2016-08-27

Długie perypetie burego połamańca - ciąg dalszy


Gonią mnie terminy na różne prace, więc w najbliższym czasie rzadko będę się odzywać na blogu, ale z niekłamaną radością donoszę: wczoraj kot Sammet został wypakowany z opatrunku!

Doprawdy w samą porę. Opatrunkowi zdecydowanie kończył się już termin ważności - był cały ubrudzony suchą ziemią z ogrodu, lekko obsikany w pierwszych dniach noszenia, ponadto kot poodgryzał wszystkie wystające kawałki papierowego usztywnienia, poszarpał brzegi gazy (przez te 6 tygodni regularnie zbierałam rozsiane po kocich legowiskach strzępki papieru i odcinałam z opatrunku wiszące nici) i przystąpił do demontowania samych taśm, odrywając je po kawałku. Jednak najgorsza ze wszystkiego była obcierająca krawędź, przez którą w pachwinie powstała rana. Przez kilka ostatnich dni obserwowałam ją z niepokojem i tylko czekałam, czy nie zacznie ropieć, ale na szczęście riwanol i koci język są skuteczniejsze niż sądziłam.

Gwoździe z kości udowej wyjmuje się w znieczuleniu ogólnym, więc kot przez dwanaście godzin przed operacją nie mógł nic jeść. W efekcie lamentował już poprzedniego wieczoru, nie rozumiejąc, czemu dostał TYLKO JEDNĄ kolację zamiast trzech (straszne, prawda?), potem obrażony poszedł spać, zaś nazajutrz o czwartej nad ranem wstał i rozpoczął koncert na cały dom: MIAUUU, MIAUUUU, MIAUUUU, żreć dawajcie, żreć!!!!! Koncertował tak przez całe rano, krążąc po kuchni i błagalnie podbiegając do każdego, kto otwierał lodówkę albo robił coś przy zlewie. Węszył po podłodze, zjadł jakiś zapomniany okruszek i pająka, patrząc na mnie tak żałosnym wzrokiem, że serce się krajało. W końcu nadszedł czas, żeby go zawieźć do kliniki. W samochodzie lamenty dolatujące z transporterka osiągnęły apogeum. Kiedy Sammet jest zły, nie tyle miauczy, co śpiewa wysokim tenorem, przenikliwym jak szpila. Imię zobowiązuje!

W klinice kolejny weterynarz bardzo się dziwował, że udało nam się przez 6 tygodni utrzymać opatrunek na kocie bez konieczności zmieniania - już po tygodniu od pierwszej operacji powiedziano nam "o, opatrunek ładnie się trzyma, widocznie kotek jest dobrze pilnowany", a 3 tygodnie później usłyszeliśmy, że "to jeden z niewielu opatrunków, które przetrwały tak długo". Nie wiem, czy Sammet na tym dobrze wyszedł zważywszy na obtarcia, które mu się porobiły pod opatrunkiem (więcej piszę o nich pod koniec tego postu), ale zrobienie wrażenia na wetach - bezcenne. Przez te 6 tygodni z poświęceniem dyżurowaliśmy na zmianę w zasięgu słuchu od kuwety (Sammet rozpoczyna wizytę w kuwecie od grzeb-grzeb-GRZEBGRZEBGRZEB, więc jest czas, żeby wybiec z kuchni albo pokoju i interweniować) i łapaliśmy KAŻDĄ kupę do papierowej torebki podstawionej pod pupę, żeby kot sobie nie wybrudził opatrunku.

Zostawiliśmy łobuza pod fachową opieką i odebraliśmy go po osiemnastej - myślałam, że będzie jeszcze naćpany i zataczający się, ale kot był w pełni przytomny, rozbudzony i patrzył złym wzrokiem. Ewidentnie dorobił się w klinice niedobrej sławy, bo pani weterynarz bała się go sama przenieść z klatki do transporterka i poprosiła koleżankę z recepcji, mówiąc: "Chodź, Iwonka, ty masz dobry wpływ na kotka". Iwonka jest tą samą Iwonką, która wzięła malutkiego, zagłodzonego Sammeta na ręce podczas jego pierwszej wizyty u weterynarza, i którą kot okropnie wtedy ugryzł, bo przestraszył się drukującej drukarki. Najwyraźniej pamiętają się wzajemnie. Wzruszyłam się!

W domu mogliśmy po raz pierwszy obejrzeć, jak wygląda łapa wypakowana z opatrunku. Wyglądała na pierwszy rzut oka dość brzydko i żałośnie: z zanikiem mięśni i wystrzyżonym, odrastającym futrem, podkurczona, dużo chudsza od tej drugiej. Lewe biodro wygolone do skóry, z dużą gulą i małą raną w miejscu, skąd z kości wyciągnięto gwoździe, a na pupie okropny dred tam, gdzie futro było zakrwawione po pierwszej operacji i sfilcowało się pod opatrunkiem. Kołtun wycięłam, a kot wylizał łapę bardzo dokładnie, atakując stopę zębami tak, jakby był wściekły, że nie mógł jej sobie umyć przez 6 tygodni. W sumie trudno mu się dziwić...

Oczywiście różowo nie jest, bo nie dość, że w łapce nastąpił zanik mięśni, to jeszcze w kości po wyjęciu gwoździ pozostał otwór, który musi się zagoić. Pani wet postraszyła nas, że w pierwszych tygodniach po usunięciu stabilizacji zdarzają się wtórne złamania i kotu nadal trzeba ograniczać możliwość poruszania się. Czyli przez najbliższy tydzień - bezwzględny szlaban na schody i wskakiwanie na wyższe meble. Na razie Sammet chodzi kulejąc (przez pierwsze dwie godziny po operacji kulał bardzo, potem mięśnie się chyba rozciągnęły i już jest w stanie nawet biegać na czterech łapkach, ale np. przy wchodzeniu do kuwety miauczy - coś go ewidentnie boli) i unika nawet wskakiwania na niziutki fotel. Noc przespał zwinięty na kocyku na podłodze i kiedy piszę te słowa, nadal tam śpi. Brzuszek ma pełen jedzenia (był wczoraj niesamowicie szczęśliwy, kiedy po dwudziestu czterech godzinach postu mógł się w końcu dorwać do pełnej miseczki, a dzisiaj pochłonął duże śniadanko), zaś gula na biodrze trochę się zmniejszyła.

A z nieprzyjemnych szczegółów medycznych - słuchajcie, obtarcie w pachwinie to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zobaczyliśmy po zdjęciu opatrunku. Na moje oko - papierowe usztywnienie deformowało się i rolowało pod taśmami przez te 6 tygodni, obcierając łapę w kilku miejscach. Cały tył Sammetowego uda jest jedną dużą czerwoną, sączącą się plamą, z której oblazła sierść. To się powinno w miarę szybko zgoić, ALE! Natomiast dla osób, które kiedykolwiek nosiły gips, ciekawostką może być fakt, że kocia skóra oraz futerko pod opatrunkiem nie nabrały żadnego nieprzyjemnego zapachu i po jednym wylizaniu wyglądają już tak samo czyściutko jak zawsze.

I jeszcze zdjęcia:


Sammet na smyczy w ogrodzie, jakieś 2 dni przed zdjęciem opatrunku. Tego dnia był okropnie obrażony, że nie chcę go puścić luzem.



Na kocyku przed fotelem, już po wyjęciu gwoździ z łapki - widać wygolone biodro, gulę i rankę.


2 komentarze:

  1. Gratuluję! Masakrycznie to brzmi,ale już będzie lepiej.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń