2016-08-15

Garść wieści sierpniowych


Pracuję nad tłumaczeniem kolejnej książki, na dniach dojdzie mi jeszcze pilny przekład artykułu, więc tylko w biegu donoszę, że niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w pracach jury konkursu literackiego "Pióra Falkonu". Przedmiotem konkursu było opowiadanie zainspirowane hasłem "Dotrzeć tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek". Poziom konkursu (a w każdym razie finałowych prac) oceniam jako dosyć wysoki, w finale znalazła się spora liczba opowiadań na poziomie drukowalności, choć trafiło się też kilka, ekhm, "ciekawostek zoologicznych". Oficjalne wyniki zostaną ogłoszone, z tego co mi wiadomo, na początku września. Gdyby doszło do jakiegoś poślizgu, to nie z winy jury - wszyscy jurorzy już ocenili opowiadania i wydali swój werdykt.

A sama też zasłużyłam na jakieś ciasteczko czy inną małą nagrodę, bo kilka dni temu skończyłam krótkie opowiadanie pisane na zamówienie, chociaż prawie do ostatniej chwili brakowało mi pomysłu. Cieszę się, że przynajmniej chwilowo udało mi się przełamać długi, ponad roczny impas twórczy (spowodowany wyłącznie tym, że fatalnie mi wychodzi organizowanie sobie czasu, kiedy próbuję robić równolegle za dużo rzeczy). Ostatnio intensywnie myślę nad tym, jak się poprawić, bo to jednak lipa, kiedy człowiek się "rozdrabnia" na sprawy w sumie nieistotne z dłuższej perspektywy, a później płacze, że mógł przez rok napisać książkę i nie napisał... No ale tak to jest.

We wrześniu już po raz kolejny wybieram się do Torunia na Copernicon. Szykuję dwie prelekcje - jedną o trądzie (organizatorzy już zaproponowali, żeby ją w informatorze oznaczyć jako 18+), drugą o czarach, jakie na polskiej wsi stosowano w hodowli bydła i owiec. Pewnie będę się też udzielać w jakichś panelach dyskusyjnych, podobnie jak w poprzednich latach. Mam bardzo dobre wspomnienia z kolejnych edycji toruńskiego konwentu (jeżdżę od roku 2013) - Copernicony zawsze były świetnie zorganizowane, gościnne, dynamiczne i inspirujące.

I jeszcze słówko o perypetiach kocich. Byliśmy z Sammetem kilka dni temu na kontroli, bo brzeg opatrunku w ciągu tych paru tygodni brzydko obtarł kotu pachwinę i utworzyła się sączaca rana. Wesoły pan weterynarz zapodał buremu łobuzowi znieczulenie i zrobił prześwietlenie, żeby sprawdzić, kiedy będzie można ten nieszczęsny, podśmierdujący (bo trochę obsikany) opatrunek wreszcie zdjąć. Na zdjęciu rentgenowskim zobaczyłam na własne oczy, jaką techniką wykonane zostało zespolenie kości - biedny Sammet ma w jamie szpikowej trzy długie tytanowe "szpady" sięgające od stawu biodrowego do kolanowego! Wygląda to dość upiornie. Kość już się elegancko zrasta, nic się na szczęście nie przemieściło ani nie obsunęło, ale lekarz stwierdził stanowczo, że kot musi wytrzymać w opatrunku pełne 6 tygodni. Jesteśmy umówieni na zdjęcie usztywnienia dopiero 26 sierpnia! Biedny Sammet pomęczy się dłużej niż pierwotnie zakładałam. Obtarcie w pachwinie mamy mu przemywać riwanolem i zasypywać zasypką dla niemowląt. Na razie efekt jest taki, że kot wylizuje zasypkę w ciągu pięciu minut, a później ma za przeproszeniem rozwolnienie. Ogólnie - żałość i porażka.

Tak wyglądał kilka dni temu nieszczęśliwy, znudzony kotecek strzelający focha na kanapie:




Martwi mnie, co będzie dalej z tym ślimaczącym się obtarciem, które weterynarz zbagatelizował. Kot je sobie wylizuje, ale wydzielina wsiąka w i tak już brudny opatrunek, pachnie to wszystko niezbyt ładnie... No zobaczymy.



1 komentarz:

  1. Już bliżej niż dalej.Oby wytrzymał,biedak.
    O,to się cieszę,nowe opowiadanie! Copernicon jest fajny.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń