2016-02-14

Objaw naczyń połączonych


Tak jakoś wyszło, że po raz pierwszy od nie pamiętam jak dawna "szaleję", czyli przesiaduję po nocy przed komputerem nie dlatego, że pracuję, tylko dlatego, że mam ochotę. (Inna sprawa, że to sporo o mnie mówi, jeśli w moim języku "zaszaleć" znaczy: zarwać noc solo i na trzeźwo, żeby pogapić się w ekran, porozmawiać do późnych godzin ze znajomą na Fb, zredagować opowiadanie dla Esensji i napisać pierwszą od ponad miesiąca notkę na blogu...)

Będę marudzić. Luty to dobry miesiąc na marudzenie. Obserwuję u siebie tendencję, którą nazwałabym "objawem naczyń połączonych". Jeśli intensywnie skupiam się na jakiejś aktywności umysłowej, to inne podobne aktywności cierpią, nawet jeśli teoretycznie dałabym radę wygospodarować czas, żeby się nimi zajmować. Pisanie angażuje w moim mózgu jakieś duże koło zębate czy przekładnię, z której korzystają również tłumaczenia (i blogowanie, ale blogowanie z tego wszystkiego to najmniejszy kłopot).

Nieumiejętność sprawnego "płodozmianu" stwarza na dłuższą metę problem, z którym nigdy nie umiałam sobie poradzić. Tłumaczenie czy jakakolwiek inna praca umysłowa uprawiana systematycznie, codziennie, przez wiele godzin, wysysają mi umiejętność pracy nad własnymi tekstami. Pomysły nadal się rodzą, nawet w nadmiarze, ale tracę zdolność do tego, co zawsze było dla mnie najtrudniejsze, czyli "dziergania zdań" tak, żeby się układały w sensowną narrację. Jeśli ktoś kiedyś wymyśli, jak sobie z tym poradzić, i przekaże mi tę informację, spełni bardzo dobry uczynek - tylko proszę, bez rad typu "jedyne, czego potrzeba, to trochę dyscypliny" i "nie czekaj na natchnienie, po prostu codziennie wygospodaruj trochę czasu, siądź, skup się i pisz". Wiem, że to się u niektórych świetnie sprawdza, i może rzeczywiście wszystko, czego im potrzeba, to odrobina dyscypliny. U mnie z metody "siądź i pisz" rodzą się kawałki kiepskie, wymuszone i nienadające się do niczego - rok 2015 pozostawił mnie z obszerną, wybitnie demotywującą kolekcją takich niedokończonych urywków, strzępków i niewyklutych literackich piskląt.

No. To sobie ponarzekałam. A z rzeczy pozytywnych - kilka dni temu odesłałam przekład bardzo dobrej książki, którą będę reklamować, jak tylko pojawi się okładka i zapowiedź premiery.

I żeby zakończyć optymistycznym akcentem, linkuję piosenkę, którą pół Wszechświata na pewno już zna, ale to nie znaczy, że nie można jej zareklamować tej drugiej połowie. Jeśli Tuomas Holopainen ma do czegoś świetną rękę, to do komponowania takich "frunących" melodii  - na myśl tak z marszu przychodzą mi "Stargazers" i "Moondance" z albumu "Oceanborn", "Wanderlust" z albumu "Wishmaster" i nieco drapieżniejszy "I want my tears back" z albumu "Imaginaerum".





3 komentarze:

  1. Wszystkiego się naraz nie da. No,nie,ja się nie zgadzam, będzie mi brakowało Twoich książek! Może Ty za dużo do siebie wymagasz?

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mądrzy ludzie mówią, że jestem zbyt samokrytyczna, a to szkodzi w różnych dziedzinach życia - na twórczość też.

      Usuń
  2. Ano. Może trochę sobie odpuść...

    Chomik

    OdpowiedzUsuń