2015-12-11

Gwiezdnowojennie (bo czemu nie?)


Siekiera, motyka, kłębek sierści - ma Imperium Gwiazdę Śmierci,
siekiera, motyka, burza, grad - już z niej został tylko wrak.
Siekiera, motyka, traktor z pługiem - już budują sobie drugą,
siekiera, motyka, piłka, kurz - rozwalimy im i już!

(Piosenka napisana przez Achikę na konwentowy konkurs gwiezdnowojenny lata temu.)


Muszę najwyraźniej przemyśleć swoje podejście do prowadzenia bloga, bo już kolejny raz powtarza się sytuacja: pilne tłumaczenia = wszystko inne leży. Nie chcę bloga zamykać ani ogłaszać, że znikam stąd bezterminowo, więc... zobaczymy.

Zbliża się premiera VII epizodu Gwiezdnych Wojen i powiem szczerze, że ten fakt jakoś po mnie spływa. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego - dla moich najbliższych znajomych to w końcu kultowe filmy, dla mnie może nie do tego stopnia, ale jakąś tam orientację w uniwersum starwarsowym mam, trochę ciepłych wspomnień z nim związanych też - i wzięło mnie na wspominki.

"Starą" trylogię gwiezdnowojenną obejrzałam w 1997, dość późno, bo będąc w drugiej klasie liceum. Żeby było śmieszniej, rok wcześniej przeczytałam nowelizację "Nowej nadziei" wypożyczoną z biblioteki szkolnej, w ogóle NIE WIEDZĄC, że to jest nowelizacja filmu, a co dopiero, że film jest jednym z najsławniejszych w dziejach kina... Cóż robić - o ile mając te 16 lat, zdążyłam już przeczytać furę literatury fantastycznej, o tyle z kanonem kina fantastycznego byłam znacznie słabiej obeznana, w dużej mierze dlatego, że w domu nie mieliśmy magnetowidu. (Tu dygresja: nigdy nie przepadałam jakoś dziko za oglądaniem filmów, wolę książki i ewentualnie teledyski. Po dwudziestym piątym roku życia obojętność w stosunku do sztuki filmowej niepostrzeżenie, stopniowo przeszła mi w niechęć. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, może kiedyś machnę o tym oddzielny wpis. W kinie nie byłam od dobrych dziesięciu lat, a ostatnim filmem, jaki obejrzałam w zaciszu domowym, ale bynajmniej nie w całości, tylko przeskakując po ciekawszych scenach, było "Nad Niemnem" z YouTube w ubiegłym roku. Czasem, kiedy opis jakiegoś filmu mnie zaciekawi, wyszukuję sobie w necie jego scenariusz i czytam. Tak, wiem, że straszne ze mnie dziwadło!)

No, ale wróćmy do Gwiezdnych Wojen. Kiedy już w wieku późnonastoletnim nadrobiłam swoje rażące braki w "edukacji" popkulturowej, oglądając starą trylogię, spodobała mi się. Bez gigantycznej fascynacji, ale odebrałam ją zdecydowanie pozytywnie, zwłaszcza epizod "Imperium kontratakuje". (Dla porównania - ojciec, który też nie miał wcześniej styczności ze światem stworzonym przez Lucasa i którego w 1997 wywabiłam do kina na podrasowaną komputerowo starą-nową "Nową nadzieję", stwierdził, że to jest głupawe, dziecinne i nudne.) Świetna muzyka, scenariusze trzymające w napięciu. Bardzo polubiłam trio Luke-Leia-Han i do tej pory uważam, że ta trójka bohaterów - a raczej aktorzy, którzy ich zagrali - jest główną zaletą "starych" Gwiezdnych Wojen. (Przepraszam w tym miejscu Chomika - Chomiku, wiem, że jesteś fanką lorda Vadera! Ja mam z nim ten problem, że po obejrzeniu "nowej" trylogii Vader już nigdy nie będzie dla mnie taki sam - nie cierpię blondwłosego Anakina Skywalkera jak morowej zarazy.)

Z kolei nowa trylogia, ta prequelowa, no cóż... Okazało się, że mój poziom fanowskiej sympatii nie jest aż tak wysoki, żeby ją przyjąć "z dobrodziejstwami inwentarza". Epizod pierwszy obejrzałam, o ile pamiętam, w telewizji - rozczarował mnie koszmarnie. Jęzor Jar-Jara i ośmioletni dzieciak w myśliwcu? Naprawdę nie tego poziomu infantylności się spodziewałam. Jedynym jasnym punktem był tam Ewan McGregor w roli młodego Obi-Wana. Na epizod drugi wybrałam się do kina razem z bandą znajomych i w zasadzie nawet mi się podobało, zwłaszcza robal, za pomocą którego usiłowano zabić Amidalę, pościgi w przestrzeni powietrznej Coruscant oraz tekścik Yody: "Lost a planet master Obi-Wan has... How embarrassing!". Natomiast Jango Fett jako postać kompletnie po mnie spłynął, a Anakin wkurzał do białości. Epizodu trzeciego... na dzień dzisiejszy nie obejrzałam jeszcze i nie wiem, czy kiedyś obejrzę, bo to historia o upadku Anakina, upadku Zakonu Jedi i śmierci Amidali, a nie lubię fabuł polegających na tym, że ktoś robi jedną głupotę za drugą i potem za to płaci.

Na VII epizod raczej nie pofatyguję się do kina, ale po cichu zastanawiam się, czy będzie to film kompletnie skopany, na miarę "Mrocznego widma", czy może jednak nie...? Oficjalne trailery wyglądają obiecująco - mrocznie i "dorośle". Ciekawe, w jakim stopniu przełoży się to na rzeczywistość. Jest sympatyczna młoda bohaterka, dużo ognistych wybuchów, szlachetnie posiwiały Han Solo i tajemniczy Sith w czarnej zbroi. Wszystko to rodzi nadzieje, że może nie będzie tak źle. Ale jeśli okaże się, że Luke Skywalker w nowej-nowej trylogii przeszedł na ciemną stronę Mocy, tak jak sugerują plotki krążące po sieci (i jeden z trailerów zawiera sceny, które można byłoby tak interpretować), zniechęci mnie to definitywnie do oglądania.





P.S. Piosenka zacytowana na początku niniejszego wpisu w wersji pełnej brzmi tak:

Siekiera, motyka, kłębek sierści - ma Imperium Gwiazdę Śmierci,
siekiera, motyka, burza, grad - już z niej został tylko wrak.
Siekiera, motyka, traktor z pługiem - już budują sobie drugą,
siekiera, motyka, piłka, kurz - rozwalimy im i już!

Siekiera, motyka, co za bzdura,
kula stali, w środku dziura.
Już się patrzy cały tłum,
jak ta gwiazda robi BUM!


3 komentarze:

  1. Ja poznałam stara trylogię,mając 14 lat i łażąc po kinach bez opamiętania..Stara trylogia miała fajnych bohaterów i mówiła o pewnych wartościach:walka dobra i zła czy lojalność wobec przyjaciół.
    Nowa trylogia jakoś to wszystko rozmyła,a fatalny aktorsko główny bohater sprawy nie poprawiał.Są tam świetne sceny -rzeź Jedi choćby,ale toną w masie efektów specjalnych i potworków.Szkoda.
    O nowej sama nie wiem co myśleć,poczekamy,zobaczymy..Trochę mam dosyć tych wszystkich gadżetów dla dzieci, boli trochę,ze SW zdziecinniało.
    Ja zawsze kochałam kino,filmy,przenosząc w inne światy ratowały mnie masę razy.Ale książki też kochałam,jedno drugiemu nie wadzi.
    Fajnie,ze piszesz.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, co masz na myśli z uciekaniem w inne światy - też zdarzało mi się (w latach licealnych) na tej zasadzie odpływać od rzeczywistości dzięki filmom, ale generalnie uciekanie w pisanie sprawdzało się lepiej. Z filmami mam ten problem, że mocno się angażuję w oglądaną historię, więc jeśli na ekranie obejrzę coś, co na mnie źle podziała, znacznie trudniej jest się z tego otrząsnąć niż w przypadku książki. Przy czym niekoniecznie mam na myśli straszne czy traumatyzujące sceny, raczej pewien rodzaj atmosfery, który mnie drażni. W zasadzie chyba jest wręcz tak, że dobrze odbieram wąską podgrupę filmów (świetnym przykładem z tej grupy byłby "Kruk" Proyasa), a cała reszta jest mi obojętna albo meh (np. każda komedia romantyczna zepsuje mi humor na 100%).

      Usuń
  2. Komedie romantyczne są często głupawe.Na mnie źle działa przemoc w dużej ilości np filmy typu "Piła".

    Chomik

    OdpowiedzUsuń