2016-07-17

Więzień Bastylii na spacernia... fotelu


Od kilku dni zamieszczam na blogu głównie relacje dotyczące rekonwalescencji kota ze złamaną łapą, ale dzisiaj dorzucę do tego wieści z literackiego pola walki. Po ponad rocznym paraliżu pisarskim spowodowanym nadmiarem pracy tłumaczeniowej powiedziałam "stop!", skreśliłam ze swojego kalendarza część zobowiązań i powoli, ale konsekwentnie reanimuję kreatywne partie swojego mózgu. Już się ocknęły z letargu i teraz próbuję skończyć dwa opowiadania (dłuższe bazuje na pomyśle zanotowanym osiem czy dziewięć lat temu, krótsze jest zupełnie nowe) oraz mikropowieść, która miała wyjściowo być powieścią, ale nie będzie. Przy okazji odbyłam dzisiaj z mężem następujący dialog:

JA: Słuchaj, mam ponad 90 tysięcy znaków opowiadania, do którego nie wymyśliłam jeszcze końcówki, rozgrzebane drugie opowiadanie, gdzie nie mam pomysłu na scenę otwierającą, i 16 tysięcy znaków trzeciego, gdzie brakuje mi środka i zakończenia. Jedno bez rączki, drugie bez nóżki...
JERZY: ...a trzecie bez główki.

Nic dodać, nic ująć.

Wszystkich, którzy się zastanawiają, jak miewa się nasz połamaniec, uspokajam, że połamaniec miewa się tak dobrze, jak można się spodziewać, zważywszy na okoliczności. Nie narzeka na brak apetytu, wprost przeciwnie - kiedy już otrząsnął się z szoku po pobycie w lecznicy, przez dwa dni jadł jak szalony (pewnie odbijał sobie głodówkę przed- i pooperacyjną), teraz na szczęście troszkę spasował, bo przez te kilka tygodni przymusowego bezruchu utuczyłby mi się do rozmiarów niedźwiedzia... Staje się zresztą coraz bardziej mobilny, chociaż widać, że opatrunek okropnie go męczy i denerwuje. Trzeciego dnia po operacji kot, który początkowo wywracał się przy każdej próbie wstania, nauczył się stabilnie stać na czterech łapach i chyba mu to poprawiło morale. Od czwartego dnia przemieszcza się zaskakująco sprawnie po skosie, podskakując na trzech łapach, a tę usztywnioną trzyma nad podłogą i czasem się nią podeprze. Nie chcę, żeby łaził po mieszkaniu, ale zlitowałam się i wynoszę go w ciągu dnia na fotel, gdzie całkiem grzecznie przesiaduje i śpi przez długie godziny, bo wie, że smętną alternatywą jest siedzenie w klozetowym więzieniu. Kiedy trzeba go tam zamknąć (na przykład na czas odkurzania oraz na noc), żałośnie miauczy i drapie w drzwi. No i najważniejsze - wczoraj zaryzykowałam i sprawdziłam, czy już może załatwiać się do kuwety, co wcześniej było niewykonalne, bo tracił równowagę. Dał radę!

A właśnie - jeśli kiedykolwiek będziecie musieli się zajmować obłożnie chorym albo niepełnosprawnym kotem, który nie może korzystać z kuwety, nie popełnijcie naszego błędu i nie kupujcie w sklepie zoologicznym podkładów higienicznych dla siusiających szczeniąt. Idźcie do apteki i kupcie podkłady higieniczne dla ludzi, rozmiar 60 x 90 cm. Są dużo większe od tych "psich", trochę grubsze i bardziej chłonne, ale co najważniejsze - kosztują mniej więcej dwa razy taniej (za dziesięciopak podkładów "psich" zapłaciliśmy 37 zł, za 5 "ludzkich" zaledwie 8,50 zł).

I na koniec jeszcze zdjęcia. Tak wygląda dosyć wyluzowany ogoniasty rekonwalescent na fotelu. Jest w szeleczkach, bo opatrunek został do nich umocowany tasiemką, żeby się nie zsuwał przez pupę. A stary fotel ma tę przewagę nad posłaniem z ręcznika, że można o niego ostrzyć pazury!





.

1 komentarz: