2016-08-07

Mistrz aktywnej rehabilitacji


Najwyższy czas na kolejną porcję wieści z frontu kociego. Niniejszy wpis był już napisany na brudno tydzień temu - nie miałam kiedy go wrzucić na sieć, ale nie zdezaktualizował się, sytuacja nadal wygląda tak samo.

Połamany Sammet całkiem sprawnie już kuśtyka, na trzech łapkach bez problemu pokonuje schody w obu kierunkach, jest też w stanie wleźć na fotel i kanapę. Wymaga uważnego obserwowania i pomocy przy - ekhm - załatwianiu swoich potrzeb, bo z usztywnioną łapą nie ma jak kucnąć i (przepraszam wrażliwych) radośnie leje ponad ścianką kuwety poziomym strumieniem na podłogę, chyba że czujny opiekun w porę interweniuje z "nocnikiem" w postaci pustego pojemnika po jogurcie... Na kupę znaleźliśmy inny sposób - papierowe tutki podstawiane pod tyłek (!). Wszystko po to, żeby kot, który łatwo traci równowagę, nie ubabrał sobie łap ani co gorsza opatrunku. W kategoriach "jak spędziłam lato" tegoroczny lipiec i sierpień są doprawdy ciekawe - przez większą część każdej doby pilnuję Sammeta, dostosowując do tego wszelkie inne obowiązki, pracując na netbooku zanoszonym tam, gdzie kot akurat raczy przebywać, i myjąc ręce po jakieś dwieście razy na dobę.

Wszystko to ma jeden plus - mogę obserwować, jak zwierzątko stopniowo odzyskuje sprawność. I powiem wam, że jest to widok ciekawy. Sammet, niczym zawodowy sportowiec, wytrwale i systematycznie robi wszystko, co w jego mocy, żeby funkcjonować możliwie normalnie. Testuje swoje ograniczenia, a potem próbuje je przezwyciężać - aż do skutku. Myślę, że niejeden człowiek mógłby się od niego uczyć konsekwentnego pokonywania trudności!

Kiedy dziesiątego lipca odbieraliśmy kota z lecznicy w opatrunku usztywniającym, z trzema gwoździami w złamanej kości udowej, nie dawał rady w ogóle ustać na łapach - zataczał się i lądował tyłkiem na podłodze. Dwa dni przeleżał w WC na podłodze wyścielonej podkładami higienicznymi. Na trzeci dzień wstał i jakby nigdy nic przykuśtykał do kuchni na śniadanie. Parę dni później był już w stanie zsunąć się z niskiego fotela na złożoną kilkakrotnie wełnianą narzutę. Niedługo potem opanował schodzenie po schodach (wymknął nam się przez otwarte drzwi na klatkę schodową i został przydybany piętro niżej; później wyprowadzałam go na schody na smyczy w obawie, żeby nie zleciał) i wskakiwanie na niski fotel. Wchodzenie po schodach początkowo wydawało się niemożliwym wyzwaniem, ale nazajutrz po pierwszej niezdarnej próbie kot już pokonywał stopień za stopniem na trzech łapkach, jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie. Jakieś trzy tygodnie po operacji zaczął włazić na wysokie fotele (podskakuje niezbyt wysoko, zaczepia się pazurami przednich łap i podciąga do góry jak kulturysta na drążku). Tutaj póki co kończą się jego możliwości - ani opatrunek, ani czujna opiekunka nie pozwalają na odważniejsze wyczyny.

Oczywiście parę razy zdarzyło się, że łobuz w ramach sprawdzania, na co go stać, jakimś niezgrabnym ruchem uraził sobie łapkę i miauknął albo później trochę mocniej kulał. Najbardziej niebezpiecznie wyglądał incydent z wskakiwaniem na biurko tydzień temu - nie upilnowałam, wystarczyła sekunda nieuwagi, żeby kot wskoczył na blat i zsunął się na podłogę... Na szczęście nic (chyba!) sobie nie zrobił. Najgorsze jest to, że strasznie chciałby się wymknąć na dwór i notorycznie czatuje przy zamkniętych drzwiach wejściowych oraz rozpaczliwie miauczy. Nie wiem, jak innym właścicielom kotów, ale mnie takie miauczenie mocno szarpie nerwy. A przed nami jeszcze długie dwa tygodnie w opatrunku!

Na zdjęciu - drań wygrzewa się w słoneczku wpadającym przez okno. Co on by biedny dał, żeby móc sobie swobodnie wyjść do ogrodu...







1 komentarz:

  1. Testuje swoje ograniczenia, a potem próbuje je przezwyciężać - no,nie użala się nad sobą,jak my,tylko działa,dzielny zwierzak.Powodzenia!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń