2016-06-24

Zioła balkonowe




"Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary and thyme..."


Nie traktuję hodowania roślin (czy to ogrodowych, czy doniczkowych) jako swojego hobby. Jestem laikiem w tej dziedzinie, moje umiejętności kończą się na podlewaniu z taką częstotliwością, żeby rośliny nie utopić ani nie zasuszyć. Tym bardziej cieszę się z małej balkonowej kolekcji ziół, która jakoś tak niepostrzeżenie "sama się wyhodowała". Stwierdziłam, że właściwie mogę się nimi pochwalić na blogu, zastrzegając jednocześnie, że nie wykorzystuję tych ziół ani do celów magicznych, ani w kuchni (to ostatnie być może jest błędem, ale traktuję swoje roślinki jako ozdobne, a nie użytkowe). Balkon wychodzi na południe i jest bardzo intensywnie nasłoneczniony, więc rośliny pochodzenia śródziemnomorskiego dobrze się tam czują.

Zioła pierwotnie posadzone były w ogrodzie, ale kiepsko się tam miewały: dla lawendy ziemia za kwaśna, tymiankowi niezbyt dobrze się rosło na niedostatecznie oświetlonym stanowisku w pobliżu drzew, a rozmaryn standardowo trzeba zawsze wykopać i przesadzić do donic, zanim przyjdą przymrozki. Zimował na parapecie wychodzącym na południe, gdzie tak czy inaczej było mu trochę za ciemno w warunkach polskiej zimy, bo gdyby mógł, chyba przykleiłby się wszystkimi listkami do szyby. Podlewałam go bardzo oszczędnie i jakoś przeżył. Rośnie w ziemi z pryzmy kompostowej - coś robimy nie całkiem tak jak trzeba, bo pryzmy, na które wyrzucamy wszystkie resztki warzywno-owocowe z kuchni, ściętą trawę oraz popiół z kominka, nie zamieniają się w brunatny, kruszący się w palcach, pachnący leśną ściółką kompost, tylko w gliniastą ziemię z resztkami patyczków i obierków. Ale rośliny przyjmują się w niej ładnie. Ponieważ rozmaryn lubi zasadową glebę, przez całą zimę podsypywałam do donic... kamień z czajnika.

Lawendy mieliśmy w ogrodzie bodajże z osiem krzaczków, latem i jesienią rosła nawet ładnie, kwitła przez cały deszczowy listopad, ba - nawet jeszcze w grudniu. No a skoro kwitła i miała zielone listki, to jej nie zabezpieczaliśmy przed zimnem, chociaż wiemy, że lawenda kiepsko znosi mróz. A potem bach! Pod sam koniec grudnia z dnia na dzień nastąpił nagły atak mrozów bez śniegu, temperatura na dwa czy trzy dni spadła do -15 stopni. Podejrzewałam, że źle to zrobi wszystkim roślinom, i miałam rację. Na wiosnę okazało się, że bardzo dużo drzew i krzewów w Lublinie albo uschło w całości, albo ma uschnięte niektóre gałęzie - częściowo na pewno wpłynęła na to koszmarna susza w lecie, ale bezśnieżny mróz w grudniu dopełnił dzieła zniszczenia. Lawenda na szczęście nie wymarzła nam doszczętnie, czego się obawiałam, ale na wiosnę okazało się, że część krzaczków uschła, a inne wypuszczają niewiele pędów. To, co ocalało, zostało wykopane i przesadzone zbiorczo do jednej donicy - i oto efekt trzy miesiące później. Dżungla lawendy, która rozkrzewia się bujnie i właśnie zaczyna kwitnąć.

I na koniec tymianek. Wygląda dosyć mizernie, ale rośnie i pachnie. Przy wykopywaniu i przesadzaniu do doniczki zabłąkał się też przypadkowo pęd bazylii.


W ogrodzie została jeszcze bazylia, która rośnie jak oszalała i żaden mróz ani susza nie są jej straszne. Mieliśmy też miętę, która przetrwała dwie zimy, ale w ciągu ostatniej wymarzła doszczętnie.

Mam nadzieję, że przez lipiec uda mi się skłonić lawendę do intensywniejszego kwitnienia (zamierzam jej podsypać trochę nawozu dolomitowego), a tymianek bardziej się rozrośnie, bo już widać, że miewa się lepiej niż na grządce.



1 komentarz:

  1. Twój tymianek jest ładniejszy od mojego ,schnie mi bazylia,lawenda też tak średnio wygląda. Za to koperek wschodzi.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń