechać o 14:30 autobusem bezpośrednio do Lublina, czy też pierwszym lepszym do Krakowa i tam przesiąść się na pociąg, zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję i po niecałych trzydziestu minutach już wsiadaliśmy w autobus do Krakowa firmy Szwagropol, odjeżdżający o 11:20.

Podróż do Krakowa trwała mniej więcej dwie godziny - żadnych korków na zakopiance! W grodzie Kraka musieliśmy przeczekać do 16:51, kiedy to odjeżdża ekspres "Jagiełło" do Lublina. Oddaliśmy ciężkie plecaki do przechowalni bagażu i prawie trzy godziny spędziliśmy, szwendając się bez celu (jeśli nie liczyć dokupienia prowiantu na resztę drogi) po Galerii Krakowskiej oraz po bezpośrednim otoczeniu dworca. Zabijanie czasu at its finest. W końcu nadszedł czas, żeby odebrać bagaż, przemieścić się na peron i wsiąść do pociągu, którego skład tworzyły raptem trzy wagony. Duchota, tłok, konduktor o fizjonomii świadczącej o zamiłowaniu do trunków - nic nowego. Do Lublina dojechaliśmy planowo, tuż przed 21. Zmęczeni, ale strasznie zadowoleni z wyjazdu.

A oto jeszcze kilka zdjęć wieńczących ostatni odcinek tatrzańskiej relacji.

Żółty szlak ze Starego Smokowca do Doliny Wielickiej:


Hotel górski "Śląski Dom" (prawda, że ta modernistyczna bryła wydaje się w górach wyjątkowo nie na miejscu?)


Obłędne widoki albo z trasy na Polski Grzebień blisko przełęczy, albo z samej przełęczy, już nie jestem pewna:



Gerlach widziany z Polskiego Grzebienia:


Jeszcze jeden widoczek z Polskiego Grzebienia:



 Widoki z Małej Wysokiej:



  Wielicki Staw widziany z góry:




4 komentarze:

  1. Piękne to wszystko...Czyli w przyszłym roku też?

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam szczerą nadzieję, że tak! W tym roku ostatecznie nie poszliśmy na Krywań, który początkowo był w planach (na ten szlak najlepiej iść, kiedy się ma kwaterę blisko Szczyrbskiego Jeziora, bo ze Smokowca traci się prawie godzinę na podjazd w każdą stronę), ostrzę sobie też ząbki na Czerwoną Ławkę :) Ale chciałabym również zaliczyć kilka szlaków w Tatrach Polskich, na których nie byłam przed laty, kiedy intensywnie tam jeździłam z rodzicami - głównie te w rejonie Orlej Perci, bo Rysy, Świnica i Zawrat są już dawno "odhaczone". Tak więc zobaczymy, czy ostatecznie wybór padnie na Słowację, czy na Polskę.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Powodzenia! Pogody! I niech bogowie czuwają nad wiidźmianami na szlaku!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń