2016-03-13

"Olga i osty" - fragment





Część I

I’m on the street of my dreams
Or on the road to hell
(At Vance, „Streets of my Dreams”)


Piotr
Sen wewnątrz snu

Stary dom stoi na obrzeżach miasta. Wybite okna zasłonięte dyktą, rozwalające się ogrodzenie z siatki, na podwórzu chaszcze po pas. Zdaje się, że jest przeznaczony do rozbiórki, ale aktualnie nikt się nim nie interesuje. Bezdomni wolą koczować na działkach. Nikt tutaj nie przychodzi, nawet dzieciaki omijają to miejsce z daleka. I bardzo dobrze.
Odkąd wiedźma zmarła, żyję tu sam. Jakoś sobie radzę, choć jest ciężko, a gdy przyjdzie zima, będzie jeszcze ciężej. Ale na razie nie ma sensu myśleć o zimie. Nie sądzę, bym jej doczekał, bo szarych przybywa z każdym dniem i tylko patrzeć, kiedy się zorientują, że jestem ich wrogiem.
Na razie jednak nikt mnie tu nie niepokoi.
Może sprawiły to zaklęcia, które wiedźma szeptała po nocach; słowa w siedmiu językach, sypiące się jak piasek z rozbitej klepsydry. A może styczniowy talizman, który noszę na szyi.
Pamiętam, do czego służy, choć nie potrafię powiedzieć, kim jestem. Wiem na pewno, że tak naprawdę nie nazywam się Piotr. W Zaświecie znałem kogoś o podobnym imieniu, a mój styczniowy talizman należał wcześniej do niego. Wiem też, że w Zaświecie byłem kimś innym, podobnie jak moja towarzyszka, lecz wygnano nas tutaj, a przechodząc przez granicę, utraciliśmy pamięć. I nic więcej.
To wiedźma zawsze zwracała się do mnie „Piotrze”. Przypuszczam, że miała po temu jakiś powód, choć nigdy go nie poznałem. Nie mam jednak nic przeciwko, żeby być Piotrem. Imię dobre jak każde inne.
Styczniowy talizman też dostałem od wiedźmy.
Żyję tu jak rozbitek na wyspie, całkiem sam, nie licząc szczurów, a nawet one nie naprzykrzają mi się zanadto. W okolicy mają wystarczająco dużo pokarmu. Wzdłuż ścieżki rowerowej co kilkanaście kroków stoją śmietniki, a wędkarze zostawiają nad rzeką resztki przynęty, puszki po piwie i papierki po kanapkach.
Staram się wychodzić i wracać o takiej porze, żeby nikt nie zauważył, że stary dom ma lokatora. Ostrożności nigdy za wiele.
Wodę noszę z rzeki. Na parterze, w pomieszczeniu, które kiedyś było kuchnią, stoi żelazny piecyk typu koza. Palę w nim tym, co uda mi się zebrać w ciągu dnia – połamanymi suchymi gałęziami, kawałkami starych mebli, czasem makulaturą. Dni są coraz krótsze, chaszcze już żółkną, zbrązowiała nawłoć sieje siwym puchem. Nocami zimno wpełza do mojego legowiska, wślizgując się przez najmniejsze szpary niczym łasica.
Po wiedźmie nie zostało wiele. Trochę złachmanionych ubrań, wyszczerbiony kubek i stary koc, szyty z wielu różnobarwnych kwadratów zrobionych ręcznie na drutach. Różowe, zielone, niebieskie, fioletowe. Jeden róg koca jest nadpalony. Choć pytałem, staruszka nie potrafiła mi powiedzieć, jak do tego doszło; jąkała się i trzęsła, słowa grzęzły jej w gardle, daremnie gestykulowała chudymi rękami.
Teraz wieczorami przy świeczce pruję jej koc, a z uzyskanej w ten sposób włóczki splatam bransoletki. Amulety.
Dni spędzam w mieście. Chodzę ulicami i oferuję przechodniom moje kolorowe dzieła. Amuletu nie wolno oddać za darmo – żeby działał, musi zostać kupiony za pieniądze.
Kiedy mówię to ludziom, zwykle uśmiechają się dziwnie – z litością, zakłopotaniem? Czasem sięgają do portfela, żeby wygrzebać drobne, a gdy wręczam im amulet, dziękują z przylepionym uśmiechem, sztucznym do bólu. Inni tylko odwracają wzrok, zaciskają usta i przyspieszają kroku.
Czasem ktoś spyta, czy mi czegoś nie kupić. Może bułkę, kanapkę? Gorącą kawę? Ale zdarza się to coraz rzadziej.
Do ludzi, w których siedzą szare, nawet się nie zbliżam, rzecz jasna. Na szczęście można ich łatwo rozpoznać. Twarze mają pozbawione wyrazu, bez rumieńców, oczy bezbarwne, spojrzenie otępiałe. Chodzą zgarbieni, w wymiętych ubraniach, a na widok moich bransoletek syczą nienawistnie. Nie ważą się uczynić nic więcej. Na razie jeszcze się boją, boją się styczniowego talizmanu. Ale to długo nie potrwa, bo szarych przybywa, a ja z każdym dniem jestem słabszy. Gdy wędruję ulicami, czuję, jak zimne myśli szarych krążą wokół mnie i tną, tną, tną jak komary, a przez te malutkie ranki pomalutku wycieka ze mnie całe ciepło, wyciekają barwy, smutek i śmiech; wycieka to, co Piotra czyni Piotrem.
Szary zapuszcza w człowieku korzenie i ssie jak pasożyt, jak kanianka albo jemioła. Wysysa uczucia, myśli, pragnienia i rośnie, rośnie, aż w końcu nie ma już człowieka, tylko skorupa pełna szarego dymu. Ciało nadal oddycha, je i wydala, oczy widzą, usta mówią – ale to już nie jest człowiek.
Gdy wędruję ulicami i coraz częściej widzę wokół siebie blade, nieruchome twarze o tępych spojrzeniach, gdy czuję chłód, który wionie od tych ożywionych kukieł, łapię się na myśli, że nic nie zatrzyma epidemii, że z moimi bransoletkami z kolorowej włóczki jestem równie śmieszny jak handlarze sprzedający podczas zarazy bukieciki kwiatów, których woń, jak wierzono, chroniła przed morowym powietrzem. Ale wiedźma powtarzała, że muszę pleść i sprzedawać amulety, dopóki starczy mi sił. Więc plotę i sprzedaję, tłumacząc, do czego służą, choć widzę, że ludzie mnie nie słuchają. Chowają bransoletki do kieszeni, a niejeden pewnie wyrzuca je za rogiem do najbliższego kosza na śmieci, jakby to były ulotki z reklamą kursu językowego czy nowego baru sushi.
To, co uda mi się zarobić, w całości wydaję na jedzenie. Chleb, kluski, margaryna, cebula, kefiry, najtańszy żółty ser. Teraz już tylko dla siebie, do niedawna – dla siebie i wiedźmy. Dopóki wiedźma żyła, przędła dla mnie nici. Jej drżące palce, zniekształcone artretyzmem, wciąż jeszcze umiały sprawnie posługiwać się wrzecionem. Nie wiem, skąd brała przędzę. Wieczorem, tuż po zachodzie słońca, zawsze wychodziła na dwór, a gdy wracała, niosła w podołku mieniący się barwami puch, lżejszy niż ten, który osypuje się z dmuchawców i nawłoci. Nie umiałbym skręcić czegoś takiego w nić, ale ona umiała. Potem nocami, przy świeczce, nuciła piosenki o słońcu i ścieżkach przez las, o malinach i ostach, i przędła dla mnie nici. Niebieskie, fioletowe, zielone i różowe.
A teraz mogę już tylko pruć jej koc.
Każdy dzień jest podobny do poprzednich. Każdego ranka budzę się trochę słabszy. Oczy mi ropieją; przy posłaniu zawsze trzymam butelkę z przegotowaną wodą i paczkę chusteczek, żeby je przemyć po obudzeniu, bo często nie mogę rozkleić powiek.
Woda z rzeki, nawet długo gotowana, zachowuje nieprzyjemny rzeczny zapach, ale piję ją od miesięcy i żyję. Szkoda mi drobnych na butelkowaną.
Nie mam wszy i staram się nie śmierdzieć, choć oznacza to mycie się w rzece, po ciemku, i pranie w niej ubrań. Sprzedaję nieco więcej amuletów, odkąd noszę porządniejsze ubrania – te, które dał mi ojciec Daniel, dominikanin. Tak się przedstawił: ojciec Daniel jestem, dominikanin. Wdał się ze mną w rozmowę jeszcze w czerwcu. To był gorący, słoneczny dzień. Przysiadłem w cieniu pod furtą kościoła Dominikanów na deptaku, żeby odpocząć, a po chwili ze środka wyszedł siwowłosy mężczyzna w habicie. Najpierw zapytał, czy dobrze się czuję i czy nie chcę wody. Potem, czy jestem głodny i czy mam gdzie mieszkać. W końcu kazał mi chwilę zaczekać, po czym wrócił lekko zdyszany, z triumfalnym uśmiechem, i wręczył mi siatkę używanych ubrań. Zabrałem je, bo niegrzecznie byłoby odmówić.
Kiedy wróciłem do domu i opowiedziałem, co się stało, wiedźma się skrzywiła, ale pozwoliła mi obejrzeć zawartość siatki. W środku znajdowały się przyduże dżinsy, dwie bluzy, dwa T-shirty, skarpety i bielizna. Jeszcze ręcznik tam był, butelka szamponu familijnego i Pismo Święte, starannie zawinięte w cienką reklamówkę.
Wiedźma powiedziała, że mogę zatrzymać ubrania, ale Biblię kazała wyrzucić, więc wieczorem poszedłem nad rzekę i zakopałem ją pod drzewem. Po kilku dniach wróciłem w to miejsce i z ciekawości rozkopałem dół. Już nie było tam Biblii, tylko wijące się, tłuste, białe robaki, takie same jak te, których wędkarze chętnie używają jako przynęty.
Przez całe lato staruszka czuła się dobrze. Podkradałem dla niej na działkach owoce – wiśnie, śliwki, małe kwaśne jabłka, drobne twarde gruszki, których nikt nie zbiera, bo po co, skoro w sklepie można dostać słodkie i soczyste. Gryzła je pożółkłymi, ale mocnymi zębami, podobnymi do mysich, i uśmiechała się do mnie.
– Dobry chłopak – mówiła z błyskiem w ciemnych oczach, po czym mrugała porozumiewawczo, jakby w tych słowach krył się żart zrozumiały wyłącznie dla niej.
A potem zachorowała. Przez szare, jak sądzę, choć nigdy nie widziałem żadnego w pobliżu naszego domu. Pewnego ranka zbudziłem się i zobaczyłem, że staruszka nie krząta się, jak zwykle, wokół piecyka (codziennie rano piła tanią sypaną kawę z dwiema łyżeczkami cukru – drobna słabość, na którą mogliśmy sobie pozwolić), tylko leży skulona pod przykryciem, drżąc na całym ciele.
– Zimno mi – poskarżyła się, szczękając zębami.
Położyłem rękę na jej czole – było rozpalone.
– Kim ty jesteś? – spytała, mrużąc oczy, wyraźnie zdezorientowana. – Gdzie Aroldo?
Nie wiedziałem, o kim mówi. Na szczęście po chwili staruszka już sama nie pamiętała, o co pytała. Napaliłem w piecyku, zaparzyłem herbaty, lecz wiedźma mimo namawiań nie chciała pić.
Wkrótce zaczęła bredzić. Mamrotała o szarych, ostach i bagnach, i o dwóch siostrach, z których jedna żyje nad ziemią, a druga pod. Gdy słuchałem tego wszystkiego, po plecach pełzały mi ciarki. Wiedziałem, że nie są to zwykłe majaki, że gorączka – niczym nurt rzeki – przynosi do niej z powrotem strzępy przeszłości, strzępy tego, co pozostawiliśmy za sobą, gdy wygnano nas z Zaświatu. Ale ja zapomniałem więcej niż ona, zapomniałem prawie wszystko. Osty, które rosły na podwórzu wokół naszego schronienia, były dla mnie ostami i niczym więcej.
Potem wiedźma zamilkła. Leżała bez ruchu, bezgłośnie mamlając wargami, patrząc na krople spływające po brudnej szybie. Godziny mijały.
Wtem – stało się to tak nagle, że aż się wzdrygnąłem – na zewnętrzny parapet okna wskoczył kot. Zbliżył pyszczek do szyby, przypatrując się nam. Mógłbym przysiąc, że nie miał jednego ucha. Z jakiegoś powodu ten widok mnie zmroził. Ale jeszcze bardziej przeraził wiedźmę.
W jednej chwili zerwała się z posłania. Próbowałem jej zastąpić drogę, ale odtrąciła mnie i wybiegła z domu tak, jak stała, w deszcz, w kocu narzuconym na ramiona i boso, w starej koszuli nocnej, spod której wystawały pokryte żylakami nogi.
– Felicita! – zaczęła krzyczeć. – Olga! Olga! Felicita!
Pobiegłem za nią, daremnie usiłowałem tłumaczyć, że nie znam żadnej Olgi ani Felicity i żeby się uspokoiła. Krzyczała, póki nie zabrakło jej tchu i nie zachrypła; wtedy padła na kolana w mokrą trawę i zaczęła płakać. Stałem bezradnie, trzymając nad nią zepsutą, ale dającą się jeszcze od biedy rozłożyć parasolkę, a deszcz szumiał. W końcu wiedźma ochłonęła na tyle, żeby pozwolić, bym ją zaprowadził z powrotem pod dach. W domu wytarłem ją i pomogłem się przebrać w suche rzeczy, myśląc ponuro, że teraz już na pewno dostanie zapalenia płuc.
Kot, oczywiście, zniknął. Wcale nie byłem już pewien, czyśmy go naprawdę widzieli.
Ten wieczór sączył się jak deszczówka z dziurek w przerdzewiałej beczce stojącej na podwórzu. Wiedźma leżała na swoim nędznym posłaniu, otulona starą kołdrą bez poszewki oraz nadpalonym kocem z kolorowych kwadratów. Mamrotała bez ładu i składu, powtarzając imiona, które nic mi nie mówiły, a ja grzałem wodę i parzyłem jej herbatę, bo nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić. Miałem trochę drobnych, bałem się jednak zostawić staruszkę samą, żeby iść do apteki po aspirynę. Zawiesiłem jej na szyi styczniowy talizman, ale niewiele to dało. Tymczasem deszcz szumiał bez ustanku, pluskał miarowo, ciurkał z zepsutych rynien i kapał do środka przez przeciekający dach.
Nad ranem staruszka uspokoiła się i zapadła w sen. Oddychała chrapliwie, przy każdym wdechu świszczało jej w płucach. Siedziałem przy niej, oczy kleiły mi się coraz bardziej, deszcz szumiał, aż w końcu zorientowałem się, że idę ścieżyną przez ciemny las, woda kapie z gałęzi, a zarośla chwytają mnie za ubranie. Usłyszałem hukanie sowy, podniosłem wzrok i wtedy ją zobaczyłem.
Wiedźma siedziała na konarze starego drzewa. Jej ciało i rozczochrane włosy były teraz zupełnie białe, białe jak śnieg, oczy też miała białe i ślepe, a w ręku trzymała pęk kolorowych bransoletek.
– Pleć amulety – wychrypiała – chroń miasto przed szarymi... A moje kości zakop pod progiem...
Krzyknąłem i zacząłem uciekać, lecz potknąłem się o korzeń i runąłem w bagienną wodę, która zamknęła się nad moją głową.
A gdy się ocknąłem, staruszki już nie było. Na posłaniu leżały suche patyki, trochę ciemnego proszku oraz kilka kości, zmurszałych i zzieleniałych, pokrytych warstewką pleśni.
Zakopałem szczątki wiedźmy pod progiem, tak, jak prosiła. Posłuszny jej ostatniemu życzeniu, wytrwale plotę amulety i sprzedaję je przechodniom, choć wiem, że to nic nie da, bo szare krążą po mieście i wciąż ich przybywa. Nocami, gdy wokół starego domu panuje cisza, słyszę dolatujące z oddali echa ich zimnych, zimnych myśli.


Olga
Kocie nieszczęście

Zawsze może być gorzej.
Pamiętam, że wisielczo pocieszałam się tymi słowy, brnąc przez zawalone śniegiem uliczki na osiedlu Górki z kartką, na której zapisałam sobie adres Ryśka Wierzbickiego. Czułam, jak palce w rękawiczkach drętwieją mi z zimna, i zastanawiałam się, czy mój ból gardła do jutra przeistoczy się w anginę.
Od trzech i pół roku nie miałam stałego źródła dochodów. Księgarnia, w której udało mi się zaczepić po znajomości krótko po skończeniu studiów i szczęśliwie przepracować prawie pięć lat, przestała istnieć – nie pierwsza, która padła ofiarą kryzysu na rynku wydawniczym. Od tamtej pory utrzymywałam się ze zleceń. Oczywiście szukałam stałej pracy, ale po bezowocnym wysłaniu nie wiem już ilu CV mój zapał znacznie przygasł. Kolejne energiczne zrywy z rozsyłaniem aplikacji na prawo i lewo przeplatały się z coraz dłuższymi okresami zniechęcenia i marazmu, gdy ograniczałam się do mechanicznego dłubania w kiepsko opłacanych korektach. Obecnie, prawdę mówiąc, niespecjalnie już wierzyłam, że w realnej przyszłości uda mi się znaleźć jakąś sensowną, czy choćby ledwie znośną posadę. Nie uśmiechało mi się smażenie frytek w McDonaldzie ani kasa w Biedronce, a jeśli chodzi o pracę na stanowisku konsultantki czy telemarketerki, kilka razy próbowałam aplikować, ale przepadałam w procesie rekrutacji – ktoś, kto pracuje na słuchawce, nie powinien się jąkać z nerwów. Póki co radziłam sobie zatem, jak umiałam, pracując jako redaktor i korektor, i czekałam, wściekła, na wiecznie spóźniające się płatności.
Zgodnie z testamentem mamy, ponieważ ja zostałam z mieszkaniem i samochodem, skromne kwoty na lokatach i znacznie od nich wyższą sumę z ubezpieczenia na życie odziedziczył mój brat, obciążony rodziną oraz kredytami zaciągniętymi na rozkręcenie świeżo założonej firmy. Jeśli chodzi o gotówkę, byłam teraz zdana na siebie. Przed końcem roku zapłacono mi część zaległości, ale za mało, żeby starczyło na dłużej niż miesiąc. A potem, na początku stycznia, pech wczepił mi się pazurami w kark i nie odpuszczał.
Najpierw stłukłam okulary, a dokładniej – rozdeptałam je na kafelkach, tak skutecznie, że poszły nie tylko szkła, ale i oprawki. Duża wada wzroku oznaczała, że aby sprawić sobie nowe, musiałam wydać ponad osiemset złotych. Potem w starym aucie popsuła się skrzynia biegów. Trzy telefony do wydawnictw w sprawie pozostałych zaległych kwot nie przyniosły efektów, pożegnałam się zatem z resztką oszczędności. A dwa dni później bez ostrzeżenia odmówił mi posłuszeństwa laptop. Podstawowe narzędzie pracy. W serwisie zdiagnozowano, że poszła płyta główna i coś tam jeszcze. Miły pan stwierdził, że naprawić zasadniczo można, ale on nie ręczy za efekt, „bo wie pani, to zabytek jest”. Kiedy podał orientacyjny koszt naprawy, już wiedziałam, że muszę zacisnąć zęby i kupić nowy sprzęt. Pytanie brzmiało: za co.
Telefon do brata z prośbą o pożyczkę momentalnie zaowocował ostrym spięciem. Artur i ja jesteśmy równie kompatybilni ze sobą, co woda i stężony kwas siarkowy – jedno niewłaściwe słowo, a próba dojścia do porozumienia kończy się eksplozją pary i żrących rozbryzgów. Tym razem mogłam mieć co najwyżej tę marną satysfakcję, że nie ja pierwsza podniosłam głos. Siląc się na spokój, podziękowałam bratu za okazaną empatię oraz chęć pomocy i zakończyłam rozmowę. Po dziesięciu minutach Artur zadzwonił ponownie, przepraszając, że zaczął na mnie krzyczeć, po czym zaproponował, że przeleje mi potrzebną kwotę i nie chce słyszeć o zwrocie (nienawidzę takiego stawiania spraw – kiedy mówię, że oddam pieniądze, to znaczy, że je oddam – lecz tym razem przełknęłam dumę i nic już nie mówiłam), ale pod warunkiem, że zgodzę się spotkać z jego dobrym kumplem Ryśkiem Wierzbickim, którego żona jest doradcą zawodowym i „może mogłaby ci pomóc się zahaczyć w jakimś sensownym miejscu”. Z początku protestowałam, bo wiem mniej więcej, z jakimi ludźmi przyjaźni się mój brat – a gdybym się nadawała do pracy w korporacji, już dawno byłabym w jakiejś zatrudniona – ale szybko dałam za wygraną.
Tym sposobem kilka dni później wylądowałam wieczorną porą na osiedlu Górki z kartką w ręku. Przyjechałam autobusem, bo samochód wciąż jeszcze stał w warsztacie. Przez dobry kwadrans błąkałam się po ulicy Wyżynnej, bezskutecznie usiłując sobie przełożyć w głowie obraz z Google Maps na nocną i zaśnieżoną rzeczywistość. Kiedy już miałam wyjąć telefon i poprosić Ryśka, żeby wyszedł przed blok, zadzwoniła do mnie kobieta, która przedstawiła się jako jego żona. Była tak zaaferowana, że od pierwszych słów domyśliłam się, co jest grane. Na śmierć zapomnieli o umówionym spotkaniu, a ona siedziała teraz w pracy po godzinach, walcząc z zaległą papierkologią. Zapewniłam ją, że nie szkodzi, każdemu może się zdarzyć, i że na pewno uda się nam umówić w innym terminie, po czym rozłączyłam się wściekła – niepotrzebnie straciłam czas.  Cóż robić, pozostawało tylko wrócić do domu. Nie było mnie stać na taksówkę – nowy laptop został już kupiony, nadwyżka funduszy poszła na zapłacenie czynszu, zrobienie zakupów i znowu byłam bez grosza. Dysponowałam paroma biletami MPK i to wszystko. Ruszyłam w stronę najbliższego przystanku, wbijając zgrabiałe ręce w kieszenie i próbując nie myśleć, jak podsumowałaby całą sytuację moja świętej pamięci rodzicielka.
Chwilę później te myśli wywietrzały mi z głowy, bo usłyszałam rozpaczliwe, pełne bólu miauczenie dobiegające zza pobliskiego śmietnika. Nie mogłam pójść dalej, nie sprawdziwszy, co się dzieje.
Kot był nieduży, czarny i lamentował tonem, od którego serce się krajało. Ponieważ nie uciekał, ostrożnie wzięłam go na ręce, a wtedy wrzasnął tak, że omal biedaka nie upuściłam.
Zrobiło mi się niedobrze, kiedy zobaczyłam, że futro na karku i części grzbietu ma spalone, zbite w zwęgloną, śmierdzącą masę, a z jednego ucha została skurczona resztka. Jakiś skurwiel polał go czymś łatwopalnym i podpalił.
Łzy stanęły mi w oczach. Stałam po kostki w śniegu, zziębnięta na kość, i tuliłam do siebie poparzonego kociaka, nie mając w kieszeni nawet dwóch złotówek na krzyż.
Ostrożnie otuliłam go szalikiem, zastanawiając się, jak rozległe są oparzenia i co powinnam zrobić. Pomyślałam z rozpaczą, że zabiorę biedactwo do mojej niestety już byłej przyjaciółki, Mańki Jaworskiej. Pokłóciłyśmy się parę miesięcy wcześniej i trwającą od szkoły średniej znajomość trafił szlag. Ale Mańka po pierwsze, mieszkała blisko, na Turniowej, po drugie, była nocnym markiem, a po trzecie i najważniejsze – kochała koty. Wiedziałam, że o tej porze raczej jeszcze nie śpi i nawet jeśli mnie nie wpuści za próg, nie odmówi pomocy cierpiącemu stworzeniu. Jaworscy mają samochód, będą mogli szybko podjechać do całodobowej kliniki weterynaryjnej.
Dziesięć minut później, kiedy dobrnęłam pod blok Mańki i odnalazłam właściwą klatkę, los po raz kolejny złośliwie zachichotał i wypiął się tyłkiem. Choć dzwoniłam domofonem kilka razy, nikt nie odbierał, dzwonienie na komórkę Mańki też nic nie dało. Jaworscy właśnie się kąpali, uprawiali seks, byli na imprezie lub spali kamiennym snem. Na jedno wychodziło.
Kot na szczęście nie próbował się wyrywać, chyba nie miał siły. Skulił się w moich ramionach, żałośnie pomiaukując i dygocząc z zimna. Nie było innej rady, jak tylko wracać do domu i szukać pomocy w necie. Z powrotem skierowałam się na przystanek, z rezygnacją sprawdzając godzinę. Dochodziła dwudziesta druga. Nagle czyjś ostry głos osadził mnie w miejscu:
– Młoda damo, co jest temu kotu?
Starsza pani, która mnie zaczepiła, była wysoka, ubrana w palto z wielkim futrzanym kołnierzem, chyba ze srebrnego lisa. Zmierzyła nas srogim spojrzeniem zza okularów w rogowych oprawkach. Kot cicho zamiauczał i kurczowo wczepił się pazurami w mój rękaw. Wyjaśniłam pospiesznie, co i jak, z nikłą nadzieją, że może przypadkowo spotkana osoba okaże się gotowa do pomocy.
– Hmm – mruknęła starsza pani, przypatrując się kotu. Czubkiem palca dotknęła spalonego futra, po czym znów prześwidrowała mnie wzrokiem zza grubych szkieł. Kojarzyła mi się trochę z babcią Weatherwax. – Hmm – powtórzyła i w geście namysłu przyłożyła palec do ust. – Ile ty masz lat, młoda damo?
Obcesowe pytanie nawet mnie nie zirytowało – złożyłam je na karb okularów, półmroku oraz tego, że młodość rozmówczyni zapewne upłynęła pod znakiem trwałej ondulacji i mocnego makijażu.
– Trzydzieści trzy – odparłam.
– Hmm – skwitowała tę informację, ale było to już inne „hmm” niż wcześniej. A potem stwierdziła:
– Chodź.
Coś kazało mi usłuchać, tak po prostu, bez zadawania pytań. Podążyłam śladem nieznajomej, tuląc kota i modląc się, by nie uznał w pewnej chwili, że ma dość przebywania na rękach. Na szczęście albo był tak wyczerpany, że nie miał siły protestować, albo wyczuwał instynktownie, że osoba, która go niesie, chce mu pomóc. A może jedno i drugie.
Tajemnicza dama skręciła z osiedlowej uliczki w bok i zeszła po zaśnieżonych schodach, stąpając tak pewnie i energicznie, jakby miała dwadzieścia lat, a nie – na oko – ponad sześćdziesiąt. Kiedy wyszłyśmy z wąwozu na chodnik, odważyłam się spytać:
– Ale dokąd idziemy?
– Tam, gdzie nam pomogą – odparła enigmatycznie.
Wizja wracania o północy przez zaśnieżony Lublin nie była pociągająca, ale pomyślałam, że w najgorszym razie pożyczę od tej kobiety pieniądze na taksówkę, zostawiając jej swój adres. Nie wyglądała na kogoś, kto cierpi na brak gotówki. Już nic nie mówiąc, posłusznie ruszyłam za nią. Śnieg sypał coraz gęściej, tłumiąc dźwięki. Jezdnie były białe i niemal puste, od czasu do czasu mijał nas sunący wolniutko samochód. Jakiś kwadrans później, gdy wchodziłyśmy w cień wiaduktu, zmierzając w stronę ścieżki rowerowej wzdłuż Bystrzycy, zapytałam ostrożnie:
– Daleko jeszcze?
– Nie – odparła, co było wprawdzie konkretną, ale niewiele mówiącą odpowiedzią. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze robię, idąc z nią nie wiadomo dokąd, ale coś – może intuicja – ponownie kazało mi milczeć, nie zadawać zbędnych pytań.
Przeszedłszy jakieś sto kroków ścieżką rowerową, moja zagadkowa towarzyszka skręciła w prawo, na ścieżkę wydeptaną wśród krzaków i chaszczy. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymałyśmy się przed domkiem ukrytym w kępie drzew. Najbliższe latarnie świeciły spory kawałek dalej – było zbyt ciemno, abym mogła dostrzec szczegóły.
Furtka w ogrodzeniu ze zwykłej siatki zaskrzypiała głośno. Brodząc prawie po kolana w zaspach, podeszłyśmy do frontowych drzwi i moja towarzyszka otworzyła je kluczem, po czym zapaliła światło w sieni i zaprosiła mnie do środka.
Otrząsnąwszy w progu śnieg z butów, weszłam. Wewnątrz było zimno i pachniało piwniczną stęchlizną. W żółtawym blasku nieosłoniętej żarówki zobaczyłam, że ze ścian w sieni łuszczy się tynk.
– Jestem Zofia – poinformowała mnie starsza pani. Teraz, w lepszym świetle, przekonałam się, że jej włosy pod szarym filcowym kapelusikiem są białe jak mleko, starannie ułożone w fale, a w uszach błyszczą duże srebrne kolczyki w kształcie rombów, ozdobione kryształkami Swarovskiego. Policzki miała blade, bez śladu różu, pokryte pajęczyną zmarszczek, nos lekko haczykowaty, usta wąskie i stanowcze. Oczy za grubymi szkłami okularów, podkreślone perłowymi cieniami, były lodowato błękitne.
Kot zamiauczał cichutko, żałośnie.
– Daj go. – Zofia ostrożnie wzięła ode mnie zwierzaka. Zdjęłam rękawiczki i zaczęłam chuchać w zmarznięte ręce. – Chodź.
Wprowadziła mnie do pokoju, w którym okna zasłonięte były dyktą. Światło wpadające z sieni pozwalało rozróżnić jedynie zarysy mebli. Podłoga skrzypiała przy każdym kroku, a w powietrzu wisiała woń stęchlizny, kurzu i starego drewna. Dałabym sobie rękę uciąć, że nikt w tym domu nie mieszka, choć z drugiej strony zdziwiło mnie, że w budynku, który stoi opuszczony na uboczu, nie koczują bezdomni.
Zofia otworzyła drugie drzwi. Rozwarły się bezgłośnie, ukazując nieprzebity mrok.
– Chodź – powtórzyła i weszła tam pierwsza, niosąc kota.
Zawahałam się, ale ruszyłam za nią po skrzypiących deskach. Gdy wkraczałam w ciemność, serce zabiło mi szybciej. Wiedziałam już, że dzieje się coś dziwnego.
Do moich nozdrzy przypłynęła woń świeżo upieczonego chleba.
Zatrzymałam się tuż obok Zofii. Kot w jej ramionach znowu zamiauczał żałośnie.
– Cicho, cicho, biedaczku – powiedziała łagodnie. – Cicho, już, zaraz się tobą zajmiemy. – Potem krzyknęła: – Pe-etr!
Gdzieś w nieprzebitym mroku trzasnęły drzwi, rozległ się tupot i młodzieńczy głos odkrzyknął:
– Idę!
Chwilę później wysoko przed nami pojawiło się światełko – płomyk świecy. Zwątpiłam, czy to wszystko dzieje się naprawdę, i uszczypnęłam się mocno w dłoń. Zabolało, ale nadal nie byłam pewna, czy nie śnię.
Świecę niósł chłopak odziany w staromodną kapotę i kamizelkę. Ubranie było na niego wyraźnie za duże, jakby dostał je w spadku po kimś starszym. Mógł mieć jakieś czternaście, piętnaście lat. Schodził po schodach, trzymając się ozdobnej balustrady. Kiedy mnie zobaczył, wytrzeszczył oczy.
– Zofio! Przyprowadziłaś tu piaskomyślną? – Ku mojemu zdumieniu mówił najzupełniej normalną, współczesną polszczyzną.
– Czy Aroldo jest w domu? – zapytała starsza dama.
– Nie. Wróci dopiero rano.
– Robi się z niego drugi Hannes, słowo daję – mruknęła z niezadowoleniem Zofia. – Nie szkodzi, poradzimy sobie bez niego. Przynieś drugą świecę i trochę tej waszej białej maści.
Oczy chłopaka zaokrągliły się jeszcze bardziej.
– Ona tego potrzebuje?
– Nie ona. Kot. No, leć!

***

Kwadrans później siedzieliśmy wszyscy troje przy pociemniałym ze starości stole w obszernej, wspaniałej staroświeckiej kuchni, w której całą jedną ścianę zajmował potężny kredens pełen półeczek, szafeczek i skrytek. Okiennice były pozamykane, od pieca biło przyjazne ciepło. Z belek niskiego sufitu zwieszały się pęczki ziół i wianki czosnku. Podłodze, jak zauważyłam, przydałoby się gruntowne szorowanie, w kredensie panował nieład, a w kącie za piecem leżały zwalone byle jak szczapy drewna. Wychwyciłam też smrodek przepełnionego wiadra na odpadki. Nie było to miejsce, do jakiego spodziewałabym się trafić, odnalazłszy drzwi do Narnii czy też przejście na drugą stronę lustra. Niemniej jednak od czasu do czasu dyskretnie szczypałam się w rękę, niepewna, czy nie śnię.
Trzymałam biednego kota, a Zofia szeptała do niego w nieznanym mi języku. Zwierzak zachowywał się jak zahipnotyzowany: nie próbował się wyrywać, ba – nawet nie miauczał. Petr tymczasem ostrożnie smarował oparzone miejsca tłustą białą maścią. Zdążyłam się już zorientować, że kot jest kotką, kilkumiesięczną na oko i okropnie chudą, o szylkretowym umaszczeniu, a nie czarnym, jak wydało mi się w słabym świetle na ulicy. Ślepia miała bursztynowe, wielkie i ufne. Tam, gdzie jej sierść nie uległa spaleniu, była dłuższa i gęstsza niż u typowego dachowca, ale zmatowiała i nastroszona.
– Ona to wszystko zliże – odważyłam się zaprotestować, kiedy skończył. – A jak nie zliże, to wypaćka sobie maścią legowisko.
Petr zmarszczył brwi, myślał chwilę, po czym przyniósł z kredensu trzy czyste lniane ściereczki. Podarłszy je na pasy, jął opatrywać kotce grzbiet i kark. Udało mu się osłonić większość wysmarowanych maścią miejsc. Gdy skończył, pieszczotliwie dotknął wilgotnego kociego nosa.
– I jak? Już ci troszkę lepiej, prawda? Prawda, Felicita?
Chude ciałko zaczęło delikatnie wibrować pod moimi dłońmi; uświadomiłam sobie, że nieszczęsne, zmaltretowane stworzenie mruczy. Oparzenia, na ile dało się to ocenić, na szczęście nie były bardzo rozległe, choć na pewno okropnie bolesne – futro ucierpiało bardziej niż skóra.
– Dam jej teraz coś do zjedzenia – dodał Petr.
Wytarł ręce w jeden z niewykorzystanych pasków płótna, po czym znów zaczął szperać w kredensie. Po chwili przyniósł glinianą miseczkę z rozdrobnionymi kawałkami zimnego pieczonego mięsa. Kotka rzuciła się na nie tak łapczywie, jakby nie jadła od tygodnia. Miałam nadzieję, że wszystkiego nie zwróci.
– Lepiej zorganizuj jej jakieś pudełko z piaskiem – poradziłam.
– Coś skombinuję. – Zmierzył mnie nieżyczliwym wzrokiem, potem popatrzył na Zofię. – Po co ją tu przyprowadziłaś? Aroldo wyjdzie z siebie, kiedy się dowie...
– Tu, to znaczy gdzie? – odważyłam się zapytać. Niestety, oboje zignorowali moje pytanie.
– Przygotuj jej jakieś posłanie – poleciła starsza dama, delikatnie głaszcząc kotkę za zdrowym uchem.
Petr przyniósł starą, dziurawą wełnianą opończę i położył ją w rogu ławy.
– Chodź, Felicita – zaprosił, a kotka ostrożnie zeskoczyła ze stołu, żeby obwąchać swoje nowe leże. Obróciła się kilka razy, następnie zaś umościła się wygodnie, kładąc pyszczek na przednich łapach.
Za moją sugestią dostała jeszcze pod nos miseczkę z wodą, wychłeptała trochę, po czym przymknęła oczy. Nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie podrapać po łebku. Miała brzydki strup nad okiem, doszczętnie spalone wąsy i straciła mniej więcej połowę jednego ucha.
Przeżyje – pomyślałam. Je i mruczy, więc przeżyje. Koty są twarde. Twardsze niż ludzie.
– Przeżyje. – Zofia zawtórowała moim myślom. – Petr, jeśli łaska, nastaw wodę na herbatę. Olga zmarzła, kiedy tu szłyśmy.
Nie mogłam sobie przypomnieć, abym jej powiedziała, jak mam na imię.
Chłopak, teraz już nachmurzony jak gradowa chmura, spełnił polecenie.
W kuchni było na tyle ciepło, że zdążyłam się ogrzać, kiedy zajmowaliśmy się kotką, ale ucieszyłam się, że zostaniemy w tym miejscu jeszcze chwilę. Obie z Zofią już wcześniej zdjęłyśmy okrycia, które Petr zabrał do sieni. Przekonałam się, że starsza pani najwyraźniej gustuje w barwach zimy: miała na sobie puszysty biały sweter oraz wełnianą spódnicę w odcieniu gołębiej szarości. Na jej szyi błyszczał ostrokątny srebrny wisior z kryształkami Swarovskiego, pasujący do kolczyków.
Wkrótce kuchnia wypełniła się śpiewem mosiężnego samowara. Herbatę dostałyśmy w dużych fajansowych kubkach, na których – ku mojemu zdziwieniu – widniały postacie z commedii dell’arte, malowane niebieską farbką na białym tle, podpisane po włosku. Mój kubek zdobiła podobizna Colombiny, Zofii dostał się Pulcinello, Petr pił z Arlekina. Do herbaty był chleb i domowe powidła śliwkowe.
– Mojego wyrobu – poinformowała mnie starsza dama. Potem wycelowała długi, chudy, wymanikiurowany palec w Petra. – Kto upiekł chleb?
– Młynarka – padła niechętnie udzielona odpowiedź.
– Trzeba wam gospodyni, moi drodzy, oj, jak wam trzeba gospodyni... – Wzrok Zofii prześliznął się po kuchni. Odruchowo powędrowałam za jej spojrzeniem, odnotowując panujący wszędzie nieporządek, walające się okruchy, ogryzki i brudne naczynia.
Spod pieca dobiegł chrobot, a potem poruszyło się tam coś ciemnego. Przetarłam oczy, myśląc, że już doprawdy nic nie zdziwi mnie bardziej. Z długiej szpary wylazł kudłaty stworek, wyglądający jak szczotka do butelek z dredami przebrana za Koszałka Opałka. Miał czerwone buty i futrzaną czapeczkę. Ziewnął, po czym zaświergotał przeciągle. Petr przymrużył oczy, złożył usta w ciup i wydał taki sam świergot.
Znów uszczypnęłam się w rękę, sprawdzając, czy to aby na pewno nie sen. Ale nie. Siedziałam przy kuchennym stole w zabałaganionej kuchni wiejskiego domu, znajdującego się... gdzieś, gdzie pod piecami żyją skrzaty.
Stworek rozejrzał się, a dostrzegłszy mnie, zesztywniał, węsząc. Petr zaświergotał ponownie uspokajającym tonem, po czym ukroił skibkę chleba, posmarował powidłami i zaoferował stworzeniu w wyciągniętej dłoni. Krasnal – jeśli można było go tak nazwać – zbliżył się nieufnie i powoli, niczym częściowo tylko oswojone zwierzątko. Dłuższą chwilę zbierał odwagę, nim chwycił kąsek i smyrgnął z powrotem do norki.
– Domowik – wyjaśniła Zofia. – U Arolda żyje ich cała rodzinka.
– Strzegą domu, tak? – Chciałam pokazać, że coś niecoś wiem o istotach rodem z baśni. – Od pożaru, złodziei...
– To chyba w twoim wymiarze, piaskomyślna – odparł chłopiec wzgardliwie. – Tu, w Zaświecie, głównie śpią i jedzą. Ale Aroldo uważa, że są zabawne.
– Aroldo to jego mistrz – pospieszyła z wyjaśnieniem Zofia.
Zaświat. Jeśli to jednak był sen, obym nie obudziła się zbyt prędko.
– Gdzie leży ten wasz Zaświat? Gdzie jesteśmy?
– Daleko i blisko. – Petr prychnął. – Wysoko i nisko. Jesteśmy tam, gdzie słońce wschodzi na zachodzie i gdzie z trzech ziaren rzuconych w trzy skiby wykiełkują trzy sny. I nie powinno cię tu być, piaskomyślna.
– Czemu mnie tak nazywasz?
– Bo wasze myśli są bez życia, jak piasek.
Trochę mnie zirytował, muszę powiedzieć.
– A wy kim jesteście?
Chłopiec popatrzył na Zofię. Wyczułam niepewność – jakby nie wiedział, ile może czy powinien mi mówić. Starsza pani zanurzyła łyżeczkę w powidłach, oblizała ją.
– Ja tylko pilnuję wejścia, przez które tu trafiłaś – odrzekła. – Przypuszczam, że możesz mnie określić mianem odźwiernej. Zimowej odźwiernej. – Zachichotała z cicha, jakby te słowa kryły żart zrozumiały jedynie dla niej. – A Petr, no cóż, Petr jest uczniem Arolda.
– Ale za pół roku będę już czeladnikiem – uzupełnił z dumą chłopiec.
– A kim jest Aroldo?
– Aroldo jest czarodziejem. Jednym z najlepszych w Zaświecie. – Petr zerknął na ścienny zegar, bardzo dziwny, jak teraz zauważyłam: z trzema wahadłami i dwiema tarczami, z których każda zawierała po trzy kręgi symboli. Rozpoznałam tylko jeden – znaki zodiaku. Dochodziła pierwsza. – Posłuchajcie, jest strasznie późno. Mój mistrz wróci dopiero o świcie...
Zaczęłam się zastanawiać, która będzie godzina w Lublinie, kiedy powrócę na swoją stronę lustra, i jak ja teraz dotrę do domu. Już otwierałam usta, żeby spytać, czy nie mogłabym tutaj przenocować, choćby na kuchennej ławie, ale nie potrafiłam się zdobyć na odwagę.
Zofia tymczasem podeszła do kredensu i bezceremonialnie przeciągnęła palcem po jednej z półek, oceniając grubość warstwy kurzu. Popatrzyła na chłopca, potem na mnie, chrząknęła, po czym stwierdziła:
– Petr, mam propozycję. Zatrudnijcie Olgę jako gospodynię.
Oboje wytrzeszczyliśmy na nią oczy. Chłopak parsknął.
– A to dobre, he, he. Powtórzę Aroldowi. – Potem spoważniał. – No właśnie, ale co z nią będzie? To piaskomyślna, zgodnie z prawem nie może teraz wrócić na tamtą stronę, chyba że...
– Zaraz, zaraz – wmieszałam się – co mówi wasze prawo? Jakie prawo?
– Zgodnie z prawem Zaświatu jeśli raz przekroczysz granicę naszej krainy, z nastaniem świtu umierasz dla swojego świata i pozostajesz tutaj – odparła Zofia. – Chyba że przejdziesz próbę błękitnej latarni i zostaniesz naszą siostrą, wtedy możesz żyć równolegle w dwóch światach.
Było tego trochę za dużo naraz. Nie wiedziałam nawet, o co powinnam najpierw spytać, więc tylko siedziałam i gapiłam się na nich. Felicita poruszyła się na swoim posłaniu, miauknęła z cicha, podczas gdy ja usiłowałam poukładać sobie w głowie wszystko, czego się dowiedziałam.
Z nagła zaświtała mi myśl, że... może nie warto, abym wracała na tamtą stronę. Co mnie tam trzymało? Co czekało na mnie w Lublinie? Puste mieszkanie, kierat zleceń, przewlekły brak pieniędzy i brat, z którym nie potrafiłam się dogadać. Z drugiej strony o świecie, do którego trafiłam, nie wiedziałam praktycznie nic – a przy bliższym poznaniu wcale nie musiał się okazać piękny i przyjazny.
– Na czym polega próba błękitnej latarni? – spytałam ostrożnie.
– Nie możemy ci tego powiedzieć, dopóki nie zdecydujesz się jej poddać – odrzekła starsza dama.
– W takim razie chcę to zrobić – oznajmiłam bez wahania. Znów zerknęłam na kotkę, czując lekkie wyrzuty sumienia, że zostawię ją tu, z nieznajomymi, ale wyglądało na to, że już zdążyła się zadomowić w nowym miejscu. Nie byłam przekonana, czy u mnie mogłaby liczyć na lepsze warunki.
Petr popatrzył na Zofię. Skinęła głową. Chłopak skrzywił się, ale podszedł do kredensu i z górnej szafki wyjął staroświecką latarnię, podobną do tej, którą kiedyś, dawno temu, oglądałam w Muzeum Górnictwa, z jedną różnicą – szklane części były zabarwione na niebiesko. Wytarł ją ściereczką z kurzu i postawił na stole.
– To jest błękitna latarnia – powiedział. – Próba polega na tym, że pójdziesz z nią w las i będziesz szła przed siebie, póki nie wzejdzie słońce. Jeśli las uzna za stosowne, przyprowadzi cię z powrotem.
Musiał dostrzec zachwyt w moich oczach – prawdziwa przygoda w magicznym świecie! – bo dorzucił:
– Nie ciesz się tak. Nie jest powiedziane, że wrócisz. Niektórzy nie wracają.
Zerknęłam na zegar, poważniejąc. Ponieważ palili w piecu, a od szpar w okiennicach ciągnął ziąb, należało się spodziewać, że w tym świecie również panuje zima. Spędzenie nocy w zaśnieżonym lesie rzeczywiście mogło się skończyć pozostaniem na zawsze w jakiejś zaspie. Ale ta część mnie, która kiedyś namiętnie grała w RPG, mimo wszystko nie posiadała się z zachwytu.
Przygoda!
– Chodź – powiedziała Zofia, wstając. – Jeśli masz się poddać próbie, nie ma czasu do stracenia.


Próba błękitnej latarni

Na zewnątrz, tak jak podejrzewałam, leżał śnieg. Zaokrąglał kontury i odrealniał kształty chochołów, których rzędy stały w rozległym ogrodzie. Gdy tylko znaleźliśmy się na dworze i wzięłam ją do ręki, latarnia rozgorzała zimnym, tajemniczym, błękitnym światłem. W jej blasku wszyscy wyglądaliśmy jak upiory.
Petr, okutany w kożuch, w czapce uszance, zamknął drzwi kuchenne na klucz, po czym ruszył przodem wydeptaną ścieżką między chochołami. Ja szłam za nim, a Zofia zamykała pochód. Nad nami migotały gwiazdy, ponad czarnymi zarysami drzew owocowych w sadzie dostrzegłam blady sierp księżyca. Zadałam sobie pytanie, co kryje się za horyzontem: pola i uśpione wioski pod zimowym niebem czy też nieznane mi dziwy, zaklęte puszcze, szklane góry i jeziora zamieszkane przez rusałki? Zarazem ta część mnie, która wychowała się na fantastyce, zastanawiała się, czy Zaświat to jakiś ożywiony wytwór zbiorowej wyobraźni, karmionej baśniami z naszego (a może nie tylko naszego) kręgu kulturowego, czy raczej kraina, która tym baśniom dała początek.
A może to jednak był sen?
Doszliśmy do opasującego ogród kamiennego muru. W blasku latarni zobaczyłam, że jest stary i zniszczony. Wyschnięte, zaśnieżone chwasty, które latem wyrosły w szczelinach, zwieszały się niczym brody. Po drugiej stronie czerniała ściana lasu – gęste świerki z gałęziami ciężkimi od śniegu, pod którymi panowała ciemność tak nieprzebita, tak atramentowa, że aż zjeżyły mi się włoski na karku. Przypomniałam sobie stare legendy słowiańskie, zgodnie z którymi kraina umarłych miała się mieścić w głębi puszczy, a rządził nią bóg o trzech kozich głowach. Potem pomyślałam cierpko, że wystarczy, aby w tym lesie żyły wilki, i jakby w odpowiedzi z oddali przypłynęło smętne wycie. Zadrżałam.
Petr ze złośliwym uśmieszkiem wskazał zaryglowaną furtkę.
– Otwórz ją, piaskomyślna, i idź przed siebie. Pamiętaj, nie wolno ci zawrócić. Jeśli cofniesz się z drogi, nie przeszłaś próby.
Spełniłam polecenie. Zawiasy furtki przeciągle zaskrzypiały.
Wstrzymując oddech, na uginających się z lekka nogach, ale z dumnie podniesioną głową, wkroczyłam w zaśnieżony świerkowy gąszcz.

***

Jeśli kiedykolwiek próbowaliście przedzierać się zimą przez las, wiecie, że nie jest to przyjemne ani łatwe. Potykałam się o korzenie, zapadałam po kolana w zaspach, gałęzie smagały mnie po twarzy, drapiąc igłami i obsypując sypkim śniegiem. Kurczowo trzymałam błękitną latarnię, uważając, żeby się nie stłukła, i modliłam się, żeby nie skręcić nogi w jakiejś rozpadlinie.
Po kilkudziesięciu krokach drzewa się przerzedziły, szło się łatwiej. Blask błękitnej latarni oświetlał drogę, wokół tańczyły długie, rozedrgane cienie. Zadyszawszy się w gąszczu, prawie nie czułam zimna. Otrzepałam płaszcz i kaptur ze śniegu.
Las rzedł, świerki ustąpiły miejsca bukom. Wspięłam się po zboczu, przedarłam przez pas zarośli, depcząc suche badyle oraz łodygi jeżyn, i ujrzałam przed sobą pustą przestrzeń. Stałam na pozbawionym drzew wierzchołku niedużego wzniesienia. Pod wygwieżdżonym niebem rozpościerała się gładka płaszczyzna bieli, gdzieniegdzie poznaczona tropami zwierząt. Zimno zaczynało mi doskwierać: przenikało przez warstwy odzieży, wciskało się pod gruby flauszowy płaszcz, sweter, wełnianą spódnicę, getry i rajstopy, które wieki temu założyłam, wychodząc z domu. Zastanawiałam się, jakie stworzenia mogą żyć w krainie, gdzie w kuchniach gnieżdżą się domowiki. Może lada chwila zza drzewa wychynie leszy albo z zarośli dobiegnie chichot złego licha?
Nagle zesztywniałam, gdy błękitna latarnia drgnęła i nieznacznie szarpnęła się w mojej dłoni. Po chwili stała się lekka, tak lekka, jakby przemieniła się w balon wypełniony helem, a ja wraz z nią – czułam, że ważę teraz mniej niż piórko, że lada moment oderwę się od ziemi.
Powiał wiatr, wzbiłyśmy się i wolno, dostojnie poszybowałyśmy w powietrze, wznosząc się ku mrugającym w oddali gwiazdom. Czarodziejski krąg światła zamkniętego w niebieskim szkle i ja, w płaszczu, czapce i szaliku, w zimowych butach, łopocząca wełnianą spódnicą. Leciałyśmy ponad uśpionym, cichym światem, całym z bladych płaszczyzn i atramentowych cieni. Teraz nie czułam już zimna, nie czułam nawet pędu powietrza na twarzy, jakby moc latarni otoczyła mnie kokonem z ciepłego powietrza. Zachwycona, zaśmiałam się cichutko.
Latarnia znów szarpnęła się w mojej dłoni, jakby dopraszając się, żebym ją wzięła w obie ręce. Wtedy zobaczyłam, że w jej błękitnym świetlistym wnętrzu przesuwają się obrazy niczym w szklanej kuli. Kiedy zatrzymałam na nich wzrok, ze zdumieniem rozpoznałam, co przedstawiają.
Powiększyły się, otaczając mnie, i oto znalazłam się tam w środku, w sercu latarni, które nie było już błękitne. Padał deszcz, koła samochodów i autobusów rozbryzgiwały brudną wodę z kałuż, a ja stałam na przystanku i gapiłam się na SMS od Mariusza o treści prostej jak cios pięścią między oczy:
„Przemyślałem sprawę i tak, to już koniec. Bardzo Cię przepraszam. Nie dzwoń, proszę”.
Na nowo poczułam tamte emocje – wzbierające w oczach łzy i gulę w gardle, później wściekłość, gniotącą za mostkiem jak kolczasty kłąb, a w końcu zobojętnienie. Było, minęło. W końcu upłynęło... ile czasu? Ładnych kilka lat.
Kiedy otarłam oczy i podniosłam wzrok, zobaczyłam, że już nie frunę, tylko stoję na ziemi, na tym samym pagórku co przedtem. Nadal nie czułam zimna, latarnia świeciła jasno, a księżyc skrył się za drzewami.
– Po co mi to pokazałaś? – spytałam na głos. Odpowiedziała mi cisza.
Ponownie wpatrzyłam się we wnętrze latarni, przekonana, że jeśli gdzieś kryją się odpowiedzi, to właśnie tam. Chłodny błękitny blask hipnotyzował, zachęcając, by nie odrywać wzroku od szklanej krzywizny.
Po chwili przede mną znów pojawiły się obrazy, ale tym razem nie zostałam wciągnięta w ich środek, patrzyłam tylko na małe figurki poruszające się za szkłem, jak w telewizorze. Zobaczyłam siebie w białej bluzce i eleganckim żakiecie, w biurze – kserującą dokumenty, piszącą na komputerze, rozmawiającą przez telefon. Pewnie w tej mitycznej świetnej pracy, którą matka wymarzyła sobie dla mnie i której latami nie potrafiłam znaleźć. Potem moja bardziej udana wersja wyszła z biurowca i wsiadła do samochodu, żeby pojechać na nieznane mi osiedle w nieznanym mieście, po drodze robiąc zakupy i odbierając dziecko z przedszkola. Należało przypuszczać, że w domu czeka kochający mąż, zarabiający przyzwoite pieniądze w jakimś szanowanym zawodzie. Ale obraz zniknął, gdy tamta druga Olga wchodziła po schodach na piętro, stukając obcasami, z siatką w jednej ręce, a drugą prowadząc dziewczynkę w różowej kurtce, o ciemnych warkoczykach.
– Po co mi to pokazujesz? – spytałam znowu. I znowu nie było odpowiedzi. Tylko cisza, para unosząca się z ust i uśpiony, zaśnieżony las.
Wtem włosy zjeżyły mi się na karku. Wyczułam obecność. Nie było dźwięku, szelestu, trzaśnięcia gałązki – a jednak wyczułam, że nie jestem na polanie sama, że ktoś lub coś przypatruje mi się z ciemności.
Lodowate dreszcze popełzły mi po plecach. Odwróciłam się, unosząc latarnię. Nikogo. Błękitny śnieg, cienie i mrok pod drzewami.
– Kto tam? – zawołałam, starając się opanować drżenie głosu. Niewidzialny kokon ciepłego powietrza rozproszył się i mróz ukąsił mnie w gardło.
Zesztywniałam, gdy coś drgnęło wśród buków, a potem bezszelestnie zaczęło sunąć w moją stronę. Cofnęłam się o kilka kroków, unosząc latarnię przed sobą niczym broń w nadziei, że jej moc – jakakolwiek była – zapewni mi ochronę.
Spomiędzy drzew wyłonił się czarny kształt, jakby postać w długim płaszczu z kapturem. Straszydło zbliżało się, płynąc w powietrzu, a ja się cofałam, oniemiała ze zgrozy.
– Czego chcesz? – zawołałam, a wtedy tam, gdzie postać miała głowę, zapaliły się dwa ogniki. Dwoje oczu.
Strach zalał mnie niczym zimna, lepka galareta, w której ugrzęzłam, nie mogąc zrobić już ani kroku wstecz. A czarna postać znów zaczęła sunąć ku mnie, wolniutko, centymetr za centymetrem. Uniosła i wyciągnęła ramiona.
Wiedząc, że nie dam rady uciec przez zaspy, w ułamku sekundy przekalkulowałam możliwe opcje i podjęłam decyzję. Z niesprecyzowanym bojowym okrzykiem złapałam pierwszy lepszy wystający ze śniegu patyk i zaszarżowałam na stwora.
Okazał się niematerialny – był czystą ciemnością, w którą wpadłam jak okruch materii międzygwiezdnej w czarną dziurę. Zniknął zimowy las, zgasł blask latarni, płynęłam w nieprzebitym mroku, nie czując bólu, tylko strach – ale on także po chwili zaczął słabnąć.
I znowu ujrzałam przed sobą obrazy, tak jakbym oglądała fragment filmu bez dialogów. W mieszkaniu urządzonym zgodnie z modą sprzed trzydziestu lat – meble z ciemną politurą, koronkowe serwety, paprotki – wysoki mężczyzna w garniturze i okularach wygrażał pięścią chudemu nastolatkowi o półdługich potarganych włosach. Nie słyszałam żadnych dźwięków, ale widziałam, jak chłopak zaciska zęby, jakby ze wszystkich sił powstrzymywał się od reakcji, jak człowiek w okularach łapie go za bluzę i potrząsa, pewnie krzycząc coś w stylu: „No co, szczeniaku, głuchy jesteś, mówię do ciebie!”.
Obraz zamarł, a potem zmienił się, tak jakby ktoś przewinął odtwarzanie. Zesztywniałam, gdy pojęłam, co widzę.
Łazienka, zaparowane lustro i wanna pełna po brzegi ciemnej wody – w błękitnej latarni czerwień miała barwę zgaszonej purpury. Chłopak klęczał obok, oparty czołem o krawędź, opadające włosy kryły twarz. Podciął sobie żyły i zanurzył ręce po łokcie w gorącej wodzie, żeby przyśpieszyć upływ krwi.
A potem drzwi łazienki znienacka się otworzyły i stanął w nich człowiek w okularach, pod krawatem, z teczką pod pachą, jakby właśnie przyszedł z pracy. Przez nieskończenie długą chwilę stał bez ruchu, gapiąc się, a ja patrzyłam na zaskoczone „O” jego ust i zastanawiałam się, co zrobi, gdy otrząśnie się z pierwszego szoku – pobiegnie dzwonić na pogotowie czy będzie próbował ratować syna (skądś wiedziałam, że to jego syn), a może jest już za późno?
Ale nie dane mi było tego zobaczyć, bo w następnej sekundzie sama znalazłam się wewnątrz szklanej kuli. Leżałam pośrodku równiny zarośniętej gęstwiną kolczastych zarośli, zaś z wypukłej krzywizny nieba sypały się białe płatki. Było mi ciepło, powieki ciążyły, obezwładniająca senność paraliżowała całe ciało. Pomyślałam leniwie, że nie należy zasypiać w zamieci, bo można zamarznąć, ale to była moja ostatnia przytomna myśl.

***

Zimno. Mokro.
Biel.
Leżałam w śniegu, a gdy podniosłam się na łokciach i otworzyłam oczy, natychmiast je zmrużyłam, porażona blaskiem słońca. Był jasny dzień.
Wstałam z jękiem i otrzepałam ubranie, zesztywniała i przemarznięta do szpiku kości. Rozejrzawszy się, podniosłam błękitną latarnię, która już nie świeciła. Z ulgą przekonałam się, że żadna z szybek nie jest rozbita.
Przeżyłam próbę. Pozostawało liczyć, że jakoś trafię z powrotem do starego domu, Zofii i Petra.
Chwilę błądziłam po lesie, ale dość szybko zobaczyłam, że między drzewami biegnie droga z koleinami wyjeżdżonymi przez wozy. Wyszłam na nią, przedarłszy się przez krzaki, które obsypały mnie białym puchem od stóp do głów. Ponownie się otrzepałam i zastanawiałam się właśnie, w którą stronę powinnam pójść, kiedy zza zakrętu wyłonił się mężczyzna. Pomyślałam z ulgą, że będę mogła go zapytać, gdzie jestem.
Był wysoki i chudy, odziany tak, jakby zupełnie nie czuł mrozu – w niebieski surdut, żółtą kamizelkę i kraciaste tabaczkowe spodnie, niczym pan Kleks na ilustracjach Jana Marcina Szancera, tyle że nie miał brody. Mógł sobie liczyć około czterdziestu pięciu lat, ale wyraźnie starał się wyglądać jak najmłodziej, z wygoloną smagłą twarzą i czarnymi włosami pociągniętymi brylantyną. Cienkie wąsy, sterczące w górę każdy pod innym kątem, sprawiły, że skojarzył mi się z Salvadorem Dalim. W ręku niósł cylinder.
Rozpromienił się na mój widok.
– Ach, Greto! A więc udało ci się nie zgubić w puszczy!
– Nazywam się Olga – poprawiłam go.
Pokręcił głową, unosząc wskazujący palec, jakby strofował niegrzeczną dziewczynkę.
– Jesteś w błędzie, drogie dziecko. Skoro masz być moją gospodynią, musisz się nazywać Greta. Moje gospodynie nigdy nie noszą innego imienia.
– To pan jest mistrzem Petra? – spytałam.
Zamknął oczy i z powagą skinął głową, po czym nagle zmierzył mnie spojrzeniem tak przeszywającym, że odruchowo się cofnęłam. W następnej chwili roześmiał się, demonstrując garnitur olśniewająco białych zębów niczym prezenter telewizyjny.
– Tak, jestem Aroldo Gazza. Wielki Aroldo Gazza – podkreślił i podkręcił wąsa. Mosiężne guziki surduta zalśniły w słońcu, błysnął złoty łańcuszek od zegarka w przedniej kieszonce. Zauważyłam, że na żółtym atłasie kamizelki widnieją dwa wyhaftowane kolorowymi nićmi smoki – jeden skierowany głową ku górze, drugi w dół.




5 komentarzy:

  1. Cholernie dobrze napisane. Ale chyba trochę smutne.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, to nie jest wesoła książka, może zasmucić - myślę, że miejscami mocno.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ta babcia to mogła uprzedzić bohaterkę: nie wyjdziesz stąd,mała..

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten fragment przekonał mnie do kupna książki. Dobrze czasem odpocząć od wielkich, obsypanych nagrodami tytułów i przeczytać książkę: trochę zwykłą i trochę niezwykłą, bliską życiu. Tak naprawdę, to książkę kupiłem na prezent, ale chyba i ja do niej zerknę. :) Dziękuję i pozdrawiam!

    Paszczaczek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się i życzę miłej lektury! :)

      Usuń