2016-08-19

Czasem bywa tak...


Czasem bywa tak (to znaczy - nie wiem, czy reszta ludzkości tak ma, ale ja owszem), że człowiek dostaje wiadomość, która w pierwszej chwili go smuci, a w następnej daje potężnego kopa motywacyjnego. Parę dni temu dowiedziałam się o czymś, co mnie w pierwszym odruchu trzepnęło, a później zmotywowało do pracy twórczej... i oby ten stan się teraz utrzymał.

Z biegiem lat oraz wyraźniej dostrzegam coś, co jest trochę niepokojące, trochę smutne i bardzo frustrujące. Przez cały czas mam na dysku o wiele za dużo zaczętych tekstów - rozgrzebanych lub zaledwie "liźniętych". Za dużo pomysłów, rzeczy do zrobienia, projektów do realizacji, za mało zdolności organizacyjnych i umiejętności systematycznego skupiania się na jednym (to dotyczy nie tylko pisania). Ostatnio zmądrzałam tylko na tyle, żeby umieć ten problem nazwać po imieniu, a nie bardzo umiem sobie z nim radzić. Dwa skończone opowiadania od lipca, po ponad rocznej przerwie, to - powiedzmy - niewielki krok w dobrym kierunku. Nadal za mało, chociaż lepsze to niż nic. Jeżeli ktoś zna jakieś dobre taktyki organizacji czasu, czy może raczej ustalania priorytetów dla osób, które generalnie nie umieją się organizować bez bata nad głową (z batem nad głową, mając tylko jedną ważną rzecz do zrobienia na krótki deadline, organizuję się bardzo sprawnie - nie jestem leniem, tylko osobą, która na co dzień próbuje robić za dużo i przez to strasznie się rozdrabnia), to ja poproszę link do stronki albo wpisu blogowego. (Technikę pomodoro znam, ale mój problem jest tak jakby o oczko wyżej - na poziomie ustalania zadań, a nie tego, jak je wykonać w dostępnym czasie.) 

A teraz zupełnie z innej bajki - będą nieprzyjemne szczegóły medyczne, wrażliwi nie czytać. W ostatnim wpisie wspomniałam o najnowszym epizodzie kociej epopei, czyli obcierającym opatrunku. Po miesiącu noszenia non stop, pas mocujący od tego czerwonego "legginsa" obtarł Sammetowi zdrową łapę w pachwinie do żywego mięsa, brrr. Jak tylko to zauważyłam (dobrze, że zauważyłam! Znam takich, którzy zorientowaliby się dopiero wtedy, kiedy kot miałby ohydną ropiejącą ranę...), pojechaliśmy do lecznicy. Weterynarz wystrzygł futro naokoło obtarcia, kazał je przemywać i zasypywać zasypką dla niemowląt, ale koci pęd do wylizywania wszystkiego czyni takie postępowanie średnio sensownym. Nazajutrz po wizycie w gabinecie zdenerwowałam się i zrobiłam to, co wet odradzał, to znaczy wycięłam najbardziej urażający (a jednocześnie najbardziej przesiąknięty wydzieliną i śmierdzący) fragment pasa mocującego, usunęłam spod spodu większość równie poplamionej i śmierdzącej gazy oraz papierowej wyściółki, ranę przemywam dwa razy dziennie riwanolem, a pod brzeg opatrunku upycham świeżą watę i dokładam jej w miarę potrzeby. Kot tę watę oczywiście wyciąga zębami, bo nie dociera do niego, że gdyby ją zostawił w spokoju, to nic by go nie obcierało i nie urażało. Jest głupi niestety. No ale sytuacja została opanowana o tyle, że minął tydzień i obtarcie się nie powiększyło ani nie zaropiało. Wata trochę się przykleja do sączącego miejsca, ale nie w takim stopniu, żeby było trudno ją odlepić.

Bury drań, odpukać, chyba po trosze przyzwyczaił się do swojej ograniczonej sprawności, bo już nie usiłuje wskakiwać na parapety i nie czatuje tak rozpaczliwie pod drzwiami na balkon. Bardzo dużo czasu spędza śpiąc albo leżąc zwinięty w kłębek, najchętniej wtedy, kiedy człowiek siedzi przy nim na kanapie i od czasu do czasu pomizia. Kiedy jesteśmy w miłosiernym nastroju, wyprowadzamy nieszczęśnika na smyczy do ogrodu, żeby sobie grzecznie pospacerował po trawie. Zgodnie z planem opatrunek ma zostać zdjęty za 8 dni i wszyscy domownicy (no... może poza Ofelią) trzymają kciuki, żeby udało się to załatwić w przewidzianym terminie.


Image courtesy of stockimages at FreeDigitalPhotos.net


2 komentarze:

  1. Biedny ten zwierzak.
    Nie znam żadnych sensownych technik organizacyjnych.Magia jakaś,panie.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Normalne. Sam mam zaczęte na pendrive ogromną ilość gier (kilkanaście???): od szkiców po projekty nad którymi spędziłem całe długie miesiące aby utknąć przy samym końcu.
    Po okresie frustracji nauczyłem się dzielić je na jeden piorytetwy (co by się nie działo przy nim siedzę w mam go skończyć), jeden dodatkowy (na zmianę klimatu, wydanie możliwe) i te odłożone na "w ch.j kiedyś".
    A tak w ogóle to robię szkic i odkładam go najpierw na tydzień/dwa lub miesiąc i jeśli po tym czasie dalej mi się chce go robić to awansuję go na priorytetowy lub dodatkowy,

    OdpowiedzUsuń