2016-09-16

Mroczne zakamarki kociego brzucha, czyli filc kontra Sammet 1:0



Będę trochę marudzić. Może nie jakoś strasznie, ale odrobinę. Copernicon mi przepadł - trudno, już odżałowałam to, że po raz pierwszy od 3 lat nie jadę we wrześniu do Torunia. Szkoda. Mam zlecenia, które muszę wreszcie powykańczać ASAP, a nowe opowiadanie pisze się pomalutku (wolałabym szybciej, ale patrz wyżej...)

Jak wcześniej wspominałam, po wyjęciu gwoździ z Sammetowej łapy zaliczyliśmy nieoczekiwany, niemiły ciąg dalszy kocich problemów. Otóż kot po zdjęciu opatrunku, jak to kot, rzucił się natychmiast z jęzorem do czynności pielęgnacyjnych. Łapkę przed wstawieniem gwoździ 6 tygodni wcześniej częściowo ogolono, ale przy ich wyjmowaniu ogolono już tylko biodro, a obtarcia sprawiły, że sierść z uda i brzucha wychodziła garściami - no i efektem było nieprzewidziane, wyjątkowo nieprzyjemne "postscriptum" do naszej epopei zdrowotnej. Uwaga, w niniejszym wpisie pojawi się sporo nieapetycznych szczegółów medycznych, za co z góry przepraszam. Wrażliwi - nie czytać.

Jeśli się pokusić o chronologiczną relację, było to tak.

1) 26 sierpnia kotu wyciągnięto gwoździe z kości udowej bez żadnych komplikacji. Dostaliśmy go z powrotem wypakowanego z opatrunku, kulejącego, z brzydkimi, obłażącymi z futra, sączącymi się obtarciami na całej łapce. Wyglądało to naprawdę paskudnie i strasznie było nam żal biedaka, który z tą obtartą skórą męczył się całymi tygodniami. Głaszczemy, współczujemy, karmimy. Kot zjada żarłocznie i wylizuje nielizaną od sześciu tygodni łapę jak szalony.

2) Nazajutrz po operacji kot dostaje wieczorem solidnej biegunki ze śluzem i męczy się w kuwecie, jakby chciał coś z siebie wycisnąć a nie mógł. Powstaje podejrzenie, że albo się struł, albo po tych wszystkich stresach uaktywniły się w nim jakieś pasożyty. Wdrażam leczenie objawowe (dieta: pierś kurczaka gotowana z odrobiną ryżu, serwowana z rosołkiem).

3) Po 2 dniach kot zwraca wielki dred z futra, nadal wydala małe ilości płynnej kupy i męczy się w kuwecie. Doznaję olśnienia, co tu jest najprawdopodobniej grane, to znaczy - że drań przytkał się sierścią. Jedziemy do weta, wet przepisuje pastę słodową, ale zaleca dalsze leczenie biegunki, bo może to jednak infekcja, i zleca test na lamblię (negatywny).

4) Po kolejnym dniu leczenia kot traci apetyt i tej samej nocy pojawiają się mroczne przesłanki, że - cholera - nie jest dobrze. Sprawa jest już jasna: połknięte futro, które nie zostało zwrócone w postaci dreda, przeszło do jelit, najpierw je podrażniło (biegunka ze śluzem), a potem się skłaczyło i podstępnie zatkało przewód pokarmowy. Nazajutrz rano znowu lecznica, szybciutko rentgen - zdjęcie nie za piękne, ale i nie tragiczne, widać prawdopodobny zator w jelicie cienkim. Operować na szczęście jeszcze nie trzeba, kot dostaje środki rozkurczające (zastrzyki - Buscopan, Nospa) i przeczyszczające (1 ml oleju parafinowego strzykawką do pyszczka). 4 h po podaniu parafiny pierwszy korek z filcu wylatuje z biedaka jak korek z butelki. Bonusowo w ciągu dnia zaliczyliśmy jeszcze trochę wymiotów śliną, trawą, luźnym futrem i lekami.

5) Przez 2 następne dni ładujemy w Sammeta przemocą dużo pasty słodowej i olej parafinowy. Kot nadal nie ma apetytu - obwąchuje miskę, trochę je, ale mało - i męczy się w kuwecie. Drugie prześwietlenie wychodzi lepiej, chociaż jelita nadal zgazowane. Znowu Buscopan i Nospa w zastrzykach, nerwy, niepokój. Obserwujemy drania, któremu jak na ironię obtarcia się wygoiły, a łapka pięknie wróciła do formy, i drżymy, czy nie będzie trzeba go znowu dać pod skalpel, bo niedrożność jelit to nie żarty.

Nie chcę tu za bardzo narzekać na wetów z "naszej" kliniki, bo przy różnych okazjach dobrze leczyli nasze stwory, ale szkoda, że nie wpadli na to, żeby kotu po zdjęciu opatrunku wystrzyc futro na całej łapie (ogolić nie bardzo by się dało ze względu na obtarcia) albo przynajmniej uprzedzić mnie, żebym mu dawała profilaktycznie pastę słodową, bo inaczej zakłaczy się od lizania. Ja naiwna w życiu bym nie przypuszczała, że tej połkniętej sierści było AŻ TYLE! Sammet niestety w przeciwieństwie do Ofelii nie jest kotem podatnym na odruch wymiotny i chyba to go zgubiło - łykał futro, łykał i nie zwracał, aż się urządził...

Ogółem w ciągu tygodnia zaliczyliśmy 5 wizyt w lecznicy i dwa zdjęcia rentgenowskie. Biedny Sammet musiał zjeść mnóstwo pasty słodowej, która ewidentnie strasznie go brzydziła (pluł nią na podłogę, na nas, drapał jak wściekły i gryzł), a w klinice dostawał zastrzyki z Buscopanu i Nospy, żeby rozluźnić kiszeczki. We własnym zakresie wdrożył leczenie pomocnicze w postaci dużych ilości trawy zjadanej w ogrodzie, dokąd go wyprowadzaliśmy na smyczy, żeby sobie rehabilitował łapkę. Po wielu mękach i trudach wydalił tyłem łącznie trzy "korki" z filcu, z czego jeden długości mojego wskazującego palca.

Łapka - jak nam zapowiadano - miała wymagać ograniczenia ruchu jeszcze przez 2 tygodnie, ale Sammet dzięki spacerom na smyczy wrócił do formy właściwie już po dziewięciu dniach - zaczął beztrosko wskakiwać na stoły, spacerować po blatach kuchennych i nie było na niego mocnych. Jak tylko zaczął znowu jeść i załatwiać się w miarę normalnie, wypuściliśmy go na dwór, bo nam demolował drzwi w domu - w efekcie kot praktycznie wyemigrował do ogrodu i od tygodnia śpi pod chmurką. Ale pożywia się żarłocznie, więc zakładamy, że wszystko jest OK.

Na zdjęciu - Sammet w ogrodzie, już bez opatrunku, ale jeszcze na smyczy.








2 komentarze:

  1. Dobrze, że wyemigrował tylko do ogrodu; nasz Gacek, gdy kiedyś ze względu na podawanie leku musiał być trzy dni przetrzymywany w zamknięciu, wypuszczony na wolność znikł na dobry tydzień, a potem jeszcze długo patrzył na nas jak na osoby niespełna rozumu. :'D

    OdpowiedzUsuń
  2. Będą następne konwenty,a kot ma się lepiej,to grunt!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń